Kuriozalny konkurs na igrzyskach. Polak oszukany, ale jak potraktowano Ammanna
Ten konkurs przeszedł do historii jako jeden z najbardziej kontrowersyjnych w dziejach skoków narciarskich. Podczas XXIII zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu wiatr, chaos i decyzje sędziów odebrały Stefanowi Huli medal, a Simon Ammann na oddanie skoku musiał czekać... do kolejnego dnia.

Nie bez powodu mówi się, że skoki narciarskie bywają nieprzewidywalne. W tej dyscyplinie liczy się bowiem każdy najmniejszy szczegół, a jeden podmuch wiatru potrafi całkowicie odmienić losy rywalizacji. Polscy kibice doskonale znają zarówno smak euforii, jak i sportowej goryczy. Wystarczy przypomnieć konkurs mistrzostw świata na skoczni normalnej w 2019 roku, gdy Dawid Kubacki awansował aż o 27 miejsc i sięgnął po złoty medal. Ten historyczny sukces pokazał, że w skokach wszystko jest możliwe. Nie zawsze jednak fortuna sprzyjała "Biało-Czerwonym", a boleśnie przekonał się o tym Stefan Hula.
Jednym z najbardziej pamiętnych i kontrowersyjnych konkursów w historii był ten rozegrany podczas igrzysk olimpijskich w Pjongczangu w 2018 roku na skoczni normalnej. Rywalizacja od początku była przedziwna, a wiatr płatał figle zawodnikom. Dla polskiej reprezentacji wszystko przez moment układało się wręcz bajkowo. Po pierwszej serii prowadził Stefan Hula, a tuż za nim plasował się Kamil Stoch. Poza słabszym występem Dawida Kubackiego wydawało się, że co najmniej jeden medal dla Polski jest niemal pewny.
Druga seria brutalnie zweryfikowała te nadzieje. Warunki stały się jeszcze trudniejsze, a system przeliczników wiatru wywołał ogromne kontrowersje. Liczniki zdawały się "szaleć", a kilku zawodników mogło czuć się pokrzywdzonych. Wśród nich był właśnie Stefan Hula. Polak skoczył 105,5 metra, dokładnie tyle samo co Kamil Stoch. Początkowe wskazania sugerowały medal, jednak po chwili Huli odjęto ponad 18 punktów za rzekomo korzystny wiatr. To pozbawiło go podium i zepchnęło na piąte miejsce. Do brązowego Roberta Johanssona stracił zaledwie... 0.4 punktu.
"Nie wiem, jakim cudem odjęto Stefanowi tyle punktów. Przez radio cały czas dostawałem informacje, że warunki są słabe. Ten medal mu się należał" - mówił wówczas Adam Małysz, cytowany przez Radio RMF FM.
To jednak nie był jedyny absurd tamtego wieczoru. Niezwykłą sytuację przeżył Simon Ammann, który swój skok w drugiej serii oddawał… dwa dni. Szwajcar kilkukrotnie był zdejmowany z belki z powodu złych warunków i czekał ponad 10 minut, ogrzewany kocami, aż w końcu skoczył już po północy czasu lokalnego. Ostatecznie utrzymał 11. miejsce. Złoto zdobył Andreas Wellinger, a na podium stanęli jeszcze Johann Andre Forfang i Robert Johansson.
Czy tym razem skoczkowie będą mogli liczyć na sprawiedliwe warunki podczas walki o medale olimpijskie? Przekonamy się już w najbliższych dniach. Poczynania "Biało- Czerwonych" we Włoszech śledzić można na bieżąco na stronie Interii.














