Kubacki ogłasza. Pada jasna deklaracja ws. jego startów i planów
- Wydaje mi się, że ta moja bateria nie została jeszcze całkowicie wyczerpana - mówi Dawid Kubacki w rozmowie z Interią i składa też pewną deklarację dotyczącą swoich startów. Robi to, choć ostatnie sezony były dla niego bardzo trudne, jak sam mówi "bolesne". Wierzy jednak, że zła karta się odwróci. Wiemy, kto ma mu w tym pomóc. Z ust skoczka pada konkretne nazwisko.

Dariusz Ostafiński, Interia: Piotr Żyła niedawno zadeklarował, że dalej zamierza skakać. A pan?
Dawid Kubacki, mistrz świata w skokach, medalista olimpijski: Ja też mam jeszcze chęci, żeby to robić. Mam zdrowie, żeby to robić. Mam też wiarę w to, że jeszcze mogę osiągać sukcesy. Tego się trzymam i będę pracował, żeby w tym następnym sezonie wypaść jak najlepiej.
Apoloniusz Tajner powiedział nam, że pan i Żyła powinniście poszukać indywidualnych trenerów, bo to mogłoby się sprawdzić.
- Przyznam, że ja o tym nie myślałem i nie przewiduję takiego rozwiązania. Uważam, że siła tkwi w grupie, w drużynie. Zresztą taka indywidualna współpraca wiązałaby się z pewnymi trudnościami. Chodzi o logistykę, planowanie, ale nie tylko. Zatem będę w grupie i wydaje mi się, że to jest najlepsza opcja. Będę mógł się porównać do innych, będę wiedział, na jakim etapie jestem.
Kubacki odpowiada na propozycję Tajnera
Kiedyś obecny prezes Adam Małysz zaryzykował z Hannu Lepistoe, a efekt przeszedł najśmielsze wyobrażenia.
- I dlatego nie mówię, że to rozwiązanie jest złe. To mogłoby zadziałać, jak w tym przypadku. Gwarancji jednak nie ma. Trzeba trafić z konkretnym egzemplarzem zawodnika na konkretnego trenera.
Przede wszystkim trzeba to czuć.
- No tak, zgadza się, a ja tego nie czuję. Jestem zdania, że praca w grupie może przynosić fajniejsze efekty i daje taką dodatkową motywację, żeby dawać z siebie więcej. Te słowa dotyczą zwłaszcza mnie i Piotrka, bo jesteśmy tymi tak zwanymi dziadkami i nie wypada nam zostać z tyłu.
W waszym przypadku zawsze interesowało mnie to, czy wasze organizmy nie zostały już tak wyeksploatowane, że nie ma z czego brać. Czy to nie jest tak, że głowa chce, a ciało już nie daje rady. Choć w sumie należałoby założyć, że przez te kilka lat skakania na wysokim poziomie psychika też oberwała.
- Wydaje mi się, że ta moja bateria nie została jeszcze całkowicie wyczerpana. Jak wspomniałem, zdrowotnie, fizycznie i psychicznie czuję się na siłach. Pewnie, że człowiek mógł zwątpić, bo te ostatnie lata nie były dobre nie tylko dla mnie, ale i dla całych polskich skoków. Dostaliśmy w kość. Tym mocniej, że przecież każdy z nas wkładał w to całe serce. Poświęcaliśmy prywatny czas, mnóstwo pracowaliśmy, ale efektu nie było.
I to pana nie złamało?
- Nie, bo wiem, że tak się czasem dzieje. Jednak wtedy nie można w siebie zwątpić. Trzeba dalej pracować z wiarą, że w końcu to zaskoczy. Niestety, ale taki jest ten sport. Trzeba znać go na wylot, żeby wiedzieć, że jedna porażka nie jest tym momentem, w którym należy się poddać. Wtedy trzeba zagryźć zęby i powiedzieć sobie: jeśli teraz skończę, to przejdą mi koło nosa wielkie rzeczy. Te ostatnie sezony, to nie pierwszy trudny czas w mojej karierze. Już kiedyś z takiego dołka wyszedłem i zdobywałem potem medale, wygrywałem zawody Pucharu Świata i Turniej Czterech Skoczni.
Kubacki o sobie samym. Szczerzej się nie da
Pamiętamy.
- Porażki budują charakter. Tu ktoś napluje, tam się zaśmieje, ale wiesz, że robisz dalej z wszystkich sił to, co kochasz. Nie poddajesz się.
Mógłbym teraz rzucić, że panu to się łatwo tak mówi, bo pan to przerabiał. W sumie też to sportowe życie nauczyło pana cierpliwości, bo na te pierwsze sukcesy musiał pan poczekać.
- Zgadza się. Nie byłem zawodnikiem, o którym mówiono wielki talent, nie byłem jakąś wybitną jednostką, która wygrywa wszystko, jak leci. Jednak pracą pokonywałem kolejne etapy, załapywałem się do kolejnych grup. Przetrwałem też wiele trudnych okresów mając wsparcie trenerów i związku. To mnie uratowało.
A co teraz nie gra? Bo rozumiem, że odpowiedź na to pytanie jest kluczowa. W ciemno zakładam, że pana nie interesuje skakanie po to, żeby ledwo łapać się do trzydziestki, czy nawet po to, żeby zajmować miejsce w drugiej dziesiątce.
- Pracuje się po to, żeby być na szczycie. Łapanie się z trudem do trzydziestki boli mnie tak samo, jak kibiców. A co nie gra? Jakbym miał wziąć pod lupę ten ostatni sezon, to fizycznie było bardzo dobrze i tu nie ma co grzebać. Testy na platformach i testy siłowe pokazały, że forma fizyczna była. Natomiast nie zgrało się to z techniką, to był największy problem. Tej energii, która była w nogach nie potrafiłem wepchać w próg, nie poniosła mnie ta energia dalej. Tych skoków z właściwie ukierunkowaną energią i rotacją było kilkanaście. Nie udało się jednak tego ustabilizować. Nie chciałbym za dużo zdradzać, ale mogę powiedzieć, że teraz chodzi o to, by to przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Proszę jednak wybaczyć, że się nie podzielę, bo nie chciałbym podawać wszystkiego rywalom na tacy.
Z naszych rozmów z ekspertami wynika, że ważna jest szybkość przelotowa, a u nas jest ona mniejsza niż u tych najlepszych.
- O tym akurat mogę powiedzieć, bo to wszyscy widzimy w telewizji. Ogólnie ta nasza szybkość przelotowa jest, jaka jest, bo przy wybiciu ta nasza energia nie wchodzi należycie w próg i nie możemy potem ułożyć się szybciej nad nartami i przejść do pozycji lotnej. Nad tym musimy pracować, bo na pewno to nie grało. Wyjątkiem był Kacper Tomasiak.
Już raz to zrobił. Pomógł mu ten trener
Pan już kiedyś poprawiał technikę skoku z Maciusiakiem. Znów musiałbym przywołać Apoloniusza Tajnera, który opowiadał nam, jak trener wypłaszczał tor pańskiego lotu i dzięki temu wskoczył pan do czołówki.
- Tak było. Wtedy zostałem odsunięty od kadry A, a trener Maciusiak i trener Wojtek Topór wzięli mnie do kadry B i tak pracowałem nad tym należytym wykorzystaniem energii. Wtedy tym moim największym błędem było to, że podczas odbicia zadzierałem klatkę piersiową i brakowało mi tej prędkości w drugiej fazie lotu. Wysoko się wybijałem i można było myśleć, że odlecę daleko, ale to się nie działo. Przypilnowaliśmy klatkę i nastąpiła poprawa. Potem wróciłem do kadry Horngachera. To był mój najlepszy sezon na tamten czas.
To tym bardziej rozumiemy to, że pan nie chce mieć indywidualnego trenera. Po prostu Maciusiak to jest ten człowiek, który już raz panu pomógł.
- Ma sporą wiedzę i rozumie, o co w tym chodzi. W tym ostatnim sezonie nam nie wyszło, ale znamy przyczynę. Mam też takie wrażenie, że trener ma ogólnie dobry pomysł na poprawę moich skoków. Resztę zostawię dla siebie, bo musielibyśmy wejść w detale.
Z jednej strony jest tak, że jedni krytykują pana, czy Piotra Żyłę wypominając wam wiek, ale też trzeba powiedzieć, że prawda jest taka, iż bez was dwóch nie byłoby tej kadry, trener nie miałby kogo wziąć.
- No nie byłoby tej drużyny, choć rozumiem kibiców, bo podobnie jak oni wracam do tych chwil, gdzie mieliśmy grupę, która pchała ten wózek tylko do przodu. To była piękna historia, której nikt nam nie zabierze. Coś zrobiliśmy, mamy kupę fajnych wspomnień. Jasne, że młodzi nie jesteśmy, że kiedyś nadejdzie ten moment, że trzeba będzie odłożyć narty, bo organizm powie, że ma dość. To jednak nie jest jeszcze u mnie ten moment. A Piotrek to w ogóle ma plan, żeby pobić Noriakiego Kasai.
Pan też chciałby złożyć jakąś deklarację. Na przykład: będę skakał do czterdziestki.
- Nie będę składał deklaracji. Dobrze jest, jak jest. Kocham to, co robię i mam wiarę, że to przyniesie wyniki i emocje.
"To nie tak, że mam to w nosie". Kubacki wprost o sytuacji z Maciusiakiem i Horngacherem
Kolejny zły sezon mógłby tylko dołożyć frustracji. Czasem w ogóle się zastanawiam, jak sportowiec znosi to, że ciężko pracuje, a wynik nie chce przyjść. A jeszcze gorzej to pewnie wygląda u kogoś, kto był na topie i nie potrafi tam wrócić.
- Psychikę trzeba trzymać na wodzy. Tu nawet nie ma znaczenia, czy się odnosiło sukcesy, czy nie. To samo w sobie jest trudne. W każdym sporcie jest tak samo. Jak ktoś idzie do takiej zwykłej pracy, to wie, że na koniec miesiąca będzie wypłata. My skaczemy cały rok i nie wiemy, czy będziemy szurać po buli, czy też będzie ta "wypłata". To jest trudne, trzeba to psychicznie dźwignąć. Trzeba przede wszystkim mieć świadomość, że tak się dzieje, że może nie być efektów, choć człowiek tak bardzo się napracował.
A pan teraz odpoczywa psychicznie, czy nerwowo śledzi, co to będzie dalej z trenerem Maciusiakiem i czy Stefan Horngacher będzie dyrektorem kadry?
- To nie jest tak, że mam to w nosie, ale nie wyszukuję tych informacji, nie przeglądam nerwowo internetu. Jestem na wewnętrznej grupie i jak coś będzie ustalone, to dowiem się od trenerów. Jest teraz sporo szumu, ale ja czekam na konkrety.
Bo pan nie wie, czy trener Maciusiak dalej będzie waszym trenerem?
- Te sprawy wynikają z procedur. Zwykle te decyzje zapadają na zarządzie na przełomie kwietnia i maja. My nie raz się śmialiśmy, że po sezonie możemy iść na bezrobocie, bo szczegóły dotyczące następnego sezonu nie są znane, dopóki zarząd tego nie klepnie. Jest to trochę takie zawieszone, choć ja mogę powiedzieć, że już wróciliśmy do treningu.
Szybko.
- Na razie to wstępne roztrenowanie. Żeby nie zardzewieć. A na maksa będziemy trenować za około dwa tygodnie. Wiem, to może dziwić. Ludzie myślą skoczek, to ma fajnie, bo dwie godziny na skoczni i fajrant, a wakacje od marca do lipca. A ja pamiętam taki sezon za trenera Horngachera, gdzie w niedzielę wróciliśmy z Planicy, a w środę już był trening. Żeby nie wypaść z rytmu treningowego. Zwykle to nasze wolne to są trzy tygodnie do miesiąca. Jednak nie leżymy do góry brzuchem. Jakby się człowiek położył na tydzień to fajnie, ale jak się jest w tym reżimie, to trudno usiedzieć na miejscu. Organizm jest przyzwyczajony do pracy.










![Ekstraklasa: Radomiak - Lech Poznań. O której i gdzie oglądać? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MSBY32CJNQO70-C401.webp)

