Reklama

Reklama

Klemens Murańka dla Interii: Czasami mam tak, że coś musi być i koniec kropka

- Jak coś mi się upieprzy w głowie, że tak powiem, to muszę to zrobić natychmiast, na przykład jakiś tatuaż, choć na razie nie planuję nowego. Teraz razem z żoną, z którą dokładnie dziś obchodzimy piątą rocznicę ślubu, zmieniamy design w naszych hotelowych pokojach, w Zakopanem wynajmujemy je na godziny. Dobrze, że pandemia nie dorwała naszego biznesu w zimie, bo byłoby nieciekawie – mówi w rozmowie z Interią „cudowne dziecko polskich skoków narciarskich”, brązowy medalista mistrzostw świata w drużynie z Falun Klemens Murańka.

Zbigniew Czyż, Interia: Nie mogę rozpocząć naszej rozmowy inaczej niż od pytania, jak radzi pan sobie w tym trudnym czasie?

Klemens Murańka: Póki co w miarę w porządku. Wiadomo są jakieś ograniczenia, trzeba siedzieć w domu, także treningi odbywają się na własną rękę. Jeśli potrzeba jakiejś większej pomocy, to trenerzy przyjeżdżają do zawodników i udzielają wskazówek. Jesteśmy cały czas pod kontrolą, kontaktujemy się przez skype i internet. Ogólnie nie jest kolorowo, ale z drugiej strony też nie jest to sytuacja na wieki więc przeżyjemy.

Reklama

Te wideokonferencje odbywają się z udziałem zawodników z kadry A i B?

- Tak, jesteśmy połączeni w jedną grupę.

Są jakieś plany na bardziej wydajne treningi w terenie?

- Na razie nie i ciężko cokolwiek powiedzieć, bo wszyscy czekają na sygnał, że będzie można wyjść i trenować chociażby na siłowni.

Poza treningami, co pan robi?

- Wykonuję wszystkie prace związane z domem. Teraz po zimie jest wokół niego sporo do sprzątania. Poza tym prowadzę z żoną wynajem pokojów w Zakopanem, więc staramy się nanosić jakieś poprawki chociażby w wystroju. Nie nudzi się mi, jest trochę pracy.

Czyli prowadzony interes chyba też trochę podupadł, bo gości hotelowych praktycznie nie ma.

- Dokładnie tak, chociaż i tak mieliśmy szczęście ponieważ teraz jest już po sezonie i za wiele nie straciliśmy. Najgorzej by było, gdyby ta cała sytuacja miała miejsce w zimie, kiedy do Zakopanego przyjeżdżają tłumy, trochę nas to wszystko ominęło.

Jest teraz więcej czasu na zabawy z synem?

- Tak, jesteśmy cały czas ze sobą, synek nie chodzi do przedszkola.

Jak wygląda sytuacja z prawą dłonią w której na początku marca złamał pan dwie kości?

- W pełni jeszcze się nie zagoiło, chociaż bez gipsu jestem już od trzech tygodni. Rehabilitację przechodzę na własną rękę. Muszę cały czas ją zginąć i prostować, żeby była non stop w ruchu.

Chciałbym wrócić do zakończonego niedawno sezonu, jak by pan go podsumował w swoim wykonaniu?

- W skali od jednego do dziesięciu byłoby to sześć i pół. Lato w takiej samej skali to byłoby dziesięć, bo było bardzo fajne, potem jednak w zimie nie utrzymałem formy. Całościowo w porównaniu jeszcze do poprzedniej zimy było na plus, wygrałem dwa razy w Sapporo w Pucharze Kontynentalnym, w Bisofschofen byłem w pierwszej szóstce, zdobyłem pierwsze punkty w Pucharze Świata po dłuższym czasie. Nie był to może szczyt moich możliwości, ale plusy można znaleźć i trzeba iść dalej do przodu.

Oczekiwania przed sezonem były jednak większe?

- No tak, gdybym utrzymał formę z lata, to myślę, że zdobywałbym w miarę regularnie punkty w Pucharze Świata, co też by mnie jeszcze bardziej zbudowało.

Sezon rozpoczął pan w kadrze A, potem była kadra B, powrót do kadry A i gdyby nie kontuzja ręki, koniec sezonu mógłby być całkiem przyzwoity.

- No tak, wyskakałem sobie kwotę i dlatego w połowie zimy wróciłem do kadry A. To całkiem inne doświadczenie skakać w Pucharze Świata, ale co zrobić, kontuzja trochę pokrzyżowała mi plany. Z drugiej strony wyszło to jednak trochę na dobre, bo nie musiałem przechodzić kwarantanny, tak jak koledzy po powrocie z Raw Air z Norwegii.

Miał pan w tym sezonie okazję trochę popracować z Michalem Doleżalem, jaka jest różnica między nim, a Stefanem Horngacherem, z którym delikatnie mówiąc, nie było panu do końca po drodze, miał pan trochę zniechęcenia do austriackiego szkoleniowca?

- Rzeczywiście tak było, natomiast z trenerem Doleżalem jest mi przede wszystkim łatwiej się dogadywać, lepiej się z nim rozumiem. Natomiast jeśli chodzi o ideę skoków, to jest ona bardzo zbliżona do austriackiego trenera i bazuje na tym, co on stworzył.

Żeby utrzymywać się ze skoków narciarskich, to albo trzeba regularnie punktować w Pucharze Świata, albo być co najmniej w pierwszej szóstce w Pucharze Kontynentalnym. Te cele w tym sezonie jakoś udało się zrealizować, więc rozumiem, że z finansami nie jest najgorzej?

- Tak, udało się jakoś "pospinać" budżet, jestem zmotywowany, są chęci i jest szansa, żeby z dobrej strony pokazywać się w kolejnym sezonie. Po cichu liczę, że uda się mi znaleźć sponsora i z finansami będzie jeszcze lepiej. Liczę, że będę się mógł rozwijać, te pieniądze są potrzebne, bo wiadomo, że za darmo nikt niczego nie będzie robił.

W najbliższych dniach dyrektor sportowy Polskiego Związku Narciarskiego Adam Małysz ma ogłosić kadry A i B na nowy sezon. Domyślam się, że chce pan być w kadrze A.

- Nie jestem w stanie prześwietlić tych planów, jakieś promyki nadziei są, że uda się załapać do kadry A, natomiast jeśli będzie to kadra B, to nic się nie stanie. Jest w niej też całkiem dobrze.

Będzie pan jeszcze "zbijał" wagę, czy chce utrzymać to co jest?

- Raczej utrzymać, ważę 61 kilogramów, waga piórkowa..

Nie obawia się pan tego, co stanie się ze skokami po pandemii?

- Trzeba brać wszystko pod uwagę, aczkolwiek jestem dobrej myśli i nadziei, że wszystko wróci do normy. Wierzę, że wynaleziona zostanie szczepionka, bo chyba całkowicie koronawirusa nie uda się wyeliminować. Po cichu liczę, że być może na jesieni uda się przeprowadzić Letnią Grand Prix. Cały czas tak w domu bez treningu nie da się siedzieć, dobrze byłoby poskakać w LGP.

Ile w tym momencie w Klemensie Murańce jest cudownego dziecka polskich skoków? Taki przydomek bardziej pana mobilizuje do ciężkiej pracy, czy demobilizuje?

- Jest we mnie na pewno jeszcze sporo potencjału. Wiem, że stać mnie na dobre skoki, będę walczył dopóki mam szansę i zdrowie. Nie składam broni, a co pokaże przyszłość nie wiadomo. Tak jak nie wiadomo, co nas spotka jutro. Motywacja i zacięcie do pracy jest we mnie cały czas spore.

Najbliżsi mobilizują?  Żona? Właśnie obchodzicie piątą rocznice ślubu.

- Tak, dokładnie dziś, 24 kwietnia. Od momentu ślubu moje życie się trochę zmieniło. Żona jest jak najbardziej za tym, żebym skakał.

Zdradzi pan marzenie, cel sportowy jaki ma jeszcze przed sobą Klemens Murańka?

- W największym skrócie, to chciałbym osiągać jak najlepsze wyniki i pojechać na igrzyska olimpijskie, w których jeszcze nie uczestniczyłem. Myślę, ze jeśli będzie taka motywacja jak dziś, to się uda. Kto wie, może udałoby się tam powalczyć o jakiś medal. Na razie muszę skupić się na dobrej pracy.

Na ciele ma pan liczne tatuaże. Planuje pan w najbliższym czasie jakiś następny?

- Racja, mam ich trochę, między innymi mojego syna, czy papieża Jana Pawła II, na plecach mam tygrysa po przeróbce, innych nie będę pokazywał (śmiech). Na razie nie przychodzi mi nic konkretnego do głowy, żeby wykonać następny. Zresztą i tak salony tatuażu są teraz zamknięte. Czasami mam takie dni, że jak się mi coś upieprzy w głowie, że tak powiem, to musi być i koniec kropka, ale na razie nie myślę o tym.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL