Reklama

Reklama

Kazimierz Długopolski o zmarłym trenerze Januszu Forteckim

- To był dusza człowiek, świetny szkoleniowiec i wielki autorytet - tak zmarłego w sobotę w wieku 87 lat trenera Janusza Forteckiego wspominać będzie Kazimierz Długopolski, olimpijczyk z Sapporo (1972) i Lake Placid (1980).

"Bardzo to smutny dzień dla polskich skoków i kombinacji norweskiej, a dla mnie szczególnie, ponieważ Fortecki był moim pierwszym klubowym (KS Start Zakopane, 1962-70) trenerem skoków, a pod koniec mojej kariery dwuboisty - kadrowym. To z nim właśnie byłem na igrzyskach olimpijskich w Lake Placid" - powiedział Długopolski.

"Inaczej jak "dusza człowiek" nie mogę trenera określić. Ciepły, pogodny optymista z dużym poczuciem humoru. A jako szkoleniowiec? Świetny i z wielkim autorytetem w każdej grupie wiekowej. Motywować nas wprawdzie nie trzeba było, największą nagrodą był klubowy emblemat, nowy dres, nie mówiąc o sprzęcie, ale posłuch miał i każdy chciał idealnie wykonać jego wskazówki" - kontynuował były specjalista w dwuboju narciarskim.

Reklama

"Podczas klubowych treningów on się na nas nigdy nie złościł, nie podnosił głosu, tylko cierpliwie tłumaczył i czekał na efekty. Chwalił, gdy się wiodło, dodawał otuchy, gdy nie wychodziło" - stwierdził Długopolski dodając, że wiele lat później, już w kadrze, też nic się nie zmieniło.

"Postępował z nami identycznie. Do tego był bardzo skromnym człowiekiem, więc zdając sobie sprawę, że w kombinacji, żeby osiągnąć sukces trzeba być dobrym i w skokach i w biegach, nie zawahał się więc podjąć ścisłej współpracy z Tadeuszem Kaczmarczykiem".

Kaczmarczyk był m.in. trenerem kadry biegaczy na IO w Cortina d’Ampezzo (1956) oraz w Innsbrucku (1964), szkoleniowcem  klubowym Franciszka Gronia-Gąsienicy, pierwszego polskiego medalisty na IO w sportach zimowych (brąz w 1956). Szkolił też kadrę dwuboistów na IO w Grenoble (1968), Sapporo (1972) i w Innsbrucku (1976).

Długopolski przypomniał też, że poza sportową pasją Forteckiego było wędkarstwo: "On nawet, gdy przyjeżdżał nas trenować tu do Witowa, to nie mógł się opanować i w przepływającej obok rzece szedł poobserwować, co też mógłby w niej złowić. No a potem nam o tym opowiadał".

Były też kontakty bardziej prywatne. "Moja rodzina miała gospodarstwo rolne i trener przyjeżdżał, czasem z żoną Zofią (znana w Polsce i za granicą malarka na szkle - przyp. red.) do nas po mleko i przy okazji na posiady. Potem też były liczne przemiłe spotkania, gdy więc pomyślę, że już go z nami nie ma, bardzo mi smutno" - podsumował Długopolski.

Autor: Joanna Chmiel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje