Reklama

Reklama

Kamil Stoch: Nie wierzyłem, że dzwoni prezydent

Kami Stoch przyznał, że po zdobyciu złotego medalu mistrzostw świata w skokach narciarskich dostał więcej smsów niż w święta Bożego Narodzenia, a najbardziej zaskoczył go telefon z Kancelarii Prezydenta RP. "Myślałem, że ktoś sobie robi jaja" - powiedział.

"Zadzwoniła pani sekretarka i mówi "Łączę z prezydentem". A ja się pytam "z kim? Jaja sobie pani robi, kim pani w ogóle jest?" Dopiero gdy usłyszałem głos pana prezydenta to mnie postawiło do pionu. Rozmowa nie była długa, ale te gratulacje były bardzo miłe. Jestem patriotą. Dla mnie oznacza to godne reprezentowanie kraju nie tylko na skoczni, ale również poza zawodami" - podkreślił Stoch.

Innych nietypowych telefonów świeżo upieczony mistrz już nie miał, ale przyznał, że smsów dostał więcej niż z okazji świąt Bożego Narodzenia i nie zdołał jeszcze wszystkich przeczytać, o odpisywaniu nie wspominając.

Reklama

Polska reprezentacja nie mogła sobie pozwolić na wielkie świętowanie, bo przed zawodnikami w sobotę konkurs drużynowy. Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła nie wezmą co prawda udziału w piątkowym treningu na skoczni, ale musieli być gotowi do zajęć na sali gimnastycznej.

"Zasnąłem dość łatwo, ale obudziłem się już nad ranem. Nie byłem pewny, czy naprawdę zostałem mistrzem świata, czy tylko mi się śniło. Potem jednak zobaczyłem leżące wyniki kontroli antydopingowej i wszystko stało się jasne" - powiedział podopieczny Łukasza Kruczka.

Wywalczone trofeum, czyli charakterystyczny medal mistrzostw w kształcie płatka śniegu na szyi 25-letniego zawodnika zawiśnie dopiero po godzinie 19. podczas oficjalnej ceremoni na Piazza dei Campioni w Cavalese.

"Widziałem go już na moment wczoraj po konkursie. Mam nadzieję, że nigdzie nie zginie. Nie mogę się doczekać, jak go dostanę" - przyznał.

Początek mistrzostw w Val di Fiemme nie był jednak dla Stocha udany. W sobotnim konkursie na średniej skoczni, po pierwszej serii był drugi, ale ostatecznie zajął ósme miejsce. W odzyskaniu równowagi psychicznej udział miała m.in. żona Ewa.

"Miała przyjechać dopiero w środę wieczorem, ale zrobiła mi niespodziankę i pojawiła się już rano" - zdradził.

Stoch uważa się za dobrego męża, ale przyznaje, że gotować nie potrafi. Chętnie wykonuje za to inne prace domowe oraz wspiera żonę w jej pasji, czyli fotografii.

"Zawsze powtarzałem, że na mnie życie rodzinne działa bardzo dobrze. Dzięki temu nie realizuje się tylko jako sportowiec, ale również jako zwykły człowiek. O potomku jeszcze nie myślimy. Wolałbym, aby dziecko miało ojca w domu, a nie oglądało go głównie w telewizji" - dodał.

Po złotym medalu MŚ kolejnym, naturalnym celem wydają się igrzyska olimpijskie. Okazja już za rok w Soczi.

"Nie snuję tak dalekosiężnych planów. Medal igrzysk olimpijskich to oczywiście wielkie marzenie, ale nie mogę obiecać niczego poza tym, że dam z siebie wszystko. Zobaczymy, jaki przyniesie to efekt" - podkreślił.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje