"Jestem Stoch, Kamil Stoch" - te słowa zmroziły. Król na zawsze
To miał być najlepszy raz Kamila Stocha. On był naładowany energią i przekonany o tym, że wciąż może być na szczycie. W sporcie osiągnął prawie wszystko, ale wciąż chciał więcej. I ten ostatni sezon taki właśnie miał być. Wyszło inaczej. I widać było, że to bolało tego wielkiego skoczka. Cierpiał tej zimy, ale też cierpiał przez trzy ostatnie sezony. Nigdy nie porwał tłumów, jak Adam Małysz, ale za to nikt w polskich skokach narciarskich nie osiągnął tyle, co on. Po prostu "Król Kamil"!

Był styczeń 2000 roku. To było moje pierwsze spotkanie z Kamilem Stochem. Wówczas pracowałem w krakowskim "Supertempie". Redakcja wysłała mnie wtedy do Zakopanego na Puchar 10-lecia RMF FM. Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy zobaczyłem 12-letniego wówczas skoczka, który stał się ikoną tego sportu i jednym z najlepszych w historii kilkanaście lat później.
Zawody wygrał wówczas Michal Doleżal, który wyprzedził Wojciecha Skupnia i Adama Małysza. Czech później przez lata prowadził Stocha w polskiej kadrze, a przez ostatnie dwa lata był jego trenerem. Skoczek z Zębu zrobił wówczas tak duże wrażenie na mnie, że postanowiłem poświęcić mu kilka zdań w tekście o imprezie.
"Tuż po konkursie przeprowadzono zawody - >>Szukamy polskiego Martina Schmitta<< - dla skoczków urodzonych w 1984 roku i później. Oddawali oni po jednym skoku (20. platforma startowa), a najdalej poszybował niespełna 13-letni Kamil Stoch (LKS Ząb), osiągając odległość przekraczającą 100 metrów. Przypomnijmy, że zawodnik ten jest wielką nadzieją polskich skoków. W ubiegłorocznym konkursie PŚ w Zakopanem jako przedskoczek pokazał, na co go stać, skacząc zdecydowanie ponad 100 metrów z tej samej platformy, co najlepsi. Nazwano go wówczas >>Polskim Ahonenem<<" - pisałem wówczas w "Supertempie".

"Jestem Stoch, Kamil Stoch". Prorocze słowa w Libercu
Dziewięć lat później po raz pierwszy w życiu rozmawiałem ze Stochem. I słowa, jakie mi wówczas powiedział, brzęczały mi w głowie przez całą jego karierę.
"Jestem Stoch, Kamil Stoch" - usłyszałem w czasie mistrzostw świata w Libercu, kiedy zacząłem porównywać go z wielce utytułowanym już wówczas Adamem Małyszem. Te słowa wypowiedział wówczas tak, że aż mnie zmroziło. Nigdy nie lubił, gdy wspominało się o "Orle z Wisły". On pisał swoją historię. I zresztą przez lata najwyraźniej Stochowi przeszkadzało to, że są w jednej kadrze z Małyszem. Cała Polska patrzyła na wiślanina, a Stoch - choć bardzo się starał - to jednak pozostawał w cieniu. Z drugiej strony Małysz roztaczał parasol ochronny, bo ogniskował uwagę. Dzięki temu pozostali nasi kadrowicze mieli spokój i mogli systematycznie, bez presji, podnosić swoje umiejętności. "Orzeł z Wisły" stworzył jednak własny team z Hannu Lepistoe, co zaczęło też uwalniać potencjał u Stocha.
We wspomnianym Libercu był on już czołowym skoczkiem świata. Dwa lata wcześniej, nie mając jeszcze skończonych 20 wiosen, bił się o "10" w mistrzostwach świata w Sapporo. Zarówno na dużej, jak i normalnej skoczni. Wskakiwał też do "10" w konkursach PŚ.
W Czechach miałem ciekawą sytuację, bo podeszli do mnie dziennikarze ze Szwajcarii, którzy dopytywali o formę Małysza i o to, czy zdobędzie medal. Jakie było ich zdziwienie, kiedy wypaliłem, że o medal to będzie się bił, ale Stoch. I rzeczywiście. Na normalnej skoczni zajął czwarte miejsce. I to mimo tego, że wcześniej zanotował groźnie wyglądający upadek na treningu. Po konkursie dziennikarze wrócili do mnie i z niedowierzaniem kiwali głowami. Zasypali mnie pytaniami o skoczka z Zębu. Ich buzie otworzyły się szeroko, kiedy powiedziałem, że niebawem to będzie najlepszy zawodnik na świecie. Stoch miał w swoich oczach niesamowitą iskrę, a o skokach mówił z wielką pasją. Dało się czuć już wtedy, że rozmawia się z kimś wyjątkowym. Do tego interesowały go tylko zwycięstwa. Tyle że tych brakowało, co go frustrowało.
Już na swoje pierwsze zimowe igrzyska olimpijskie w Turynie jechał z dużymi nadziejami, bo rok wcześniej błysnął w PŚ na skoczni olimpijskiej, zajmując na niej siódme miejsce. Po tym, czego dokonał w Libercu, na igrzyska do Vancouver jechał już jednak walczyć o medal. Tam znowu nie wyszło. W kolejnym sezonie nastąpił przełom.
Takiej historii nikt by nie wymyślił. Tak zaczęły się spełniać marzenia Kamila Stocha
To była filmowa historia. W Zakopanem na Wielkiej Krokwi wszyscy patrzyli tylko na Małysza. On wygrał pierwszy z trzech konkursów pod Tatrami. To była jego pierwsza wygrana od prawie czterech lat. Kibice oszaleli. Liczyli na kolejne triumfy. W drugim konkursie podium nie było, a z bardzo dobrej strony pokazał się Stoch. W trzecim Wielka Krokiew zamarła po upadku Małysza, który na toboganie opuszczał skocznię. Trafił do kliniki, gdzie usłyszał tylko wielką radość, dochodzącą spod Wielkiej Krokwi. Tak kibice cieszyli się po zwycięstwie Stocha. Dla "Rakiety z Zębu" to było pierwsze podium w karierze w PŚ i od razu stanął na jego najwyższym stopniu. "Upadł król, niech żyje król" - krzyczeli ludzie. Tam zaczęły się spełniać jego marzenia z dzieciństwa.
Na mistrzostwach świata w Oslo Małysz zdobył medal na normalnej skoczni i ogłosił zakończenie kariery, a Stoch bił się o podium na dużym obiekcie, ale stracił je po upadku. Znowu była frustracja. To, co wydarzyło się w finałowych zawodach PŚ, wynagrodziło mu jednak wszystko. W ostatnim konkursie w karierze Małysz zajął trzecie miejsce. Triumfował Stoch, który kiedy szedł na podium, oddał pokłon wielkiemu mistrzowi, tańcząc przy okazji góralskiego.
To był początek wielkich sukcesów Stocha. Przez kolejnych dziesięć lat notował przynajmniej jedną wygraną w Pucharze Świata. Dokonywał rzeczy wielkich. W 2013 roku został po raz pierwszy i ostatni w karierze mistrzem świata. Triumfował na dużej skoczni. Razem z kolegami wywalczył też medal w konkursie drużynowym. Zaczął na nowo pisać historię skoków narciarskich. Został trzykrotnym mistrzem olimpijskim. Z kolegami stanął też na olimpijskim podium w drużynie. Miał też srebrny medal MŚ z normalnej skoczni, ale też z MŚ w lotach. Do tego było wiele medali MŚ w narciarstwie klasycznym i lotach w drużynie, a tym najważniejszym było złoto w Lahti (2017). Stoch dwukrotnie zdobywał Kryształową Kulę. Zanotował 39. zwycięstw w PŚ, co ciekawe, tyle samo co Małysz. Trzy razy wygrywał też Turniej Czterech Skoczni, który jest tak bardzo ważny w tej dyscyplinie sportu. Jako drugi skoczek w historii - po Svenie Hannawaldzie - wygrał wszystkie cztery konkursy w czasie jednego turnieju. Dwa razy triumfował w Raw Air, raz w Willingen Five i raz w Planica Seven. Rekord życiowy, który jest też rekordem Polski, wyśrubował do wyniku 251,5 metra. Ikona. "Król Kamil" - jak mawiali spikerzy na skoczniach świata.
Stoch nigdy nie wygrał Letniego Grand Prix. Nigdy nie zdobył też medalu mistrzostw świata juniorów indywidualnie, choć był tego bliski w 2005 roku, ale wówczas miał upadek.
Porażki, które bolały. Łzy lały się strumieniami
Choć odniósł tyle sukcesów, to jednak - jak każdy sportowiec - zanotował więcej porażek. Zresztą Bronisław Stoch, tata skoczka, zwykł mawiać, że trzeba sto razy przegrać, by raz wygrać.
I tych porażek było naprawdę sporo. Często widywałem mistrza zalanego łzami. Tak było choćby w Predazzo w 2013 roku, gdzie był drugi po pierwszej serii w konkursie na normalnej skoczni. W drugiej zepsuł skok. Płakał wtedy jak bóbr. W ogóle nie ściągał gogli. A kiedy wszyscy opuścili już skocznię, zaczął krzyczeć, by sobie ulżyć. Kilka dni później został mistrzem świata. Trzy lata później w czasie MŚ w lotach w Kulm sensacyjnie przepadł w kwalifikacjach. Gogle też zasłaniały oczy. Nie rozmawiał z dziennikarzami. Poszliśmy wówczas do szatni, a stamtąd zaczął dobiegać hałas. W domku był tylko Stoch i Łukasz Kruczek. Zbigniew Klimowski, pierwszy trener naszego mistrza, ostrzegł nas. - Lepiej tam się nie zbliżajcie - powiedział. Wówczas w szatni latało chyba wszystko. Po wszystkim Stoch przyszedł i przeprosił za swoje zachowanie. Łzy lały mu się po policzkach też w czasie igrzysk w Pekinie. Tam dwa razy był blisko medalu, ale nie stanął na podium. Często swoje emocje studził płaczem w Pucharze Świata, ale wtedy robił to najczęściej do poduszki już w hotelowym zaciszu.
Pewnie gdyby Stoch zdobył medal w Pekinie, to wtedy zdecydowałby się na zakończenie kariery. Zresztą w sezonie olimpijskim stanął po raz ostatni na podium PŚ, zajmując trzecie miejsce w Klingenthal. Po igrzyskach były mistrzostwa świata w Planicy. Miejscu wyjątkowym dla Stocha, bo tam poznał swoją żonę Ewę. Tam też się zaręczyli. Ze Słowenii też wrócił bez medalu, choć był bardzo blisko. Bardzo chciał zakończyć karierę na szczycie. To mu się nie udało, choć bardzo się starał.
Kilka razy kończył karierę. W końcu ogłosił to światu
Kilka razy kończył karierę. Zawsze chciał to zrobić po cichu i nagle. Ostatecznie zdecydował się na to, by ogłosić światu swoje odejście ze sportu przed sezonem. Przygotował wszystkich na ten moment, który musiał kiedyś nadejść. Dzięki temu organizatorzy zawodów na całym świecie mogli się przygotować na pożegnanie mistrza. I trzeba przyznać, że wzruszająco było w Bischofshofen, ale też w Zakopanem.
To miał być najlepszy raz Stocha. On sam czuł się na siłach. Ciągle powtarzał, że wie, że wciąż może być najlepszy. Zawsze chciał nim być i dążył do perfekcji. Ambicja jednak była jego największym wrogiem. To nie był sezon marzeń. Miał jednak odwagę, by zmierzyć się z nim, ale też narzucił na siebie niesamowitą presją, że ma wyjść pięknie. Tej ostatniej zimy męczył się, ale miał wsparcie. Od kibiców. Oni zawsze z nim byli.
Byłem przy prawie wszystkich największych sukcesach naszego wielkiego mistrza. Nie widziałem na żywo tylko triumfu w Turnieju Czterech Skoczni w okresie pandemii. Nie ma mnie w Planicy - nad czym ubolewam - gdzie cały świat żegna Stocha. Tego wielkiego sportowca pożegnam gdzie indziej. Królu Kamilu, dziękuję!
Zobacz również:















