Reklama

Reklama

Jan Ziobro: Jestem w stanie podać rękę i przebaczyć, ale wszystko, co mówiłem, było prawdą

- Myślę, że jeżeli byłaby wola z drugiej strony pogodzenia się i wyciągnięcia sobie dłoni, to ja byłbym w stanie to zrobić. Ale już naprawdę, a nie tak, jak było kilkanaście razy, że podawaliśmy sobie dłonie, ja wychodziłem, a ten przysłowiowy nóż nadal był mi wbijany w plecy. Jeśli tym razem miałoby być szczerze, to czemu nie? Sądzę, że przebaczać warto, bo życie jest zbyt krótkie, żeby toczyć wojny - mówi w rozmowie z Interią Jan Ziobro, skoczek narciarski, którego kariera, decyzją zawodnika z początku 2018 roku, ma status zawieszonej. Po długiej nieobecności w mediach 29-latek przystał na rozmowę z naszym dziennikarzem i wrócił do wydarzeń, które w środowisku odbiły się bardzo głośnym echem.

Artur Gac, Interia: Ustalmy na początku jedną, kluczową kwestię: pana kariera jest już zakończona, czy wciąż zawieszona?

Reklama

Jan Ziobro, skoczek narciarski: - Oficjalnie jest zawieszona (uśmiech).

No właśnie, pytam nie bez kozery. Czyli...

- Czyli tak naprawdę jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. To się dopiero okaże, ale w tej chwili jeszcze nie złożę ostatecznej deklaracji.

Jednak zapewne sam doskonale zdaje pan sobie sprawę, że czas nie działa na pana korzyść i decyzji nie można odwlekać w nieskończoność.

- Na pewno tak, tu się oczywiście zgadzam. Skoki narciarskie są takim sportem, że upływający czas faktycznie działa jakby na moją niekorzyść. Niemniej pożyjemy i zobaczymy.

A realnie jaki daje pan sobie czas, żeby ewentualny powrót do poważnego sportu jeszcze miał ręce i nogi?

- Nart do skoków nie miałem na nogach prawie trzy lata. Niemniej jednak nie było i nie jest to spowodowane tym, że nie chcę lub mnie nie ciągnie. Tylko po prostu naturalnie poświęciłem się czemuś innemu, co wymaga sporej uwagi.

To długa przerwa, więc myślę sobie, że powrót wymagałby konkretnych przygotowań.

- Oczywiście. Wiadomą sprawą jest, że skoki narciarskie to nie jest piłka nożna, że nawet po dłuższej przerwie można wziąć piłkę pod pachę i sobie pograć. Jakby nie było jest to sport ekstremalny, a więc wymaga od zawodnika profesjonalnych przygotowań, nie tylko w sferze mentalnej, ale przede wszystkim fizycznych. Owszem, bez przygotowania też mógłby sobie pójść i oddać skok, ale po pierwsze to nie byłoby bezpieczne, a po drugie to nie to, co by mnie interesowało poza próbą na tzw. przetarcie.

Z tego, jak pan mówi, to nie miałby być powrót, żeby oddać sobie kilka skoków i trochę się "pobawić". Tylko jeśli już zapadłaby decyzja, to na poważnie i z założeniem, by prezentować poziom, umożliwiający rywalizację z czołowymi zawodnikami.

- Dokładnie tak.

To jeszcze inaczej dopytam: biorąc to wszystko pod uwagę, ewentualny powrót byłby możliwy już w przyszłym roku, czy to bardziej melodia 2022 roku?

- Chciałbym odpowiedzieć konkretnie, ale nie potrafię tego w tym momencie określić. Ktoś zauważy, że mam 29 lat i można powiedzieć, że już nie jestem młodzieniaszkiem. Ale przykładów, że jeszcze nie jest za późno, nie trzeba daleko szukać. Wystarczy, że popatrzymy na Noriakiego Kasaiego, który w tej chwili ma 48 lat i udowadnia, że bardzo długo można skakać na wysokim, światowym poziomie. Przy czym oczywiście trzeba mieć świadomość, że skoki, tak jak wiele dyscyplin, rządzą się swoimi prawami. A przez to wiek do ich uprawiania i ewentualne powroty zależą od predyspozycji danego zawodnika. Dlatego, jak już powiedziałem, jeśli wracać, to tylko na poważnie. Bo czy powrót na pół gwizdka byłby wart zachodu?

Powiedział pan, że ostatni skok oddał prawie trzy lata temu. Czy im więcej czasu upływa, tym głód skakania jest w panu większy, czy przeciwnie - z każdym miesiącem coraz bardziej zanika?

- Te trzy lata tak szybko minęły, że na dobrą sprawę wydaje mi się, jakby to było wczoraj. Ale ten czas mi uświadomił, że głód nadal we mnie jest taki sam, jaki był. Jednak w tej chwili bardzo absorbuje mnie rozwijanie własnej firmy z branży meblarskiej. Poczyniłem też dosyć duże inwestycje, co wiąże się z tym, że muszę być na miejscu i wszystkiego dopilnować. Obecnie nie jestem w stanie, ot tak, tego zostawić i odejść. Mam taki charakter, że jak już się za coś biorę, to nie traktuję tego po macoszemu.

Jak zatem do końca było z tą "bombą", którą zdetonował pan na początku stycznia 2018 roku, ogłaszając zawieszenie kariery? Decyzja była w pełni przemyślana, czy bardziej podyktowana impulsem?

- Wszystko to piętrzyło się od jakiegoś czasu. Nie było tak, że to stało się z dnia na dzień. Trwało to na tyle długo, że już nie można było milczeć, bo nie miałoby to najmniejszego sensu. Porównałbym to do sytuacji, jakby pracował pan przez rok, a na koniec usłyszał "niestety, ale nie mam dla ciebie wynagrodzenia". Tak właśnie było w moim przypadku. Dlatego nie widziałem sensu kontynuowania kariery. Tym bardziej, że to nie była jedna lub dwie sytuacje, tylko pewien okres czasu, trwający dwa-trzy lata, kiedy rzucano mi kłody pod nogi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje