Reklama

Reklama

Jan Szturc dla Interii: Obecnie nie ma tajemnic, połączenie kadr A i B to wspaniałe posunięcie

- Kiedyś było tak, że nawet pomiędzy kadrami A i B istniały tajemnice sprzętowe, dotyczące kombinezonów, wiązań, czy nart. Obecnie nie ma jakichś tajemnic, tylko wszyscy pracują na wynik najlepszych, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotrka Żyły i w tej chwili Andrzeja Stękały, ale także z korzyścią dla zawodników, którzy chcą być na poziomie wymienionych - mówi w rozmowie z Interią Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Adama Małysza, który przez lata współpracował z kadrą skoczków.

Artur Gac, Interia: Obecnie mamy najmocniejszą reprezentację w skokach narciarskich w historii?

Reklama

Jan Szturc, trener i wujek Adama Małysza: - Po wynikach, jakie do tej pory notujemy, czyli do konkursów w Titisee-Neustadt, tak można stwierdzić. Mamy zawodników naprawdę na bardzo wysokim poziomie, którzy seryjnie zajmują miejsca w pierwszej dziesiątce i na podium. Bez wątpienia mamy bardzo mocny zespół.

Ale czy pana zdaniem na pewno najmocniejszy? Po pytaniu chwilę się pan zastanowił. Pan bardziej szafowałby określeniami?

- Na obecną chwilę na pewno mamy najmocniejszy zespół, jaki mieliśmy do tej pory. To nie ulega wątpliwości. Sezon jeszcze trwa, ale początek do ostatnich konkursów w Niemczech pokazuje, że wyniki są naprawdę wspaniałe. A odzwierciedleniem formy całej drużyny, która punktuje, jest prowadzenie w Pucharze Narodów.

Połączenie kadr A i B w jedną grupę to strzał w dziesiątkę?

- Niewątpliwie było to bardzo dobre posunięcie, o które walczył Adam Małysz po ubiegłorocznym sezonie. Myślę, że właśnie powstanie 12-osobowej kadry narodowej ma wpływ na obecne wyniki. Szeroka grupa wiąże się też z integracją oraz spojrzeniem trenera na zawodników, którzy wcześniej dobijali się do kadry A. Ponadto trenerzy, którzy wcześniej prowadzili kadrę B, teraz mają możliwość konsultacji z Michalem Doleżalem i odwrotnie. Wspólnie omawia się, co robić i jak robić, wymieniając na bieżąco uwagi podczas treningów i dzieląc się wskazówkami. Myślę, że to było wspaniałe posunięcie Adama Małysza przy akceptacji całego zarządu Polskiego Związku Narciarskiego z prezesem.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

- Kiedyś było tak, że nawet pomiędzy kadrami A i B istniały tajemnice sprzętowe, dotyczące kombinezonów, wiązań, czy nart. Obecnie nie ma jakichś tajemnic, tylko wszyscy pracują na wynik najlepszych, czyli Kamila Stocha, Dawida Kubackiego, Piotrka Żyły i w tej chwili Andrzeja Stękały, ale także z korzyścią dla zawodników, którzy chcą być na poziomie wymienionych. Uważam, że wspólna kadra integruje i podnosi poziom rywalizacji w grupie, co ma przełożenie na zawody Pucharu Świata, czy niedawny brązowy medal w drużynie na mistrzostwach świata w lotach. To na razie bardzo dobrze funkcjonuje.

Zwracając uwagę na różnice do tego, co było, ma pan naturalnie na myśli kadencję trenera Stefana Horngachera? W niedawnej rozmowie z Interią Adam Małysz, przy całym uznaniu dla pracy Austriaka i podkreśleniu jego dokonań, zwracał uwagę, że wówczas kadra A była hermetyczna.

- Tak, była jakby trochę odizolowana i zamknięta, jeśli chodzi o informacje, nowości techniczne i dobór sprzętu. Informacje nie do końca wychodziły poza kadrę A, choć miało to wyglądać inaczej.

Skoro tak było, na co zwracacie panowie uwagę, to w istocie nie było szans, żeby poza wąską grupą zawodników całą ławą wypłynąć na szerokie wody w Pucharze Świata. Reszta zawodników była traktowana jak, powiedzmy, skoczkowie trochę drugiej kategorii?

- Tak można to określić. Ale to tyczyło się nie tylko zawodników, ale także trenerów kadry B, którzy nie mieli informacji co do jakości sprzętu. Przykładowo jak szyć kombinezony, gdzie i w których miejscach, jak powinien układać się materiał: poprzecznie, wzdłuż, czy po skosie. Takie "nowostki" były zatrzymywane i nie wychodziły poza kadrę A. Dlatego kadra B musiała kombinować i w efekcie wiadomo, gdzie była. Oczywiście były sporadycznie pojedyncze sukcesy, ale była izolacja pomiędzy obiema kadrami, a nawet pomiędzy zawodnikami oraz trenerami, tak że nie wypuszczano nowinek dla bezpośredniego zaplecza.

Wobec tego na usta ciśnie się proste pytanie: Jest pan w stanie wytłumaczyć, jaka była logika w takim postępowaniu?

- Wiadomo, że to pytanie nie do mnie, bo ja mogę tylko podejrzewać, choć nie chciałbym komuś... Można powiedzieć, że Stefan zamknął się w swoim wspaniałym sztabie szkoleniowym, mając Grzesia Sobczyka, Zbyszka Klimowskiego i Michala Doleżala, który był odpowiedzialny za kombinezony. Poza tym Horngacher miał swoich szpiegów, którzy podpatrywali inne ekipy, pod kątem wprowadzanych nowości. Ci ludzie filmowali, czy to robili zdjęcia ogólnie co do sprzętu, bez wchodzenia w niuanse. Informacje od tych osób, odpowiedzialnych za szpiegowanie danych ekip, nie wychodziły poza krąg. Sporadycznie przekazywano informacje, ale bez szczegółów. Nie wiem, czy Stefan się bał, żeby te ciekawostki i nowości sprzętowe nie wypłynęły jeszcze dalej? Każdy trener ma swój punkt widzenia i Stefan być może obawiał się, że jeśli zbyt daleko to się wydostanie, to zostanie przechwycone przez szpiegów z innych ekip.

Z tego, co pan mówi, intencją trenera Horngachera nie było, jakby ktoś mógł twierdzić, działanie wbrew interesowi skoczków z zaplecza kadry A. Austriak po prostu mógł wychodzić z założenia, że im mniej osób będzie wiedziało o pewnych tajemnicach i nowinkach, tym większe prawdopodobieństwo, że nikt niepożądany tego nie zobaczy.

- Dokładnie, właśnie tak bym to sformułował. To były informacje utrzymywane we własnym gronie, żeby nie wyciekły poza sztab. Tak, aby ktoś z innych ekip tego nie zaobserwował, gdy kadra B wyjedzie na zawody i zawodnicy zaczną dobrze skakać. Wiadomo, że na Pucharach Kontynentalnych również są ludzie, którzy filmują i robią zdjęcia. Uważam, że Horngacher właśnie chyba dlatego chciał, aby to wszystko nie wyszło poza kadrę A.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama