Reklama

Reklama

Jan Mazoch - skoczek, o którego los drżała cała Polska

20 stycznia 2007 roku rozbawiona publiczność zgromadzona na trybunach Wielkiej Krokwi nagle zamarła, kiedy czeski skoczek Jan Mazoch stracił w locie równowagę i z ogromnym impetem uderzył o zeskok skoczni, tracąc przytomność. 22-latek w stanie krytycznym został przetransportowany do szpitala w Krakowie, a cała Polska nasłuchiwała wieści o jego zdrowiu.

20 stycznia 2007 roku rozbawiona publiczność zgromadzona na trybunach Wielkiej Krokwi nagle zamarła, kiedy czeski skoczek Jan Mazoch stracił w locie równowagę i z ogromnym impetem uderzył o zeskok skoczni, tracąc przytomność. 22-latek w stanie krytycznym został przetransportowany do szpitala w Krakowie, a cała Polska nasłuchiwała wieści o jego zdrowiu.

Mazoch został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. 25 stycznia skoczka wybudzono, sześć dni później opuścił krakowski Szpital Uniwersytecki. Jego stan był już na tyle dobry, że umożliwiał przeniesienie pacjenta do Pragi na dalsze leczenie.

Tempo rehabilitacji Czecha było imponujące. Prędko doszedł do zdrowia i coraz śmielej snuł plany o powrocie na skocznie. W sierpniu 2007 roku, bez śladu po wypadku, spotkał się w Krakowie z kibicami i dziennikarzami, a przede wszystkim z lekarzami, którzy uratowali mu życie. Dwa miesiące później skakał już w austriackim Villach w zawodach Pucharu Kontynentalnego.

Reklama

Latem 2008 roku z powodu braku satysfakcjonujących wyników zakończył karierę sportową. Skontaktowaliśmy się z Janem, aby dowiedzieć się, co słychać u człowieka, o którego los tak martwiliśmy się przed sześcioma laty.

INTERIA.PL: Co pan pamięta z tamtego upadku w Zakopanem?

Jan Mazoch: - Skoku  i upadku nie pamiętam. Kojarzę natomiast moment przebudzenia w polskim szpitalu. Mam w głowie pojedyncze obrazy z Polski. Pamiętam rehabilitację, którą przechodziłem już po powrocie do Czech. Byłem wyczerpany, potrzebowałem czasu, żeby dojść do siebie, ale już jest wszystko dobrze z moim zdrowiem.

Analizował pan potem ten skok? Zastanawiał się, co poszło nie tak?

- Warunki pogodowe były bardzo wymagające, ale to nie jedyne wytłumaczenie. Wiem, że popełniłem w locie błąd. Widziałem potem swój skok, ale nic nie pamiętałem. Czułem się tak, jakbym oglądał w locie kogoś innego. 

Mogę sobie tylko wyobrazić, jak ciężki to był okres dla pana i pańskiej przyszłej żony, która spodziewała się dziecka...

- Rzeczywiście, to były ciężkie czasy dla nas, jestem bardzo wdzięczny Barbarze za to, jak dzielnie je zniosła i ile dla mnie zrobiła. Z czasem wiele się zapomina, na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie. Wróciłem do zdrowia, sześć miesięcy po wypadku zostałem tatą. Obecnie mamy dwie córeczki: Victoria ma sześć lat, a Vanessa trzy.

Kilka miesięcy po wypadku wrócił pan na skocznie. Nie bał się pan?

- Oczywiście czułem lęk, ale motywacja do powrotu była ogromna. Górowała nad strachem. Z czasem zaczął przeważać strach, między innymi dlatego zdecydowałem się zakończyć karierę sportową.

Co pan czuł przed pierwszym skokiem po upadku?

- Miałem wrażenie, że nie będę umiał skoczyć, że nie pamiętam tego, czego się przez lata uczyłem. Ale ze skokami narciarskimi jest jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapomina. Pamiętam, że pierwszy skok wyszedł całkiem dobrze, był taki...normalny. Przez jakiś czas było dobrze, ale skoki to w głównej mierze psychika. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: co będzie, jak wypadek z Zakopanego się powtórzy? Czy wyjdę z tego bez szwanku? To nie jest dobre myślenie.

Zanim skończył pan karierę wziął pan udział w 21 zawodach Pucharu Kontynentalnego. Całkiem sporo...

- Tak, startowałem przez cały sezon, ale to było wielkie wyzwanie zarówno dla mojej psychiki, jak i organizmu. Ciężko pracowałem, żeby dojść do optymalnej formy, ale nie byłem zadowolony z wyników. Cieszę się, że byłem skoczkiem narciarskim, ale wielkie sukcesy nie były mi dane. Teraz koncentruje się na skokach z innej perspektywy i to mi wystarcza. Kiedy kończyłem karierę nie miałem już sobie nic do udowodnienia.

Czy po tym, co pan przeżył, uważa pan, że skoki narciarskie to niebezpieczny sport?

- Wypadek nie zmienił mojej oceny tego sportu. Uważam, że to bezpieczna dyscyplina. Bardzo techniczna. Sądzę, że bardziej ryzykowny jest np. downhill (bieg zjazdowy - przyp. red). Nie zapominajmy też, że coraz większą wagę przykłada się do bezpieczeństwa zawodników.

Brakuje panu skoków?

- Nie tęsknie za skakaniem. Pewnie dlatego, że decyzja o zakończeniu kariery dojrzewała we mnie, była naturalna.

Co takiego pociągało pana w skakaniu?

- Tego się nie da opisać słowami. Kiedy się leci w powietrzu po prostu jest pięknie. Cieszę się, że mam sporo miłych wspomnień ze skoczni.

Co pan robił przez ostatnich pięć lat po zakończeniu kariery?

- Wróciłem do nauki i skończyłem szkołę średnią. W tym samym czasie pracowałem w firmie EB Bartos. Następnie byłem komentatorem sportowym. Współpracowałem z Eurosportem i czeską telewizją relacjonując zawody w skokach narciarskich.

A obecnie czym się pan zajmuje?

- Jestem organizatorem memoriału im. Jiriego Raski, mojego dziadka (mistrza olimpijskiego z Grenoble - przyp. red). Zawody odbędą się 30-31 sierpnia w miejscowości Frenstat. Mamy ambicję, żeby wielkie skakanie wróciło do Frenstatu. W tym roku impreza ma rangę Pucharu FIS, chcemy aby w przyszłym roku pójść o szczebel wyżej. Poza tym przed rokiem przeprowadziłem się do Pragi. Szukam pracy w fundacji, w której mógłbym się poświęcić walce w słusznej sprawie.

Kiedy spotkaliśmy się w sierpniu 2007 roku, podczas pańskiej pierwszej wizyty w Krakowie od opuszczenia szpitala, był pan zaskoczony, że ma w Polsce tylu kibiców. Chciałby im pan coś przekazać na koniec?

- Oczywiście! Bardzo dziękuję wam za to, że wspieraliście mnie po wypadku. Staliście za mną murem i pomogliście wrócić do zdrowia. Pozdrawiam wszystkich fanów gorąco i cieszę się, że znów macie znakomitych skoczków, którym możecie kibicować i cieszyć się z ich wyników. Raz jeszcze dziękuję za wsparcie, trzymajcie się!

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL