Reklama

Reklama

Fortuna zdradza, jak przemycał

Jak Wojciech Fortuna dorabiał podczas kariery zawodniczej? M.in. parając się drobnym przemytem!

Oto fragment rozdziału XIV zatytułowanego "Złote lata handlu" z książki Leszka Błażyńskiego "Wojciech Fortuna - Skok do piekła".

"Wojciech Fortuna, podobnie jak inni sportowcy w czasach PRL-u, zaczął na zagraniczne wyjazdy zabierać ze sobą coraz więcej towaru. - Otrzymywaliśmy wtedy zwykle jedynie kadrowe i nie były to duże sumy. Dlatego prawie wszyscy dorabiali, sprzedając za granicą różne rzeczy - tłumaczy dwuboista Stefan Hula. - Sportowcy robili to, bo ich pensje były skromne.

Opłacało im się wymieniać towary na zielone banknoty, gdyż dolar miał wtedy ogromną wartość. Ja jednak nie handlowałem kryształowymi wazonami czy ubraniami. Jako trenerowi mi nie wypadało - tłumaczy trener kadry narodowej Janusz Fortecki. W latach 70. celnicy nie byli już tak skrupulatni i drobiazgowi jak wcześniej.

Reklama

- Gdy wyjeżdżałem na Igrzyska Olimpijskie do Innsbrucku w 1964 roku czy dwa lata później na mistrzostwa świata do Oslo, nie zabierałem ze sobą niczego na sprzedaż. Zwłaszcza za przemyt dewiz można było łatwo trafić do więzienia - opowiada były skoczek Piotr Wala.

Polscy sportowcy w czasach komunistycznych jednak bardzo często kombinowali. Już w pierwszych latach po wojnie przewozili towary za granicę (...) Niektórzy z zawodników startujących na Igrzyskach Olimpijskich w Grenoble (1968) wrócili do kraju bez kożuszków, które otrzymali z PKOl-u.

Sprzedali je wtedy za około 200 dolarów za sztukę. Za takie wykroczenie groziło w tamtym okresie nawet pozbawienie wolności do lat 5 oraz grzywna w wysokości do miliona złotych! "Afera kożuszkowa" rozeszła się jednak po kościach.

W latach 70. było już łatwiej przewieźć towar przez granicę. Ze sprzedażą też zwykle nie było problemu. Celnicy często przymykali oko lub po prostu byli przekupywani. - Najczęściej woziliśmy kryształowe wazony - opowiada były pięściarz Zbigniew Kicka, pierwszy polski medalista amatorskich mistrzostw świata. - W 1977 roku polecieliśmy na turniej do Turcji. Moi koledzy z kadry kupili w kraju kryształowe wazony, a ja jako jedyny karafkę z sześcioma szklankami. Przekomarzałem się z nimi, że lepiej na tym wyjdę, ale podczas podróży roztrzaskała mi się jedna ze szklanek.

Wcale tym się nie zmartwiłem. Byłem pewien, że bez problemów znajdę kupca. Po przyjeździe do Turcji kryształowe wazony kolegów sprzedawały się jak ciepłe bułeczki, a karafki nikt nie chciał. Zacząłem już nawet przekonywać miejscowych, że to oryginalny zestaw z Polski i że w naszym kraju pije się z pięciu szklanek.

"Dlaczego akurat z tylu?" - dociekali. Odpowiadałem im, że dzięki temu zużywa się mniej alkoholu - opowiada, zanosząc się śmiechem. - Jeden z nich kupił w końcu karafkę z pięcioma szklankami. Dostałem za to niezłą sumkę w dolarach i mogłem wreszcie kupić bliskim prezenty, bo dieta wystarczała jedynie na tureckie ciastka. Pamiętam jeszcze, że po zakończeniu zawodów, tuż przed naszym wylotem, podszedł do mnie Turek, z którym dobiłem targu. Bałem się, że będzie chciał zwrotu pieniędzy, a on uśmiechnął się i stwierdził, że... z pięciu kieliszków pije się nawet lepiej - dodaje z uśmiechem Kicka.

Również prezes PZN Apoloniusz Tajner, były dwuboista, dorabiał do swojego skromnego kadrowego. - Każdy wtedy czymś handlował. Ja brałem ze sobą smary sportowe i sprzedawałem w Związku Radzieckim (...) - zdradza szef Polskiego Związku Narciarskiego. Gdy kadrowicze wyjeżdżali do Austrii, również brali ze sobą kryształowe wazony.

- Podczas jednego z pobytów w Mühlbach pojechałem do centrum miasteczka. Miejscowi wrzucali mi do kryształu karteczki z sumą, za jaką chcą je kupić. Nie przypuszczałem, że dostanę aż 500 szylingów, co było równowartością 50 dolarów. Za te pieniądze mogłem już kupić dobry sprzęt narciarski - wyjaśnia Fortuna.

(...) Do transakcji dochodziło również między skoczkami. Na nich sparzył się jednak Szwajcar Walter Steiner, który raz kupił od jednego z polskich zawodników narty.

- Miały one na sobie zielony wosk. Gdy go zdjąłem, okazało się, że były zniszczone. Wyleczyłem się z handlu ze sportowcami ze Wschodu, gdy jeden z niemieckich zawodników opchnął mi zepsuty aparat fotograficzny - wspomina z przekąsem Helwet, zaznaczając przy okazji, że Polakiem, który go oszukał, na pewno nie był Fortuna.

Biografia jest do kupienia wyłącznie przez internet. 
Więcej informacji na oficjalnej stronie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje