Reklama

Reklama

Dzieci Małyszomanii czyli jak zostaliśmy światową potęgą

Kiedy w 1999 roku Apoloniusz Tajner obejmował kadrę skoczków nie można było nawet przeprowadzić mistrzostw Polski, bo do tego potrzebnych jest przynajmniej pięciu seniorów. – Miałem do dyspozycji tylko czterech. Zaczynaliśmy naprawdę od zera . Bez kasy i większej nadziei – wspomina obecny prezes PZN. Minęło niespełna piętnaście lat i jesteśmy światową potęgą. Uwierzylibyście?

W XX wieku mieliśmy zaledwie kilku skoczków, którzy liczyli się w światowej czołówce. Oprócz Adama Małysza byli to Stanisław Marusarz, Stanisław Bobak i Piotr Fijas. A teraz? W sobotę czterech Polaków zajęło miejsca w pierwszej dziesiątce. I nie był to przypadek, bo ten scenariusz powtórzył się już drugi raz w sezonie. Nie tylko łapiemy się do dziesiątki, ale też Polacy wygrywają konkursy. Już trzech naszych stawało na najwyższym stopniu podium. Teraz przed każdym konkursem możemy zastanawiać się, kto dziś zamiesza w czołówce. Czy będzie to Stoch, a może Kot, Murańka, Biegun lub Ziobro, a co z Żyłą?

Reklama

Prawdziwy ból głowy będzie miał Łukasz Kruczek, który ma niespełna miesiąc na podanie składu na Soczi. A zabrać może tylko czterech skoczków i jednego rezerwowego. Za nami ledwie siedem konkursów, a już siedmiu naszych kwalifikowało się do drugiej serii, czwórka z nich  zajmuje miejsca w pierwszej 15 klasyfikacji generalnej. Prowadzi ten, na którego liczymy najmocniej - Kamil Stoch. Skąd to się wzięło? Już odpowiadamy.

Gdzie jak gdzie, ale w skokach narciarskich powiedzenie, że jeden sukces napędza kolejne zadziałał idealnie. Kiedy Adam Małysz kolekcjonował kolejne medale i trofea wokół niego trwał wyścig o podpis pod kontraktem i wykorzystanie wizerunku mistrza. Małyszowi towarzyszył prawie przez całą karierę Red Bull, do tego sporo kasy do jego kieszeni wrzuciła Poczta Polska czy dziennik Fakt, ale nie wszystkim uśmiechało się nabijanie kabzy naszemu multimedaliście.

Jednym z takich przykładów była firma Lotos, która razem z PZN postanowiła zorganizować turniej dla dzieci o nazwie Lotos Cup. "Szukamy następców Małysza" miało brzmieć hasło zawodów. Miało, bo orzeł z Wisły nie wyraził na to zgody. Ponoć było to nieporozumienie, ale niesmak pozostał. Na szczęście trójmiejska rafineria nie przejęła się tym. Zabawa ruszyła blisko 10 lat temu. W kategorii najmłodszych triumfował dziesięcioletni wówczas... Klemens Murańka, u starszych chłopców Maciej Kot. Przez kolejne sezony podium dominowali najzdolniejsi - Aleksander Zniszczoł, Tomasz Byrt, Bartłomiej Kłusek czy wspomniany już wcześniej Biegun.

- Tych wszystkich chłopców łączy jedno. Byli dzieciakami, kiedy cała Polska wstrzymywała oddech, gdy na belce startowej siadał Adam Małysz. On ciągnął furmankę z napisem "Polskie Skoki", a w cieniu powstawało zaplecze - obiekty oraz konkursy dla dzieci. W tej chwili w turniejach Lotos Cup startuje 200-220 dzieciaków. Nie mieścimy się z organizacją zawodów w jednym dniu. To pokazuje, że czeka nas stały dopływ świeżej krwi. Wśród dzieciaków startujących w Lotos Cup wszyscy chcieli być jak on - to było marzenie tych dzieciaków, którzy zaczynali przygodę ze skokami jako ośmio- czy dziewięciolatkowie. O kim mówię? Właśnie o Biegunie, Ziobrze czy Murańce - mówi nam Tajner.

Ziobro trochę różni się od nich. - U skoczka ciężko o zaplanowanie kariery. To niemalże niemożliwe, aby wyczuć, kiedy jego forma wystrzeli. Przecież Małysz wygrywał jako 19-latek, a później przez kilka sezonów w ogóle się nie liczył. To samo było z Żyłą - wylicza Tajner. 22-letni Ziobro nie miał sukcesów jako junior. Choć też startował w Lotos Cup, to nigdy nie zajął miejsca na podium w klasyfikacji generalnej. Zawsze był trochę na uboczu. Pod koniec 2011 roku wskoczył do Pucharu Świata, ale przez większość czasu pałętał się gdzieś w czwartej dziesiątce. Do domu wysłano go po konkursach w... Engelbergu. Raz był 44, a w drugim konkursie nie zakwalifikował się do pierwszej serii. Przełom przyszedł niedawno. Zajął 9. miejsce w Kilgenthal, ale wielu uznało, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wydawało się, że faktycznie tak będzie, ale konkurs w Engelbergu wszystkiemu zaprzeczył.

Rozpływamy się nad skoczkami, ale mamy też świetnych trenerów. Ziobro to wychowanek wyszydzanego Roberta Matei. Pod górkę miał także Łukasz Kruczek. Tajner, kiedy jeszcze prowadził kadrę, często miał nie po drodze z niepokornym zawodnikiem Kruczkiem. Ponoć równie niechętnie powierzał mu opiekę nad drużyną narodową. Teraz nie oddałby go za żadne skarby. - Poprzedni rok pokazał, jak znakomicie potrafił ułożyć sobie stosunki w grupie. Po nieudanym początku sezonu, kiedy on sam rozważał nawet dymisję, wszyscy zawodnicy stanęli za nim murem. Łukasza traktuję jako naszego wychowanka. Zbierał doświadczenie jeszcze jako czynny skoczek pod okiem Mikeski czy moim, później uczył się od Heiza Kuttina i Hannu Lepistoe, prowadził samodzielnie młodszą grupę, aż doszedł do momentu, kiedy jest w sile trenerskiego wieku. Jeśli chodzi o naukowe podstawy jest chyba w tej chwili najlepszym trenerem na świecie - chwali Tajner. Świetnym jego uzupełnieniem jest Piotr Fijas, którego nie może się nachwalić Wojciech Fortuna, mistrz świata i złoty medalista olimpijski z 1972 roku z Sapporo. - Piotrek jak mało kto zna się na rzeczy. Robi świetną robotę w sztabie Łukasza Kruczka. Do tego był znakomitym przed laty skoczkiem, rekordzistą świata w długości lotu.

Do kiedy ta bajka będzie trwać? Tajner jest pewny, że jeszcze przez długi czas. - Centralne szkolenie stoi u nas w tej chwili na najwyższym poziomie. Obejmujemy z nim największą liczbę skoczków ze wszystkich krajów. Bijemy nawet Austriaków i Norwegów. Jestem spokojny o napływ świeżej krwi przynajmniej do 2030 roku - kończy prezes PZN.

Autor: Krzysztof Oliwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje