Działacz PZN prosto z mostu w sprawie Horngachera. "Ja mu nie ufam, ale..."
- Trenerów usuwał ze skoczni, nie mogli patrzeć na nic. Przecież czterech gości od nas odsunął od trenowania i wiadomo kogo. W związku z tym ja mu nie ufam, ale nie twierdzę, że to nie jest dobry fachowiec - tak o Stefanie Horngacherze mówi w rozmowie z Interią Wojciech Adam Fickowski, członek zarządu Polskiego Związku Narciarskiego. Wyjaśnia, dlaczego mimo to podniósł rękę, by przyspieszyć proces zakontraktowania Austriaka.

Artur Gac, Interia: Jeszcze paręnaście dni temu, choć pan zręcznie unikał rozmowy, mówił że wszystko co było do powiedzenia przekazał kolega z zarządu Wojciech Gumny. I wydawało się, że wiceprezes PZN na wszystkie świętości będzie przysięgał, iż decyzja ws. Stefana Horngachera zapadnie dopiero w czerwcu. Co zatem się stało?
Wojciech Adam Fickowski, członek zarządu ds. współpracy z klubami, wsparcia zawodników poza grupami szkoleniowymi i kariery dwutorowej: - Przepraszam bardzo, czy przeczytał pan oświadczenie PZN?
Czytałem.
- No i to wszystko.
To wszystko?
- Ja w zasadzie nie mam nic więcej do dodania, bo tam wszystko jest bardzo fajnie napisane. Dlaczego, po co i tak dalej.
No jak wszystko? Nie jest napisane, dlaczego jednak uznaliście, że ten "prezent" otrzyma nowy prezes i nowy zarząd, co miało nie być właściwą kulturą w biznesie.
- Jakby pan przeczytał jakie kierowały nami tematy, to by pan zobaczył, że przeanalizowaliśmy wszystko, pracowaliśmy nad tym. Tym razem wszystko jest napisane.
Zatem czytamy: "W ostatnich tygodniach prowadzone były intensywne negocjacje pomiędzy Polskim Związkiem Narciarskim a austriackim szkoleniowcem. Ich efektem jest wypracowanie spójnych ram organizacyjnych współpracy, obejmujących precyzyjny podział kompetencji, jasno określony zakres odpowiedzialności oraz długofalową wizję funkcjonowania systemu szkolenia. We współpracy ze sztabami trenerskimi Zarząd PZN wypracował założenia i zatwierdził formułę działania. Stefan Horngacher rozpoczął już pracę w Polsce i będzie pełnił funkcję koordynatora systemu szkolenia ściśle współpracując z trenerami kadr narodowych. Model współpracy zakłada jednoznaczny podział odpowiedzialności, określony zakres kompetencji oraz jasno zdefiniowane, mierzalne cele sportowe". Coś jeszcze pominąłem?
- Nie, nic. To jest wszystko, dokładnie tak myślimy.
Więc gdzie tu jest napisane, dlaczego decyzja zapadła teraz, a nie w deklarowanym czerwcu, gdy będzie konstytuował się nowy zarząd? Ja tego nie widzę.
- Bo prawdopodobnie może by odszedł. Ja kiedyś powiedziałem, że z nikim nie będę się boksował. I jak wszyscy powiedzą, że należy go wziąć bo odejdzie, to trzeba go wziąć. I tyle.
Od początku dziennikarze i opinia publiczna zwracali uwagę właśnie na to zagrożenie, że jeśli będziecie ociągać się do 13 czerwca, to jeszcze się okaże, że szkoleniowiec podejmie inną decyzję.
- Moje zdanie pan zna. Ja miałem inne zdanie, a jeśli wszyscy moi koledzy byli za tym, że należy to zrobić, to także się na to zgodziłem. I koniec. Wie pan, ja nie będę zatrzymywał pociągu. Jakie to miało znaczenie, że jestem biednym żuczkiem, który może mieć odmienne zdanie? To nie jest tak, że ja bym powiedział: "nie, bo nie, bo nie, bo nie". Ja po prostu gościowi nie ufam i tyle.
Brak zaufania jest związany z poprzednim pobytem Horngachera w Polsce?
- Dokładnie tak. Trenerów usuwał ze skoczni, nie mogli patrzeć na nic. Przecież czterech gości od nas odsunął od trenowania i wiadomo kogo. W związku z tym ja mu nie ufam, ale nie twierdzę, że to nie jest dobry fachowiec i tak dalej. Ja tego nie powiedziałem. Tak samo, jak nie powiedziałem, że nie zgodzę się na to, by nie przyszedł do pracy do Polski. Ja tylko mówię, że mu nie ufam i, mówiąc krótko, wierzę w polskich trenerów. Natomiast jeśli uznano, że w osobie Horngachera mamy czysty zysk, to w imię dobra dyscypliny też to akceptuję.
Miał pan okazję porozmawiać z Horngacherem w cztery oczy i to wszystko mu powiedzieć, czym panu podpadł?
- Przez te wszystkie lata, gdy "Horna" nie było w Polsce, spotykałem się z nim gdzieś tam. I nie mogę powiedzieć, że bym się z nim kłócił czy nie wiadomo co. On zawsze się przywitał, zawsze był uprzejmym facetem, natomiast ja uważałem, że nie należy rozdrapywać ran i tyle. Poza tym co ja mu tam miałem mówić? Rok temu nie było wiadomo, co będzie się działo. Gdybym to potrafił przewidzieć, byłbym prorokiem.
A nie było poprzednim razem tak, iż daliście mu taką możliwość, że obudowywał się jako trener pierwszej kadry?
- Gdy był w Polsce pierwszym razem, pracując z juniorami, wszystko było super. I co do tego nie ma żadnej dyskusji. Mieszkał w Zakopanem, na skoczni z Heinzem Kuttinem był dwa razy dziennie. I to naprawdę wyglądało świetnie! Ale drugim razem było już średnio. Poza tym zostawił nas nagle, gdy zniknął z pola widzenia.
Jeszcze raz to powiem, przy czym jest to moje subiektywne zdanie: ja mu nie ufam. Natomiast nie twierdzę, że nie jest fachowcem i tak dalej. Moi koledzy przekonali mnie, że będziemy mieć tylko i wyłącznie korzyści. "Okay, bierzemy, niech działa" - taka była moja reakcja. Bo wychodzę z takiego założenia, że szanse komuś należy dać zawsze.
Jak zrozumieć ten brak zaufania? Krótko mówiąc: czego się pan boi?
- Teraz już niczego się nie boję. Minęło już tyle lat, a poza tym czas leczy rany. Jest paru chłopców, którzy niestety od tamtych lat przestali skakać, ale nadal są przy skokach. I to nie ja, tylko oni będą musieli spojrzeć mu w oczy, a on im.
Ciekawie jest z tym pana podejściem, jeśli faktem jest, iż warunkiem Horngachera była jednomyślność w zarządzie. I literalnie ona jest, bo przychylił się pan do zdania kolegów, ale jednocześnie powtarza pan, że osobiście mu nie ufa.
- No tak jest, ale to co? Mam się z kimś boksować? Panie redaktorze, jedzie pociąg, a ja mam go sam zatrzymać?
Czyli gdyby w zarządzie więcej było Wojciechów Fickowskich, to powrotu Horngachera do Polski pewnie by nie było.
- Ja tego wcale nie mówię. Być może więcej Wojciechów Fickowskich też by przekonali (śmiech).
Gdyby byli w większości, to już nie miałby kto.
- Cóż, mam takie zdanie, lecz czas jest najlepszym lekarstwem na rany. Zakładamy po złożeniu podpisów, że wszystko będzie dobrze, odniesiemy korzyści i dyscyplina będzie się rozwijać, a to wszystko we współpracy i tak dalej.
Wpadło mi w oko kilka komentarzy, że to mogła być transakcja wiązana, iż warunkiem powrotu Horngachera była rezygnacja z ponownego startu w wyborach na prezesa Adama Małysza, przy równoległym starcie Apoloniusza Tajnera.
- Absolutnie nie! Te dwie rzeczy całkowicie nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale pan wymyślił (uśmiech). To w ogóle bez sensu logika. Jeden pan i drugi akceptują wszystko, zupełnie nie o to chodziło. Ktoś wymyśla zupełnie karkołomne teorie. Choć fajnie, podoba mi się, że fantazja tak daleko sięga.
Co was najbardziej przekonało do Horngachera?
- Przedstawił wszystko od A do Z, cały czas pracował z nim zarząd, na czele z prezesem Małyszem. Więc nie można było w sekundzie rozwikłać wszystkiego i uznać, że od razu w to lecimy.
Wiceprezes Gumny i członek zarządu Rafał Kot w rozmowie ze mną, gdy decyzja nie była podjęta, wskazywali na pewien trop...
- To są bardzo porządni ludzie.
No więc tym bardziej proszę teraz o szczerość. Czy początkowo Horngacher miał obiecany wysoki kontrakt, a to wymagało "zejścia" z oczekiwań? Na pytanie: czy jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, Rafał Kot odparł: "Nie mówię tak, nie mówię nie". Austriak będzie miał gwiazdorski kontrakt?
- Na pewno nie będzie miał gwiazdorskiego kontraktu. To było, że tak powiem, nieporozumienie w tych wszystkich negocjacjach finansowych. Nie dogadał się z nim ten, kto miał się dogadać i potem wynikło to, co mieliśmy.
Czyli trzeba było zmienić warunki finansowe, by to doszło do skutku?
- Po prostu nie dogadali się i tyle, a teraz jest dogadane ze wszystkimi. Tu nie chodziło o same pieniądze, tylko głównie o plan działania. To, co pan przeczytał na początku, a zostało tak fajnie napisane.
Jednak o jego zarobki też chodziło?
- Wie pan, co będziemy rozmawiać o zarobkach? Dzisiaj fachowców i specjalistów nie ma na świecie tanich. A już to, co dzieje się w narciarstwie alpejskim... Nawet niech pan mnie nie pyta. Jednak jako że sam nie jestem negocjatorem żadnych stawek dla nikogo, to nie będę potwierdzał. Natomiast uważam, że w przypadku Horngachera był to temat drugorzędny.
"Model współpracy zakłada jednoznaczny podział odpowiedzialności, określony zakres kompetencji oraz jasno zdefiniowane, mierzalne cele sportowe". Czyli jakie?
- Na pewnym poziomie ogólności powiem panu, że wszyscy są nastawieni na dobre miejsca w Pucharze Świata, miejsca na podium za rok w mistrzostwach świata oraz inne wyzwania, po kolei. W tym sensie każdy cel jest mierzalny.
Gdy rozmowy z Horngacherem ruszyło, był pan zwolennikiem rozwiązania, by jednak zastąpił Macieja Maciusiaka?
- Oczywiście, że nie. Ja za Maćkiem Maciusiakiem stoję murem, do mnie jest to pytanie z cyklu science fiction (uśmiech).
Czyli podchodzi pan sercem, ale w tym wszystkim miał pan rozterki? Igrzyska genialne, trzy medale, ale reszta sezonu słaba i fatalna.
- Żadnych rozterek. Gdy Maciek przychodził w kwietniu, miał jeden cel, czyli medal na igrzyskach. I tyle. Po igrzyskach powiedziałem mu, że w zasadzie może teraz pojechać na Malediwy i nic nie robić. Ja całkowicie rozgrzeszam to, co działo się poza igrzyskami, obojętnie jakim kosztem i systemem, bo cel uświęca środki. Zrobił taki wynik, że czapki z głów. Kto inny zrobił taki wynik? Więc jak w takich okolicznościach żądać głowy trenera Maciusiaka? Każdy by chciał, żeby nasi wygrywali wszystko, bo jesteśmy do tego przez lata przyzwyczajeni, ale trzymajmy się realizmu.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl










