Dawid Kubacki na moment odnalazł to "coś" i wygrał. Nie udało mu się włożyć nóg pod kołderkę
Już niebawem, bo 21 listopada (piątek) w norweskim Lillehammer zainaugurowany zostanie kolejny sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich. To miejsce wyjątkowe dla Dawida Kubackiego. To właśnie na skoczni Lysgardsbakken prawie trzy lata temu zanotował swoje 11. i ostatnie polskie zwycięstwo w zawodach tej rangi. To była też pierwsza wygrana skoczka z Szaflar w Norwegii. Od tego czasu szuka on swojej drogi do czołówki. I wie, czego mu potrzeba, bo w na próbie przedolimpijskiej w Predazzo, to odnalazł.

W skrócie
- Dawid Kubacki powraca na zwycięską ścieżkę podczas Letniego Grand Prix, jednak wciąż poszukuje stabilnej formy przed zimowym sezonem.
- Przyznaje, że powrót do czołówki skoków wymaga czasu, cierpliwości i ciężkiej pracy oraz że ważny jest luz i prostota w technice.
- Sezon zimowy będzie wyjątkowo wymagający ze względu na konieczność budowania formy przed igrzyskami olimpijskimi.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Latem Dawid Kubacki wrócił na zwycięską ścieżkę. Wygrał bowiem zawody Letniego Grand Prix w Rasnovie, ale też triumfował - razem z Kamilem Stochem - w rywalizacji duetów w czasie próby przedolimpijskiej w Predazzo.
To oznaczało, że wskoczył na wyższy poziom niż w poprzednich sezonach, ale wciąż nie jest to dyspozycja, która pozwalałaby 35-latkowi spać spokojnie.
W klasyfikacji generalnej LGP Kubacki zajął siódme miejsce, meldując się kilka razy w "10". W ostatnim konkursie w Klingenthal, który dla skoczków światowej czołówki był próbą generalną przed sezonem zimowym, był jednak dopiero 19.
Dawid Kubacki: wychodzenie z dołka nie jest łatwe
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Jakie to było dla ciebie lato?
Dawid Kubacki: - Takie przewrotne, bo były lepsze i gorsze momenty. Nie było zbyt łatwo, ale tego się spodziewałem. Mimo że moje skoki w Klingenthal nie wyglądały zbyt dobrze, to jednak znaleźliśmy punkt zaczepienia, który będzie działał po spokojnych treningach. Potrafiłem sobie poradzić w trudnych warunkach w Niemczech, a jeśli tak jest, to jest to już inna bajka. To z pewnością mogę uznać za plus na koniec Letniego Grand Prix.
To, co pamiętam z tych najlepszych skoków, to fakt, że nie zastanawiałem się, czy mocniej się odbić, czy nie. Miałem jechać, kucnąć i wyprostować nogę. I to działało. W tych skokach nie było wielkiej filozofii. I to w skokach narciarskich jest najtrudniejsze. Wyprostowanie nogi bez zbędnego ruchu
Z jednej strony jesteś skoczkiem, który osiągał w tej dyscyplinie rzeczy wielkie. Z drugiej poprzednia zima była bardzo słaba w twoim wykonaniu. Patrząc przez pryzmat ostatniego Pucharu Świata, to chyba to lato wlało trochę optymizmu?
- Tak. Mam zresztą z tyłu głowy to, po co pracuję i co tą pracą chcę osiągnąć. Mam jednak świadomość tego, że wychodzenie z dołka nie jest łatwe. Wymaga to trochę czasu. Jak zaskoczy, to się wydaje, że jest super. Tylko wtedy człowiek nie widzi tego, co przepracował wcześniej, żeby to znowu było możliwe. Najlepiej byłoby, gdybym przed sezonem zimowym mógł wsadzić nogi pod kołderkę i czekać. Dążenie do tego, by być coraz lepszym, wymaga jednak pracy i na tym się koncentrowałem.
Tego lata nie zakończyłeś najlepiej, ale z kolei dwa lata temu stawałeś w Klingenthal na podium, a zima wcale nie była dobra.
- Tak było. Życie jest przewrotne i trudno jest znaleźć jakiś wzorzec, choć ze statystyki wszystko potrafi wyjść. Bywało i tak, że wygrywałem całe Letnie Grand Prix, a zimą się męczyłem z tym, żeby wskoczyć do "30" w konkursach Pucharu Świata. Zdarzało się też tak, że lato było gorsze, a zima za to była udana.
Czyli nie ma co przed startem zimy wyciągać wniosków?
- Dokładnie. Żadnych.
Ot, skoki narciarskie.
- Zgadza się. My też skoków nie rozumiemy. Nie wiemy, co tu się dzieje. Jak kogoś znajdziecie, kto wie, o co tu chodzi, to niech przyjdzie i powie.
Zwycięstwo w duetach z Kamilem Stochem zamazało nieco cały obraz?
- Nie powiedziałbym tak. To był bardzo pozytywny moment. Tam zaskoczyło właśnie to, czego brakowało mi w Klingenthal.
Co to było?
- Luz, którego szukałem. W Predazzo skoki same szły, jak trzeba. Dyskutowaliśmy o tym. Kiedy próbujemy zapanować nad zbyt wieloma elementami, to nie jest się w stanie złapać żadnego. W Klingenthal zatem próbowałem się odbijać na 50 procent, co może było mało intuicyjne, ale dzięki temu ruch na progu był płynniejszy. Nie było jednak efektu, bo do tego dochodziły inne błędy. Z trenerem wypatrzyliśmy wspólnie taki wzorzec, że kiedy za wszelką cenę próbuje mocniej się odbijać, to gubią się po drodze inne kwestie.
A jak skakałeś w najlepszym czasie?
- To, co pamiętam z tych najlepszych skoków, to fakt, że nie zastanawiałem się, czy mocniej się odbić, czy nie. Miałem jechać, kucnąć i wyprostować nogę. I to działało. W tych skokach nie było wielkiej filozofii. I to w skokach narciarskich jest najtrudniejsze. Wyprostowanie nogi bez zbędnego ruchu.
Ten sezon zapowiada się na bardzo trudny. Szczyt formy ma przyjść na zimowe igrzyska olimpijskie, ale najpierw trzeba być w formie, by budować ranking olimpijski. To może wpłynąć na treningi?
- Raczej to nie wpłynie na treningi. To, co mieliśmy wytrenować, jeśli chodzi o motorykę i siłę, to zostało już zrobione. Na ostatniej prostej trzeba było postawić na lepszą jakość skoków. Wszystkie parametry pokazują, że nogi swoje dostały, a przed zimą trzeba było je tylko delikatnie wyświeżyć i sprawić, by zgrały się z techniką.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:













