Reklama

Reklama

Czy Kamil Stoch może jeszcze wygrać Puchar Świata w sezonie 2018/2019?

Puchar Świata w skokach narciarskich minął już półmetek i zmierza nieubłaganie do końca. Liderem jest Ryoyu Kobayashi i zanosi się na to, że Japończyk po raz pierwszy w karierze zgarnie "Kryształową Kulę". Ścigają go co prawda Stefan Kraft i Kamil Stoch, ale regularność skoczka z Kraju Kwitnącej Wiśni i jego przewaga w klasyfikacji generalnej każą upatrywać w nim przyszłego triumfatora. W historii Pucharu Świata jeszcze żaden Japończyk nie wywalczył "Kryształowej Kuli".

Obecny sezon Pucharu Świata w skokach ma jednego głównego bohatera - Ryoyu Kobayashiego. Japończyk zdecydowanie prowadzi w klasyfikacji generalnej - ma 452 punkty przewagi nad Stefanem Kraftem i 489 nad Kamilem Stochem. W tym sezonie wygrał dziewięć konkursów, na podium stał łącznie dwanaście razy - na szesnaście rozegranych konkursów. Jest niesamowicie regularny, ani razu nie kończył zawodów PŚ poza dziesiątką. Poza miejscami na podium raz był piąty, trzy razy siódmy. A przecież zdarzyło mu się w Zakopanem być dopiero 23. po pierwszej serii zawodów i skończyć je na pozycji siódmej. 22-latek jest na najlepszej drodze do zgarnięcia "Kryształowej Kuli", czego dokonać może jako pierwszy Japończyk w historii. Najbliżej do tej pory był Kazuyoshi Funaki, który w sezonie 1997/1998 finiszował w PŚ na pozycji drugiej. W generalce musiał ustąpić miejsca Primożowi Peterce, ze Słoweńcem przegrał walkę o prymat o... 19 punktów. 

Reklama

Do końca obecnego sezonu pozostało 12 konkursów. Łącznie do zdobycia jest 1200 punktów i wydaje się, że mając ponad 450 "oczek" zapasu Japończyk może być spokojny o żółty plastron lidera. Oczywiście Kraft i Stoch wciąż mają matematyczne szanse na wyprzedzenie Japończyka, ale wydaje się, że w jego obecnej formie będzie to zadanie z gatunku niemożliwych. Zakładając, że Kobayashi nie zaliczy żadnego poważnego kryzysu formy oraz że nie spotka go jakieś zdarzenie losowe (np. kontuzja), które wyeliminuje lidera PŚ z zawodów. 

Historia też jest po stronie skoczka z Azji, w ciągu ostatnich piętnastu lat tylko raz zdarzyło się, by w styczniu przewaga lidera Pucharu Świata była tak duża - w 2005 roku Jane Ahonen prowadził o 532 punkty przed Adamem Małyszem - i oczywiście na koniec sezonu "Kryształowa Kula" przypadła Finowi. Niemal zawsze, gdy lider miał 400 punktów przewagi lub więcej, sięgał po końcowy triumf. W ciągu dwóch dekad mieliśmy tylko trzy wyjątki od tej reguły. Mało? W tym samym okresie dwa razy zdarzyło się, by na koniec stycznia przewaga lidera była tak duża - choć wynik Kobayashiego jest rekordowy - i za każdym razem skoczek w żółtym plastronie wygrywał "Kryształową Kulę". Kobayashi ma też jeden wielki atut - wygrał jako trzeci w historii wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni. Wcześniej tej sztuki dokonali Kamil Stoch i Sven Hannawald, Polak sięgnął wówczas po końcowy triumf w PŚ, a Niemiec w sezonie 2001/02 był tylko za Adamem Małyszem.

Kamil Stoch w sezonie 2018/2019 skacze bardzo równo i poza wpadką na Wielkiej Krokwi - gdy sensacyjnie był 36. - tylko raz wypadł z dziesiątki Pucharu Świata. Był dwunasty w Bischofshofen na zakończenie Turnieju Czterech Skoczni. Problem w tym, że miejsca w dziesiątce PŚ w tym sezonie nie dają naszemu mistrzowi tak wielu punktów, jak rywalom. Przede wszystkim Stoch nie wygrał jeszcze w sezonie 2018/2019 zawodów. Dwa razy był drugi, cztery razy trzeci i te sześć podiów w PŚ to jego najlepsze wyniki w sezonie. Dla porównania Kobayashi wygrał dziewięć konkursów, a Kraft trzy. I choć Austriak miał słaby początek rywalizacji, jest przed Polakiem o 37 punktów. Bez odnoszenia zwycięstw nie ma co marzyć o Kryształowej Kuli, a przecież zawody w tym sezonie padały już łupem Johanna Andre Forfanga, Jewgienija Klimowa, Karla Geigera czy Dawida Kubackiego. Stocha w tym gronie nie ma. Dlaczego? 

Nasz mistrz formę buduje stopniowo i niemal od początku sezonu musi poprawiać błędy, które się za nim ciągną. Już w TCS miał być w świetnej dyspozycji, ale okazało się, że nadal nie ma stabilnej formy i słabe skoki przeplata świetnymi. Tak było też niemal przez cały styczeń, a najlepszym dowodem zawody w Zakopanem i klęska w pierwszej rundzie. Stoch ma jednak jeden cel - mistrzostwa świata w Seefeld. Od 22 lutego do 2 marca 2019 skoczkowie powalczą w Austrii o medale i wydaje się, że sztab polskiej kadry właśnie na tę imprezę szykuje szczyt formy. 

- Możemy liczyć, że nasza reprezentacja i zawodnicy, którzy będą ją tworzyć, będą w optymalnej formie. Już się do tego zbliżają. Myślę, że nasi chłopcy wskoczą na swój poziom - uspokajał w Zakopanem prezes PZN-u Apoloniusz Tajner. Apetyty są ogromne, kibice liczą na kolejne sukcesy, ale "Biało-Czerwonym" wciąż czegoś brakuje. Są jednak sygnały wielkich możliwości i wielkiej formy. 

Widać to zresztą po Stochu, który już w Sapporo błysnął kapitalną formą, skokiem na odległość 148,5 metra ustanowił rekord olimpijskiego obiektu. Ale dzień później znów skakał słabiej, bo zmagał się z przeziębieniem. - Nie było łatwo. Czuję się mocno osłabiony. Trzy skoki w niedzielę były dużym wyzwaniem. Próby były dobre technicznie, ale brakowało siły - powiedział niepocieszony mistrz olimpijski. 

W najbliższy weekend czekają nas trzy indywidualne konkursy na mamucim obiekcie w niemieckim Oberstdorfie. Po nich będziemy wiedzieć znacznie więcej w kwestii końcowego triumfu w Pucharze Świata.

Kris

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje