Co zrobić z sukcesem Bieguna i pozostałych polskich skoczków?

Aż 223 punkty zdobyli na inaugurację sezonu polscy skoczkowie narciarscy. Kwestia pomyślnych wiatrów czy rodzącej się potęgi?

Wygłodniali sukcesu kibice mieli pełne prawo przyjąć triumf Krzysztofa Bieguna z entuzjazmem. W mediach rozpoczęło się udowadnianie, że zwycięstwo 19-latka, choć bardzo szczęśliwe, nie było tak do końca dziełem przypadku.

Reklama

Biegun dobrze skakał latem na igelicie, więc miał prawo aspirować do reprezentacji. Kiedy jechał do Niemiec na drugie zawody Pucharu Świata w życiu, nie przeszło mu zapewne przez myśl, że do Polski wróci z żółtym plastronem lidera klasyfikacji generalnej PŚ. Z Polaków nosił go przed nim tylko Adam Małysz.

Kiedy w Klingenthal Kamil Stoch lądował na 117. metrze, był żal, ale nie było dramatu. Gdyby w czasach Małysza wiatr tak niesprawiedliwie traktował skoczków z czołówki, polski kibic nie zaznałby pocieszenia. Tymczasem w niedzielę, gdy spojrzał na klasyfikację, robiło mu się ciepło. Szczęście opuściło lidera drużyny, ale aż czterech rodaków było w czołówce: Biegun na szczycie, Piotr Żyła piąty, Maciej Kot szósty, a Jan Ziobro dziewiąty.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner ogłasza szumnie powstanie fabryki polskich skoków. I zapewne w jakimś sensie ma rację. Kiedy już z tytułem mistrza świata zdobytym w Val di Fiemme Kamil Stoch przegrywał mistrzostwo Polski z Maciejem Kotem, zwycięzca zauważył, że doczekaliśmy osobliwych czasów. W jakiej jeszcze dyscyplinie sportu światowy czempion z Polski ma tak silną konkurencję w swoim kraju?

Rozumiem więc dumę Tajnera, choć przypomnę, że powstanie polskiej szkoły skoków ogłaszał już jako trener, gdy na skoczni obok Małysza stawali Wojciech Skupień, Robert Mateja i obecny trener kadry Łukasz Kruczek. Metody fizjologa Jerzego Żołądzia i psychologa Jana Blecharza skutkowały tylko wobec fenomenalnego Małysza, który dopiero u schyłku kariery doczekał się wsparcia w Stochu. 


Znużeni beznadzieją porażek piłkarzy, z ochotą uwierzymy w wielkość polskich skoczków. Przypomnę jednak, że skoki na nartach to dyscyplina tyleż romantyczna, co tajemnicza zarazem.

Kiedy spytać jakiegokolwiek zawodnika o nagły spadek lub wzlot formy, zazwyczaj odpowiada: "nie wiem". Nawet fenomen Małysza opisywaliśmy tak tajemniczymi terminami, jak "błysk". Kiedy Adam miał błysk, wygrywał, kiedy go tracił, polski kibic popadał w depresję.

Z radosną tajemnicą skoków zetknąłem się już jako dziesięciolatek, kiedy w trakcie historycznych igrzysk w Sapporo słuchałem hymnu dzięki Wojciechowi Fortunie. Już wtedy nie mogłem jednak pojąć, dlaczego rewelacyjny Polak skoczył w drugiej serii o 23,5 metra mniej niż w pierwszej? Czy to tylko kwestia wiatru?

Teza, że w skokach narciarskich puchary i tytuły rozdają podmuchy nad skocznią, jest karkołomna. Wystarczy przypomnieć wielkie loty Małysza, by ją obalić.

Z nowego systemu punktacji (dodawania lub odejmowania punktów za belkę i warunki wietrzne) widać jednak jasno, że przez dziesięciolecia nawet najwięksi mistrzowie musieli liczyć na sprzyjające siły natury. Kto wie, jak wyglądałaby historia dyscypliny, gdyby obecny system punktowania, który wydaje się bardziej sprawiedliwy, ale zaciemniający czytelność zawodów (nie wygrywa ten, który najdalej i najładniej skoczy), obowiązywał od zawsze.


Przed rokiem podczas inauguracji Pucharu Świata polscy skoczkowie wypadli słabo. Atakowany przez dziennikarzy Łukasz Kruczek pytał wtedy nawet otwarcie, czy ma się podać do dymisji. Potem osiągnął wielki sukces: na mistrzostwach świata nie tylko Stoch, ale cała drużyna spisała się znakomicie. Dziś Kruczek służy za niedościgniony wzór wielbicielom rodzimej myśli szkoleniowej. Udowodnił, że "polski trener nieudolny" to przede wszystkim specyfika piłki nożnej...

Nie umniejszając sukcesu Kruczka i Bieguna, zalecam ostrożność. Czas zweryfikuje potęgę fabryki polskich skoków. Jest ona kibicom bardzo potrzebna. Przypomnę, że w czasach wysokich lotów Małysza ta drugorzędna dotąd dyscyplina wygrywała w rankingach popularności z futbolem.

Piłkarze nie potrafią wzbić się choćby na centymetr, niech więc wysokie loty skoczków zrekompensują to kibicom. Dobrze byłoby w końcu uwierzyć, że doczekaliśmy konkurencji, w której odejście wielkiej gwiazdy nie spowodowało zapaści, ale było początkiem czegoś nowego.

Małysza w skokach już nie ma, ale są jego młodsi koledzy - można nawet powiedzieć, że w sensie sportowym: "dzieci". Biegun miał 6 lat, gdy "Orzeł z Wisły" wygrywał Turniej Czterech Skoczni. Tamte sukcesy rozświetlały drogę młodym. Byłoby wspaniale, gdyby nie zostały zaprzepaszczone.

Entuzjazm jest uzasadniony, dobrze by jednak było, gdyby nasze emocje były stabilniejsze niż wiatr na skoczni. Za chwilę jest kolejna edycja Turnieju Czterech Skoczni, którego nie wygrał żaden Polak poza Małyszem, a potem igrzyska w Soczi. To te zawody, a nie dziwaczna inauguracja sezonu w Kilngenthal, zdecydują o tym, w jakim miejscu są polskie skoki.

Może faktycznie PZN stworzył unikatowy system w polskim sporcie? Może Tajner zostanie zapamiętany jako ktoś, kto dokonał wiekopomnego zwrotu? Oby takich konkursów jak ten w Klinghental było jak najwięcej (chodzi oczywiście o wyniki, a nie wiatr). Nikt przecież nie chce, by dzisiejsza euforia wyglądała za jakiś czas na zaklinanie rzeczywistości.

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama