Reklama

Reklama

Co to będzie bez Małysza? Stoch, Żyła i Kubacki, proszę państwa

3 marca mija kolejna rocznica słów, z którymi pogodzić musiała się polska świadomość kibicowska. Adam Małysz powiedział "pas" i oficjalnie ogłosił zakończenie swojej wielkiej kariery, przekazując ostateczną decyzję prosto spod skoczni Holmenkollen w Oslo, gdzie 15 lat wcześniej odniósł swoje pierwsze zwycięstwo.

To nie było jak grom z jasnego nieba, bo tym, że Adam Małysz powie sobie wkrótce "dość ze skokami" żyły zarówno media, jak i fani najpopularniejszej w Polsce dyscypliny sportu. Jakoś trudno było się pogodzić z tym, że weekendowy seans odbędzie się bez wiślańskiego aktora w roli głównej. Małysz urósł na legendę nie tylko sportu, ale stał się żywym dobrem kultury, dzięki któremu zapanowała mania na skoki narciarskie, dzieci chciały zostać mistrzami świata, udając, że właśnie ruszają z belki startowej - czytaj z fotela, a w domach rodzinnie cieszono się z każdego sukcesu naszego rodaka na arenie międzynarodowej. Statystyki telewizyjne osiągały rekordowe wyniki podczas sięgania po najważniejsze sukcesy naszego skoczka. W sobotnie popołudnia dłonie bolały od ściskania kciuków, a tętno uspokajało się, dopiero gdy komentator krzyknął "ustał!". Skoki bez Małysza wydawały się bez sensu, mimo tego, że już wtedy urósł godny następca - Kamil Stoch.

Reklama

Kiedy 3 marca 2011 roku "Orzeł z Wisły" wypowiedział przed kamerami zdanie, które definitywnie uświadomiło fanów, że kończy się pewna era nie tyle skoków narciarskich, ile nawet polskiego sportu, wielu nie wyobrażało sobie, co będzie dalej bez Małysza. "Ostatni. Po sezonie, 26 marca w Zakopanem na Wielkiej Krokwi kończę karierę imprezą Red Bulla "skok do celu"" - zapowiedział dokładnie dziewięć lat temu nasz najlepszy skoczek w historii.

No właśnie. Czy najlepszy? Kibice chyba nie spodziewali się, że tak szybko znów będziemy skakać z radości przed telewizorami, a w miejsce "Małyszomanii" pojawi się "Stochomania". Pełni obaw, a niektórzy wręcz ze łzami w oczach oczekiwali benefisu na skoczni im. Stanisława Marusarza.

Wiślanin nie był tylko sportowcem, ale faktycznie stał się naszym symbolem narodowym. Rozpoznawalność nazwiska sięgała nawet egzotycznych kierunków, które na wakacje wybierali Polacy.

W zakamarkach krajowej prasy i internetu można bez problemu odnaleźć treści, które próbowały odpowiedzieć na wiele zagadkowych kwestii. Oczywiście jedną z najważniejszych było to, jakim zajęciem będzie parał się nasz mistrz świata po swoim ostatnim sezonie z nartami na nogach. Niektórzy wróżyli po świetlaną karierę polityczną, bo zapewne wielu wyborców chciałoby zagłosować wreszcie na jakąś nową postać na listach wyborczych. Politycy zresztą przepadali za pokazywaniem się na zdjęciach z Małyszem, więc nagle mógłby zostać ich kolegą z sejmowej ławy. Z pewnością przydałby się też na stanowisku trenerskim, szkoląc młodych adeptów dyscypliny, jeszcze do niedawna śledzących z otwartymi ustami z zachwytu jego wyczyny na skoczniach świata. Sam poszedł jednak za głosem serca. Skoki skokami, ale z adrenaliną ciężko jest się rozstać.

"Cała Polska żegna pana Adama Małysza wąsami. Żegnają pana także wąsy prezydenckie" - grzmiał pod Wielką Krokwią głos Bronisława Komorowskiego, który wówczas zasiadał na fotelu prezydenckim.

"Jak żyć bez Małysza?", "Czy jest życie po Małyszu", "Cała Polska nosi wąsy"... To tylko niektóre tytuły, które powstały wraz z historyczną decyzją Wiślanina.

Moment zakończenia kariery był zaplanowany w perfekcyjny sposób. Rzadko kiedy zawodnikom udaje się zgrać decyzję o odwieszeniu nart na kołek z bardzo dobra sportową dyspozycją. Inna sprawa, że gdy wciąż osiąga się sukcesy, ciężko jest pożegnać się z profesjonalnym treningiem i chęcią wyrwania kolejnych medali. Małysz nie tylko odszedł w chwale, ale nie dał się głosom z zewnątrz, a pewnie i temu wewnętrznemu, żeby jeszcze usiąść na belce startowej. Dzięki temu zapamiętaliśmy go jako mistrza, który do końca walczył na z rywalami na światowym poziomie.

Dzisiaj, 9 lat od słowa "ostatni" trudno powiedzieć, czy jesteśmy spokojniejsi o to, co dalej. Możemy jednak przyznać, że niepokoje po zakończeniu "Małyszomanii" były bezpodstawne. Doczekaliśmy się czasów, gdy na pucharowe podium potrafiło wskoczyć nawet dwóch reprezentantów Polski. Mamy też długo wyczekiwane złoto olimpijskie i to razy trzy, a zasiadając do sobotniego obiadu, sami nie wiemy, czy zjemy go ze Stochem, Kubackim, czy z Żyłą. Jedno wciąż się nie zmieniło - boimy się, co wydarzy się w następnej erze i jakie nazwisko dokleimy do słowa "mania".

Aleksandra Bazułka


Dowiedz się więcej na temat: Adam Małysz | skoki narciarskie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje