Była kierowniczką baru, a teraz chce wrócić do polskiej kadry. Wysłała już sygnał
- Byłam kompletnie rozbita psychicznie. Nie widziałam sensu i nie dawało mi to już wtedy takiej radości, a moim motto życiowym jest jednak uśmiech i korzystanie z takich chwil codziennych, których mamy mnóstwo. One powinny jednak dawać największą radość, bo w sumie mało doceniamy takie zwykłe rzeczy, jakie dzieją się wokół nas - powiedziała w rozmowie z Interia Sport Kamila Karpiel, która ledwie kilka miesięcy temu wróciła do uprawiania skoków. I postawiła przed sobą wysokie cele. Kiedy odchodziła ze skoków, była wrakiem człowieka, a przecież chwilę wcześniej walczyła o medal mistrzostw świata.

Na początku marca 2019 roku byliśmy w Seefeld świadkami sensacyjnego konkursu mikstów w mistrzostwach świata w narciarstwie klasycznym. Po pierwszej serii rywalizacji polska ekipa, skacząca w składzie: Kinga Rajda, Dawid Kubacki, Kamila Karpiel i Kamil Stoch, zajmowała trzecie miejsce. Ostatecznie skończyło się na szóstej pozycji, ale ten konkurs dał nadzieję na to, że kobiece skoki w naszym kraju mogą szybko doszlusować do czołówki.
Tyle że po tym sezonie zaszło wiele zmian. Drużyna kobiet się posypała. I znowu trzeba było wszystko budować od nowa. Kilka miesięcy temu Karpiel, która rozstała się ze skokami w 2022 roku, wróciła i zgłosiła akces do kadry.
Przed laty to w niej pokładaliśmy wielkie nadzieje. Startowała bowiem w mistrzostwach świata. Zdobywała punkty Pucharu Świata. W 2017 roku została pierwszą Polką, która wygrała cały cykl Letniego Pucharu Kontynentalnego.
Kamila Karpiel: to była szybka decyzja - teraz albo w ogóle
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Trudno się wraca po takiej przerwie? Tego się chyba nie zapomina, ale pewnie potrzeba trochę czasu na to, by złapać odpowiedni rytm?
Kamila Karpiel: - Z tym nie zapomina, to się nie rozpędzaj. Tak mówili, że to jest, jak z jazdą na rowerze. Składam zresztą rolkę, więc zobaczycie, jak to jest z tym "tego się nie zapomina". Jak ją wrzucę i zobaczycie mój pierwszy skok po powrocie, to się będziecie tak samo zastanawiać jak ja, jak to się stało, że po trzech miesiącach od wznowienia kariery byłam na dużej skoczni. Było naprawdę ciekawie.
Był strach?
- Nie bałam się. Jak usiadłam już na belce, to była szybka decyzja: teraz albo w ogóle. Nie miałam za dużo czasu na myślenie o tym. Zresztą już wcześniej przemyślałam sobie ten powrót. Decyzja była podjęta i nie zastanawiałam się nad tym, czy się boję, czy się nie boję. Bardziej się bałam zjechać spod progu, niż skoczyć. Mogę powiedzieć, że jednak trochę się zapomina, jak się skakało. Ciało inaczej pracuje. Musiałam wykonać bardzo dużą pracę. W ciągu tego czasu wykonałam naprawdę duży progres. Jestem zadowolona z tego, co zrobiłam przez ten okres i zobaczymy, co będzie się dalej działo.
Z kim trenujesz na co dzień?
- Z Andrzejem Gąsienicą, który jest moim trenerem klubowym w LKS Poroniec Poronin i z Wojtkiem Skupniem. To jest jednak osoba bardziej wspomagająca, bo Wojtek odpowiada za grupę dzieci w naszym klubie. Nie zawsze mamy okazję się spotykać z trenerem. Częściej trenuję rano, bo chodzę do pracy. Nie zawsze po południu jestem na treningu, więc nie zawsze się z nim widzę.
A gdzie pracujesz?
- Nie do końca mogę powiedzieć, ale mam fajną pracę. Jestem zadowolona. Dam radę w międzyczasie chodzić do szkoły i trenować.
Do szkoły?
- Tak. Dużo rzeczy robię, bo też zaczęłam swoją własną przygodę z oklejaniem samochodów. Tu szkoła, tu praca, tu treningi, więc bardzo dużo się dzieje u mnie. Jestem też na etapie zbijania wagi. Codziennie rano zatem gotuję i pakuję sobie jedzenie do pojemników, bo kalorie muszę być dobrze policzone. To wszystko jest trudne do ogarnięcia, ale jak się bardzo chce, to wszystko da się zrobić.
Gdzie się uczysz?
- W Żaku na technikę masażystę. Jestem na drugim semestrze.
Wspominałaś o zbijaniu wagi. Bardzo się zapuściłaś?
- Nie chciało mi się nawet myśleć o wadze w czasie, kiedy nie skakałam. Zawsze wytykano nam wagę, więc to była pierwsza rzecz, kiedy rzuciłam skoki, o której chciałam przestać myśleć. Od powrotu na skocznię zeszłam ponad sześć kilogramów, a chciałabym jeszcze trochę zbić wagi. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało. Na razie idzie mi to całkiem dobrze. Nie pracuję z żadnym dietetykiem. Sama odpowiadam za to, co jem. Uczę się na własnych błędach. I bywało, że pobłądziłam, ale doszłam do wprawy i mam siłę oraz energię do treningu. Waga systematycznie i powolutku sobie schodzi. Na pewno pojawi się przestój, bo zawsze tak jest, ale myślę, że do lata wszystko już będzie tak, jak ma być.
"Nie byłam w stanie udźwignąć psychicznie wielu rzeczy"
Kilka lat temu znienawidziłaś skoki z różnych powodów. Teraz kochasz je znowu?
- Nie było tak, że nienawidziłam skoków. Bardziej zmęczona byłam samą otoczką i tym, co się dzieje w Polsce wokół skoków. To sport, na który patrzy cały kraj. Jako młoda osoba nie byłam w stanie udźwignąć psychicznie wielu rzeczy. Z jednej strony działały hormony, z drugiej strony była szkoła, a do tego jeszcze skoki. Skończysz szkołę, to musisz coś wybrać - iść do pracy, czy trenować. Nie miałam łatwo, bo bardzo długiego czasu mieszkałam sama. Z domu wyprowadziłam się jeszcze w szkole. Żyłam na własny rachunek. Było dużo stresu. Przestało iść też w skokach.
Zdawałam sobie sprawę z tego, a ludzie jeszcze ciągle mi to wypominali, a ja przecież nie skakałam źle, bo tak chciałam. Nie robiłam tego specjalnie. Znalazłam się w takim punkcie, że nie widziałam już żadnych opcji. Byłam sfrustrowana. Nie potrafiłam sobie z tym wszystkim poradzić. To, że cztery lata temu zawiesiłam karierę, to była bardzo dobra decyzja. Mogłam tylko szybciej wrócić do tego sportu, ale nie dogadaliśmy się w pewnych kwestiach. Lepiej jednak późno niż wcale. Teraz przynajmniej mogłam zmienić klub. Jestem bardzo zadowolona z warunków, jakie mam w LKS Poroniec Poronin. Mam tam wielkie wsparcie. Czuję, że ludzie w tym klubie wierzą we mnie, choć na samym początku było bardzo trudno.
Aż tak źle było po powrocie?
- Bardzo. Dopiero po pewnym czasie trener mi powiedział, że we wrześniu myślał, że kompletnie nic nie będzie z tego mojego powrotu. Sama zresztą też tak myślałam. Było bardzo ciężko, ale jakoś wybrnęliśmy z tego razem. Jestem zadowolona z tego, jak się teraz wszystko układa. Oczywiście mogłoby być lepiej, ale - jak to się mówi - krok po kroku.
Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy w momencie, gdy rezygnowałaś ze skoków, byłaś wrakiem człowieka. Teraz znowu w kółko się śmiejesz. Wróciła ta Kamila, którą znamy sprzed lat. Co tak naprawdę działo się w twoim życiu w ostatnich latach?
- Było rzeczywiście bardzo trudno. Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, to rzeczywiście byłam kompletnie rozbita psychicznie. Nie widziałam sensu i nie dawało mi to już wtedy takiej radości, a moim motto życiowym jest jednak uśmiech i korzystanie z takich chwil codziennych, których mamy mnóstwo. One powinny jednak dawać największą radość, bo w sumie mało doceniamy takie zwykłe rzeczy, jakie dzieją się wokół nas. W ostatnich latach miałam czas na przemyślenie pewnych spraw i poukładanie sobie w głowie tego, na czym mi zależy, co chcę w życiu robić. Do tamtego momentu mój świat kręcił się tylko wokół skoków. Kiedy je zostawiłam, to tak naprawdę nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie miałam ambicji, by pójść na studia. Zaczęłam pracować i szukałam tego, co chciałabym w życiu robić. Zrobiłam zatem kursy oklejania samochodów i to mi dawało radość. W końcu padł pomysł wyjazdu do Norwegii. Zawsze chciałam tam pojechać, zawsze chciałam wyprowadzić się z Polski i zobaczyć, jak jest w Skandynawii, jak się tam żyje. Mój tata pracował w Norwegii i zawsze sobie chwalił życie w tym kraju. Nie umiałam nic, ale pojechałam, bo uznałam, że trzeba mieć jakieś wspomnienia w życiu.
Mój ówczesny narzeczony załatwił mi tam pracę. Pojechałam go odwiedzić, a tego samego dnia miałam rozmowę o pracę. Byłam do niej kompletnie nieprzygotowana. Nie spodziewałam się tego, ale pracę dostałam. Na początku trudno mi się było przyzwyczaić do nowego miejsca na ziemi. Inny język, inna mentalność, daleko od domu. Nie miałam nic i ruszyłam do pracy. Na początku byłam kelnerką, a później zostałam kierowniczą baru i fajnie mi się pracowało. Poznałam fajnych ludzi, a do tego nauczyłam się języka angielskiego, załapałam też trochę język norweski. Przede wszystkim dowiedziałam się jednak tego, że jestem w stanie poradzić sobie w życiu w każdej sytuacji. Co by się nie wydarzyło, to wiem, że dam sobie radę. To mi pokazało, że mam taką swoją siłę. I ona napędziła mnie do powrotu do skoków. Teraz wiem, że dam radę, tylko muszę trochę zmienić nieco nastawienie do wszystkiego. Miałam też jednak sporo czasu, by sobie to wszystko poukładać. Nie ukrywam, że skandynawski klimat sprzyjał życiowym przemyśleniom.
Wróciła, by spełnić marzenie
Ktoś cię namawiał do powrotu, czy sama do tego dążyłaś?
- I tak, i nie. Wróciłam jedna wyłącznie dlatego, że chciałam spróbować. Mam jedno niespełnione marzenie i postanowiłam, że podejmę jeszcze jedną próbę.
Igrzyska?
- Tak. Zobaczymy, co z tego będzie. Teraz skupiam się na pracy, by na kolejne do Francji pojechać i być olimpijką. Fajnie jest mieć taki cel w życiu. Dobrze mieć też swoją rutynę, a taką daje mi właśnie sport. Pozwala mi on na takie trochę wyładowanie emocji. Nie chodzi o to, że się wyżywam na tym treningu, tylko po prostu sport daje mi balans w życiu.
Droga Ani Twardosz pokazuje, że może być wyboiście, ale można do czegoś dojść?
- Patrząc na postęp Ani, to muszę powiedzieć, że dobrze się to ogląda. Nawet bardzo dobrze. Szkoda, że po drodze wykruszyło się tyle dziewczyn i że w sumie to nawet nie mamy drużyny, a zawsze ją miałyśmy. W przyszłym roku nie mamy nawet dziewczynek na mistrzostwa świata juniorów. Bardzo trudno jest się pogodzić z taką sytuacją. Mamy, co mamy. Trudno. Wróciłam i jestem gotowa, ale dajcie mi jeszcze chwilę.
Zobaczymy cię w kadrze w przyszłym sezonie? Będziesz startowała w Pucharze Świata?
- Chciałabym ci odpowiedzieć, ale nie wiem, jak to będzie wyglądało. Nie miałam przez ten sezon kontaktu z Marcinem Bachledą, więc zostawiam cię z tym pytaniem.
Bardzo zmieniły się skoki od momentu, kiedy zawiesiłaś karierę?
- Same skoki nie, ale bardzo zmieniły się przepisy i trochę zajęło mi czasu, zanim się w nich połapałam. Uczyłam się ich chyba ze cztery konkursy. W Eisenerz na Pucharze Interkontynentalnym, gdzie były pierwsze moje międzynarodowe zawody od powrotu, totalnie się stresowałam, bo nie miałam sprawdzonego ani kombinezonu, ani butów, ani nart. Okazało się nawet, że w zegarku nie można skakać. Podobnie z biżuterią. Pomyślałam sobie, Jezus Maria, co mam robić? Okazało się też, że za grube miałam rzepy w rękawiczkach. O dwa milimetry. Musiałam je na szybko wycinać, Buty też były za duże o pół centymetra. Musiałam kombinować. Trzeba było jeszcze sprawdzić szpice nart, bo FIS ma swój szablon, a my mamy swój.
W Eisenerz poszłam na całkowity żywioł. Nie wiedziałam, jak w ogóle ten konkurs wypadnie. Ostatecznie dwa razy zdobyłam punkty, więc byłam z siebie zadowolona. Po takiej przerwie byłam w "30" na zapleczu Pucharu Świata, to było coś. Odkąd odeszłam ze skoków, to od strony technicznej nadal wygląda to tak samo, ale za to zmienił się bardzo sprzęt. Dla mnie kontrola FIS przed sezonem była czarną magią. Nigdy na takiej nie byłam, ale wyszedł mi pomiar za pierwszym razem, więc chyba dobrze. Początkowo skakałam na nartach, na których robiłam to przed przerwą, więc nie odczułam wielkiej zmiany. Za to kompletnie nie mogłam się przyzwyczaić do butów. To była męczarnia. Moje nogi, a szczególnie moje kostki wyglądały przez miesiąc, jakbym pracowała w kamieniołomie. Wszyscy się zastanawiali, czy coś mi się stało, bo tak źle wyglądały moje stopy. Po prostu były obtarte z każdej możliwej strony. Wciąż mam blizny. Dużo było zatem takich drobnych rzeczy, od których się po prostu odzwyczaiłam.
Wspomniałaś o celu, który ci przyświeca, czyli starcie w zimowych igrzyskach olimpijskich. A ten najbliższy to jaki jest? Za rok są mistrzostwa świata w Falun.
- I chciałbym tam pojechać. W kolejnym sezonie mam zamiar wskoczyć na poziom Pucharu Świata. Wiem, że bardzo dużo pracy muszę wykonać, żeby tam się jednak znaleźć. To pokazał mi Puchar Interkontynentalny. Widzę, gdzie mam braki. Zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, nad czym muszę pracować, ale też ta praca jest taka mocno ukierunkowana i też jestem na trochę innym swoim poziomie świadomości już w życiu, bo jednak ćwierćwiecze w tym roku. Jestem w zupełnie innym miejscu, niż wtedy, kiedy odkładałam narty. Wróciłam dla siebie, więc robię to wszystko dla siebie i chcę to robić. Nie wróciłam po to, żeby sobie poskakać. Każdy celuje w coś bardziej ambitnego, trenując skoki na takim poziomie. Każdy chce więcej i wydaje mi się, że to są takie realne cele, na które wiem, że jestem w stanie sobie zapracować i muszę poświęcić temu bardzo dużo swojego czasu, bo nie mam takiego wsparcia.
Dlatego całe życie sobie układam pod skoki i póki co, to mi się udaje. Nie jest to łatwe, ale jak się chce, to się da. Na razie jestem bardzo zadowolona z tego, jak to wygląda. Wiem również, że mam ten czas na wykonanie pracy. Zresztą już rozpoczęłam przygotowania, bo nie mogę tracić więcej czasu. Ten ostatni sezon był dla mnie krótki, bo zaczął się końcem stycznia, a skończył w połowie marca. Mimo tego zmiotło mnie fizycznie z planszy. Totalnie nie byłam przygotowana na tę zimę od tej strony. Mój organizm po prostu tego nie dowiózł. I to nie tak, że nie chciałam, czy głowa nie dowiozła. Po prostu nie byłam na tyle wytrenowana. Nie spędziłam lata na przygotowaniach, bo dopiero od września jestem w pełnym treningu. Wcześniej jeździłam sobie trochę na rowerze, poszłam sobie też - od czasu do czasu - pobiegać. A w ciągu półtora miesiąca miałam maraton startów. Jeździłam od zawodów do zawodów, bo poza Pucharem Interkontynentalnym były jeszcze starty w Orlen Cup. Pomiędzy nimi była jeszcze praca i szkoła.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:














