Reklama

Reklama

Adam Małysz: Nie jest prawdą, że już nie chcemy Stefana Horngachera

- Nie jest prawdą, że my już nie chcemy Stefana Horngachera. Nawet jeśli ma miejsce sytuacja, że negocjuje i wciąż nie wie, co zrobić, bo druga strona rzekomo nie chce spełnić jego warunków. Nie, my po prostu czekamy na jego decyzję. Jeśli będzie dla nas pozytywna, to będziemy zadowoleni. Cały czas myślimy o tym, a nawet marzymy, żeby został z nami do igrzysk olimpijskich w Pekinie - zapewnia w rozmowie z Interią Adam Małysz, dyrektor w Polskim Związku Narciarskim ds. skoków i kombinacji norweskiej.

Artur Gac, Interia: Szum informacyjny, jaki od wielu dni ma miejsce wokół trenera naszej reprezentacji Stefana Horngachera, coraz bardziej utrudnia oddzielenie ziarna od plew.

Reklama

Adam Małysz, dyrektor PZN: - Mnie to denerwuje. Przecież rozmawialiśmy z dziennikarzami na mistrzostwach świata i powiedziałem, że jeśli będę coś wiedział, to na pewno o tym powiem. A doszło do tego, że teraz mamy burzę w mediach i powstają dwa obozy: jedni chcą, a drudzy nie widzą przyszłości z Horngacherem. Chciałbym być poza tym.

Faktem jest, że kolportowanych jest tak wiele sprzecznych ze sobą informacji, iż jesteśmy świadkami totalnego szaleństwa.

- Mogę powiedzieć panu tylko jedno: nie jest prawdą, że my już nie chcemy Horngachera. Nawet jeśli miała miejsce sytuacja, że negocjuje i wciąż nie wie, co zrobić, bo druga strona rzekomo nie chce spełnić jego warunków lub coś w tym stylu. Nie, my po prostu czekamy na jego decyzję. Jeśli będzie dla nas pozytywna, to będziemy zadowoleni.

Nawiązuje pan do środowej wiadomości na Twitterze szefa sportu w TVP Marka Szkolnikowskiego, który nakreślił nową rzeczywistość, pisząc że "warunki kontraktu niemieckiej federacji dla Stefana Horngachera są dalece niesatysfakcjonujące dla trenera. Horngacher chciałby dalej pracować w Polsce, ale...  związek już zaakceptował jego odejście i tematu nie ma"?

- Ja chciałbym wiedzieć tylko, kto się o tym dowiedział i z jakiego źródła. Bo jeśli taka sytuacja miałaby miejsce, to Horngacher na pewno najpierw nas by o tym poinformował, a nie zaniósł tę informację do mediów. Dlatego trochę się z tego śmieję.

Niektórzy już tak to komentują: Austriak z nami pogrywał, to teraz ma za swoje!

- To nie jest do końca tak. Czy pogrywał? On na pewno ma bardzo trudną sytuację, bo z jednej strony serce mówi mu, żeby zostać z nami, a z drugiej głowa podpowiada - jak to sam powiedział - żeby iść dalej do przodu, zabrać za coś nowego i rozwijać się w innym miejscu. Jedno chcę podkreślić: my na pewno nie możemy mieć do niego żalu, bo przecież zrobił dla nas bardzo dużo, choć oczywiście my dla niego również, bo z trenera będącego w zapleczu, stał się najlepszym szkoleniowcem na świecie. Fakty są takie, że odnieśliśmy obopólne korzyści, dlatego nie możemy być negatywnie do niego nastawieni. My cały czas myślimy o tym, a nawet marzymy, żeby został z nami do kolejnych igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Jedna rzecz wymaga ostatecznego wyjaśnienia i usystematyzowania, w odniesieniu do tego, czy Horngacher złamał jakieś wewnętrzne ustalenia. Zmierzam do tego, że w trakcie MŚ publicznie zaapelował pan do trenera, by ze swoją decyzją nie trzymał wszystkich w niepewności, bo to odbija się na całej grupie. Czy w tej sytuacji Austriak wykazał się niesubordynacją, czy jednak postępował tak, jak umawialiście się wcześniej, ale brak medali w pierwszych dwóch konkursach wywołał taką, a nie inną reakcję?

- Na pewno to pokłosie sytuacji, jaka się wytworzyła. Absolutnie nie można powiedzieć, że Stefan zachował się nie fair lub złamał jakieś ustalenia. On od początku mówił, że na mistrzostwach świata najprędzej coś powie. Jednak już w Innsbrucku poczuliśmy, że atmosfera nie jest taka, jakbyśmy chcieli i zrobiło się ciężkawo. Dlatego i u mnie pojawiły się emocje, stąd moje stanowisko, że pójdę z nim porozmawiać, choć przyznaję, że wątpiłem w to, iż uda mi się uzyskać odpowiedź na tę sprawę. Jednak wyszedłem z założenia, że warto będzie spróbować. Stefan obiecał mi, że będzie w stu procentach pracował do końca sezonu, jak przystało na profesjonalistę. Dodał, że przyjdzie czas, gdy podejmie tę bardzo trudną decyzję, ale nie mogę jej w jednej chwili na nim wymusić, dlatego odpuściłem.

Czy związek ma już kandydata numer jeden na wypadek, jeśli trzeba będzie postawić na następcę Horngachera?

- Prezes Tajner już wszystko powiedział, więc mnie trudno jest to komentować. Szef związku ma swoje typy i chyba rozmawia z kimś, ale ja o niczym takim nie wiem. Oczywiście plan "B" cały czas jest tworzony i myślimy o tym, co zrobić, jeśli znajdziemy się w rzeczywistości bez Stefana, ale powtórzę, że o wielu rzeczach, które prezes przekazał mediom, ja nawet nie wiem. Nie wiem, skąd to wziął i czy z kimś rozmawiał, ale wydaje mi się, że też ufa nam i mi, iż wybór będzie odpowiedni.

W gronie nazwisk, które wymienił prezes Tajner, a co może świadczyć o jego doświadczeniu i rutynie w negocjacjach, nie pada kandydatura mającego świetny kontakt z grupą, obecnego członka sztabu Horngachera, Michala Doleżala. Czy czasami to właśnie Czech nie jest numerem 1?

- Nie będę ukrywał, że na pewno jest brany pod uwagę. Jednak ja nie chcę tworzyć zbędnego zamieszania, jakie troszkę sprowokował prezes i ja nie podam nazwisk. To w tym momencie byłoby zbędne. Powiem tylko, że mam parę typów, które przedstawię, ale pewne rozmowy już zostały przeprowadzone, bo nie ma na co czekać, jeśli Stefan zakomunikuje nam gorszą decyzję. W odpowiednim momencie ta sprawa będzie miała swój finał.

A Adam Małysz byłby gotowy na rolę trenera?

- Nie, nie biorę tego, póki co, pod uwagę.

Póki co?

- Tak i na tym na razie poprzestańmy.

Podsumowując: kiedy jest spodziewana ostateczna decyzja odnośnie trenera Horngachera?

- Nie jestem w stanie podać dokładnego terminu. Stefan powiedział mi na mistrzostwach świata wyraźnie, że dostał konkretną ofertę od Niemców i musi się nad wszystkim porządnie zastanowić. Jednak, wbrew spekulacjom, nie sprecyzował, czy będzie to przy okazji turnieju Raw Air, czy w Planicy. Osobiście myślę, że będzie chciał dłużej pomyśleć i może zdarzyć się właśnie tak, że o decyzji usłyszymy dopiero w Słowenii.

Nieco zmieniając temat, czy prawdziwe są pogłoski, że Marcin Bachleda zostanie odwołany z funkcji trenera reprezentacji kobiet w skokach?

- Nie jest prawdą, że miałby zostać odwołany. Nie jestem pewny, czy umowa Marcina obowiązuje tylko na ten rok, czy na dłuższy okres, lecz na pewno chcemy przeprowadzić pewne zmiany. Nie znaczy to jednak, jak już powiedziałem, że Marcin zostanie odwołany. W tej chwili jest to temat objęty pewną tajemnicą, bo jeszcze trwa sezon i nie chcemy rozbijać atmosfery w gronie zawodniczek i trenerów. Po sezonie usiądziemy i na spokojnie wszystko poukładamy. Cel jest jasny: chcemy zrobić milowy krok, bo taki jest nam potrzebny, a nie tylko malutkie kroczki.

A zatem plan zakłada dużo mocniejsze postawienie na skoki pań, w których widać potencjał?

- Myślę, że będziecie państwo zadowoleni.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje