Adam Małysz dopiął swego i zdradził: Stefan Horngacher ma marzenie
Adam Małysz, który za nieco ponad miesiąc przestanie być prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, dopiął swego. Ściągnął do Polski Stefana Horngachera. Choć początkowo zarząd PZN nie wyraził zgody na zatrudnienie Austriaka w charakterze koordynatora szkolenia, to jednak w czasie majówki zmienił zdanie. W rozmowie z Interia Sport Małysz przyznał, że ważną rolę odegrali nasi trenerzy. - Stefan głęboko wierzy w to, że znowu będziemy potęgą - powiedział prezes PZN.

Trzeba przyznać, że to były dziwne trzy tygodnie w polskich skokach. Najpierw zarząd Polskiego Związku Narciarskiego zablokował zatrudnienie Stefana Horngachera w roli koordynatora szkolenia, nazywając ten krok "kukułczym jajem" dla kolejnego zarządu, bo wybory planowane są na 13 czerwca.
Chwilę po tych wydarzeniach chęć zostania nowym-starym prezesem zgłosił Apoloniusz Tajner. Po tym kroku z ubiegania się o reelekcję zrezygnował Adam Małysz.
Prezes PZN nie ustawał jednak w próbach sprowadzenia Horngachera. Austriak dostał zaproszenie od niego i Macieja Maciusiaka na zgrupowanie kadry, które zaczynało się 4 maja. Tego samego dnia zarząd PZN uznał, że zatrudnienie Horngachera nie będzie jednak "kukułczym jajem" dla kolejnego zarządu i zdecydował się na zatrudnienie Austriaka.
Adam Małysz: W pewnym momencie przestałem w to wierzyć. Stefan przyznał mi, że ma marzenie
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Stefan Horngacher jednak trafi do Polski i to jest niewątpliwie twój duży sukces na koniec kadencji.
Adam Małysz, prezes PZN: - Ode mnie się zaczęło, ale potem dużą rolę odegrali trenerzy, którzy chcieli współpracować ze Stefanem. Dlatego tak mocno naciskałem na to, by udało się go sprowadzić do Polski. Zarówno Stefan, jak i Michal Doleżal, mieli wiele innych propozycji. Obaj jednak chcieli zbudować coś fajnego w Polsce i mam nadzieję, że to się uda. Do tej koncepcji przekonałem też pozostałych naszych trenerów. W pewnym momencie przestałem w to wierzyć, ale teraz już to mamy. To dobra decyzja dla polskich skoków.
Pewnie cała ta sytuacja kosztowała cię sporo nerwów i nieprzespanych nocy?
- Jak ogłosiłem, że nie będę kandydował na prezesa PZN, to zeszło ze mnie trochę ciśnienie. Od razu lepiej się zacząłem czuć.
Co jednak kierowało Stefanem Horngacherem, że chciał wrócić do Polski?
- Przede wszystkim zna ten rynek. Od pewnego czasu śledził też, jak wygląda sytuacja skoków narciarskich w Polsce. W Niemczech, gdzie pracował przez kilka ostatnich lat, jednak nie dostał do końca wolnej ręki. Nie czuł, że może zbudować coś więcej. Tam miał zajmować się tylko główną kadrą. Tymczasem on zawsze miał wielkie ambicje. Dlatego postawił na Polskę, bo wie, że u nas może zbudować coś naprawdę fajnego. Uznał, że mamy naprawdę wielki potencjał i jest na czym pracować. Przyznał mi, że jego marzeniem jest, by Polacy wrócili na najwyższy poziom i dominowali nie tylko w Pucharze Świata, ale też w Pucharze Kontynentalnym i zawodach FIS Cup. I Stefan wierzy w to głęboko, że znowu będziemy potęgą. Dwa miesiące temu razem z Maćkiem Maciusiakiem i Michalem Doleżalem zaczął układać puzzle i nabierało to naprawdę ciekawych kształtów. Był w tym wszystkim tak zdeterminowany, że nawet nie zniechęciły go ostatnie zawirowania. Ciągle wierzył w to, że jednak będzie pracował w Polsce. Wziął na siebie to ryzyko.
Austriak przyszedł z gotowym projektem, czy on nabierał kształtów w czasie rozmów?
- To wszystko rodziło się z kolejnych rozmów. Stefan jest jednak takim człowiekiem, że ma już pewne rzeczy w głowie poukładane. I to jest jego duża zaleta. Potrafi błyskawicznie reagować, ale jego przewagą jest też to, że ma zawsze plan. I nie jest tak, że ma być tak, jak on chce. Wiele spraw konsultuje. Najdłużej z nim z naszych trenerów pracował Michal Doleżal. Stefan przekonał go projektu w Polsce, choć o Michala zabiegali Niemcy. On bardzo wierzy w to, co można osiągnąć w Polsce. Niektórzy powiedzą, że był Alexander Stoeckl u nas i nie pomógł. Tyle że ci, co się znają na tym sporcie, to wiedzą, że akurat o niego to my bardzo zabiegaliśmy. Nie wiem dalej, czy to był błąd, czy nie, bo to jest jednak wyśmienity trener, ale wtedy, kiedy przychodził do nas, nie był jeszcze gotowy na to. Baliśmy się go stracić i dlatego tak szybko sięgnęliśmy po niego, ale on nie był w stanie w stu procentach poświęcić się nowemu zadaniu. Wciąż bolało go rozstanie z Norwegami. Wielu nalegało na to, by przyszedł do nas, ale to tak nie działa. To on musiał tego chcieć. I to jest ta różnica. Stefan tego chciał.
Horngacher ma być koordynatorem szkolenia. Będzie zatem odpowiadał za współpracę między grupami, ale zakres jego obowiązków będzie dotyczył tylko męskich skoków?
- Stefan powiedział też, że chce również mieć baczenie na to, co się dzieje w skokach kobiet, ale również w naszej kombinacji norweskiej, choć oczywiście głównym celem będą męskie skoki. Ważne, by powstał w końcu u nas system z prawdziwego zdarzenia. Zalążek już mamy, ale teraz potrzebujemy kogoś takiego, jak Stefan, kto wie, jak to wszystko połączyć, by była ciągłość szkolenia.
Horngacher często będzie w Polsce?
- Trudno powiedzieć, ale myślę, że raczej będzie często w Polsce, bo wielu rzeczy nie da się zrobić zdalnie. Stefan zauważa jednak, jak w ostatnich latach trenerzy są mocno eksploatowani. Zwłaszcza w trakcie sezonu. Dlatego chce u nas zbudować system, w którym nie ma różnic między trenerami. Oni powinni się wymieniać i powinni pracować z każdym zawodnikiem. To samo dotyczy skoczków. Oni też powinni dogadywać się z każdym trenerem. To wyjdzie im na pewno na plus. Tej zimy wiele razy może dochodzić do takiej sytuacji, że jednak na zawody pojedzie inny trener. Na pewno będę trzymał kciuki za powodzenie, bo wierzę w tej projekt. On jednak wymaga nakładów, bo najlepszego sprzętu nie wyczaruje nawet Stefan. Na to trzeba mieć środki, bo inaczej zostaniemy w tyle, jak to miało miejsce w ostatnim sezonie. Sprzętowo odstawaliśmy. Planica pokazała nam miejsce w szeregu. Prędkości naszych skoczków na rozbiegu były po prostu śmieszne. Nasz serwismen dwoił się i troił i nie był w stanie nic zrobić, a Szwajcarzy albo Niemcy mieli specjalne struktury, które już na starcie dawały im przewagę. Nasi serwismeni pracowali wiele godzin po zawodach, bo próbowali różnych rzeczy, a inni serwismeni przejechali szczotką po nartach i szli do samochodu, co wyglądało komicznie.
"Nie chcę nikogo bronić ani nikogo oskarżać"
To chyba nie tak miało wyglądać. Pewnie razem ze Stefanem Horngacherem miałeś pracować przez najbliższe cztery lata. Widzisz siebie dalej w polskich skokach i to mimo tego, że ostatnio mocno dostałeś po tyłku?
- Oj, dostałem trochę ostatnio i moja decyzja o tym, by nie kandydować była właśnie tym spowodowana. Na pewno zostanę przy skokach i może też przy innych dyscyplinach, które przez ostatnie cztery lata bardzo polubiłem. Nie odsunę się od tego wszystkiego, ale najpierw muszę odpocząć. Przede wszystkim psychicznie. Trenerom i Stefanowi powiedziałem, że jeśli tylko zajdzie taka potrzeba, to jestem do ich dyspozycji.
A jak to się stało, że "kukułcze jajo" nagle przestało nim być i można było podjąć decyzję o zatrudnieniu Stefana Horngachera jeszcze w tej kadencji zarządu?
- To była trudna decyzja. Nie chcę nikogo bronić ani nikogo oskarżać. Z jednej strony rozumiem zarząd, bo chciał poczekać do wyborów. Nowy zarząd może mieć bowiem inną wizję. Z drugiej strony tłumaczyłem to, że takie osoby jak Stefan nie będą czekały tak długo. Cieszę się, że jednak zarząd zmienił zdanie. W tym czasie cały czas trwały negocjacje ze Stefanem i dzisiaj mamy go w Polsce. Teraz pewnie ulżyło i zawodnikom, i trenerom. Ci ostatnio bardzo mocno wstawili się za tym, by Stefan do nas przyszedł. I to nie pozostało bez wpływu na decyzję zarządu. Umowa jeszcze nie została podpisana i może tego dokona nowy prezes, ale przynajmniej mamy gwarancje zatrudnienia, bo została podjęta uchwała.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport













