Adam Małysz: Czy jestem milionerem? Współczuję Robertowi Lewandowskiemu
Tej zimy minie 25 lat od triumfu Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni, który na zawsze już odmienił polskie skoki narciarskie. "Orzeł z Wisły" pierwsze sukcesy zaczął odnosić jednak prawie pięć lat wcześniej. Wtedy za pierwsze zarobione pieniądze chciał zmienić samochód, bo jeździł "maluchem". Chłopak, który kończył zawodówkę, teraz jest prezesem Polskiego Związku Narciarskiego i wcale nie musi to być jego ostatnie słowo. Przez tych wiele lat jeden z najlepszych skoczków narciarskich w historii rozwinął się niesamowicie jako człowiek. Zaszła wielka przemiana. - Bardzo dużo pracowałem nad sobą. Kiedyś miałem problem nawet z językiem polskim, bo najczęściej używałem gwary cieszyńskiej, a dzisiaj mogę rozmawiać też po niemiecku i angielsku. Uczyłem się nieustannie, by stawać się lepszym człowiekiem - przyznał Małysz w rozmowie z Interia Sport.

W skrócie
- Adam Małysz opowiada o swojej przemianie z nieśmiałego sportowca w prezesa Polskiego Związku Narciarskiego oraz kulisach swoich sukcesów sportowych.
- W wywiadzie zdradza, jakie wyzwania napotkał na drodze edukacyjnej, jakie znaczenie miało wsparcie innych oraz jak radził sobie z presją oczekiwań.
- Porusza temat finansów, popularności i porównuje swoje życie z rzeczywistością Roberta Lewandowskiego, wyrażając współczucie dla skali sławy piłkarza.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Każdy, kto pracował z Adamem Małyszem w czasach, gdy był on skoczkiem, wie, że nie zawsze było łatwo. Był wielkim mistrzem. Stroił jednak czasem fochy. Kiedyś przekonała się o tym dziennikarka TVP, która akurat trafiła na skoczka w niezbyt dobrym humorze.
Małysz w rozmowie z Interia Sport przyznał, że nie zawsze był w stanie podołać oczekiwaniom dziennikarzy. I właśnie dlatego przepraszał ich za swoje zachowanie po tym, jak wywalczył pierwszy z olimpijskich medali w Vancouver.
Przez tych wiele lat "Orzeł z Wisły" bardzo się rozwinął. Nie tylko przyjemnie słucha się jego opowieści, ale też udziela wywiadów w innych językach. Zdał maturę i skończył studia. Wreszcie został prezesem Polskiego Związku Narciarskiego. W czasach, gdy skakał, popularne było hasło: "Małysz na prezydenta". I być może zarządzanie PZN nie jest ostatnim słowem wiślanina.
Wszyscy kibice doskonale kojarzą wielkiego mistrza. Zawsze charakteryzował go wąs, który został z nim do dzisiaj. Bywało, że nosił kolczyka w uchu, ale też farbował włosy. Niektórzy nazywają go milionerem. I o tym też będzie w tej rozmowie.
Adam Małysz nie był faworytem. Kiedy to usłyszał w telewizji, stanął jak wryty
Tomasz Kalemba, Interia Sport: Zimowe igrzyska olimpijskie w Vancouver. Tam zdobyłeś dwa srebrne medale. Dla mnie to były pierwsze igrzyska w życiu i od razu to był dla mnie szok. Po twoim pierwszym medalu doszło do spotkania z dziennikarzami w wiosce olimpijskiej. I wtedy usłyszałem, jak mówisz do nas: "Przepraszam za to, co was spotkało z mojej strony przez te wszystkie lata". To pokazuje, jaką przemianę przeszedłeś przez te wszystkie lata?
Adam Małysz: - Przez wiele lat pracowałem i nadal pracuję z dziennikarzami. Nie ukrywam, że w czasie kariery nie zawsze chciałem odpowiadać na pytania. Różnie z tym bywało. Zawsze twierdziłem, że człowiek uczy się całe życie. I tak jest właśnie ze mną. Wtedy, kiedy skakałem, byłem mocno skoncentrowany na tym, co robię. Dla mnie nie liczyło się nic poza sportem. Wszystko, co było dookoła, nie liczyło się. Z jednej strony takie podejście było dobre, ale z drugiej strony bardzo trudne było to, że byli dziennikarze, którzy chcieli mieć coś na wyłączność. Nieraz stałem jeszcze kilkadziesiąt minut po konkursie. To nie było łatwe. Rozumiałem, że bez mediów nie miałbym sponsorów, ale jednak kiedy byłem na topie, to te wszystkie rozmowy były dla mnie dużym obciążeniem. Przede wszystkim psychicznym. Pół biedy, jak było dobrze na skoczni, ale jak coś nie wychodziło, to zaczynało się drążenie dziennikarzy. Jeśli to były osoby, które jeździły na zawody od lat i znały się na tym, to była inna rozmowa, ale zdarzali się też tacy, którzy po konkursach pytali mnie, co czuję, jak lecę.
Wracając do samego Vancouver, to jechałem na te igrzyska i miałem tam wszystko bardzo dobrze przemyślane. Nie jechałem tam w ogóle w roli faworyta. Nawet chyba nie byłem brany pod uwagę, jeśli chodzi o medale. Kadra poleciała do Vancouver tydzień wcześniej. Ja stwierdziłem, że nie chcę tam siedzieć, bo dobrze znoszę podróże na zachód. Postanowiłem, że przylecę przed samym konkursem. Dzień przed wylotem do Kanady oglądałem telewizję i była rozmowa z Piotrem Nurowskim, ówczesnym prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Miałem do niego wielki szacunek. Wspominał wówczas o szansach medalowych na te igrzyska. I padły tam takie słowa: "Wierzę w to, że Adam Małysz zdobędzie dwa medale". Stanąłem przed telewizorem, jak wryty. Powiedziałem: ja pierdzielę, jeszcze są ludzie, którzy w to wierzą. Te słowa wcale nie podziałały na mnie jak presja, bo wiedziałem, że tyle już w sporcie osiągnąłem, że nic już nie musiałem udowadniać. One podziałały na mnie jak dodatkowy bodziec. Wiedziałem, że byłem dobrze przygotowany do tych igrzysk. Do tego bardzo mi pomogli Austriacy.
Jak to?
- Oni, zamiast skupić się na sporcie, zajęli się protestami dotyczącymi wiązań Simona Ammanna. Ja robiłem za to swoje. Do tego miałem ciągle w uszach słowa prezesa Nurowskiego. One mnie niosły. I zdobyłem te dwa medale. To pokazuje, ile daje wiara w ciebie innych ludzi. W Vancouver skakałem na zupełnym ludzie. Do tego był zakaz na rozmowy z kadrą skoczków, a ja uznałem, że skoro zdobyłem już jeden medal i ludzie tak we mnie wierzą, to warto się spotkać z dziennikarzami. Głowa totalnie mi puściła i poszło potem wszystko z rozpędu. Po igrzyskach nie schodziłem już z podium. To był czas, kiedy doskonale wiedziałem, że moja kariera już długo nie potrwa. Początkowo właśnie myślałem o tym, by zakończyć karierę po igrzyskach w Vancouver. Przed igrzyskami słyszałem, jak o zakończeniu kariery rozmawiali Lars Bystoel i Andreas Kuettel. Norweg mówił, że chciałby to zrobić na mistrzostwach świata u siebie. Wtedy pomyślałem sobie, że może rzeczywiście Oslo to jest dobre miejsce. Tam zaczęła się moja wielka kariera i tam fajnie byłoby ją zakończyć. Tak postanowiłem, ale mogłem to zrobić tylko pod jednym warunkiem. Tym było zdobycie medalu w mistrzostwach świata w Oslo. I jak zdobyłem go na normalnej skoczni, to wtedy powiedziałem, że to jest ten czas. Do tego, jak miałoby wyglądać moje zakończenie kariery, przygotowywałem się chyba dwa lata. W międzyczasie zostałem zaproszony do teamu rajdowego, a myślałem, by przez dwa-trzy lata po zakończeniu kariery nie robić nic. Tylko ogród i wypoczynek. Ale chyba żaden sportowiec nie dałby tak rady zrobić.
Początki w wielkim świecie nie były chyba dla ciebie łatwe? Pamiętam rozmowy po pierwszych sukcesach. Byłeś zagubiony, a twoje wypowiedzi dla mediów się nie kleiły. Bywało, że miałeś problem ze skleceniem kilku zdań.
- Tak było. Pamiętam te rozmowy i ciągłe powtarzanie przeze mnie: Po prostu, po prostu (śmiech).
Teraz jesteś prezesem Polskiego Związku Narciarskiego. Wiele pracy nad sobą kosztowała cię taka przemiana przez te wszystkie lata?
- Bardzo dużo pracowałem nad sobą. Kiedyś miałem problem nawet z językiem polskim, bo najczęściej używałem gwary cieszyńskiej, a dzisiaj mogę rozmawiać też po niemiecku i angielsku. Uczyłem się nieustannie, by stawać się lepszym człowiekiem. To jednak nie było tak, że chciałem robić to za wszelką cenę. To wszystko poszło bardzo naturalnie. Bywało, że słuchałem swoich wywiadów, by wyciągnąć wnioski. Przełomowym momentem było to, kiedy jeden z dziennikarzy zasugerował mi, że stara się mówić wolno, by móc pozbierać myśli. I skorzystałem z tej rady. O skokach oczywiście mogę mówić bez zastanowienia, bo się na tym znam. Ale już w rozmowach na inne tematy staram się mówić wolno, żeby wypowiedź była przemyślana, żebym nie palnął głupoty. Przez wszystkie te lata tak się właśnie uczyłem.
"Usłyszałem, że jestem gburem"
W internecie krąży filmik z twojego zachowania wobec dziennikarki z czasów kiedy byłeś jeszcze skoczkiem. Na trening do Zakopanego przyjechała wówczas Justyna Szubert-Kotomska z TVP. I przedstawiła cię w bardzo złym świetle. Słynne są twoje słowa: "Grzesiu, na co kładę nacisk?" "Na próg" słychać odpowiedź Grześka Sobczyka i ty dalej przekazujesz ją reporterce TVP.
- To była dziwna sytuacja, a ja byłem wtedy trochę wkurzony. Dziennikarka przyjechała wówczas na trening i zaczęła nam przeszkadzać. Byliśmy w środku zajęć, a ona zaczęła nam zadawać pytania. Wszyscy dziennikarze doskonale wiedzieli, że jeśli będę rozmawiał, to po treningu. Postanowiłem to wykorzystać i zażartowałem sobie. To nie była moja złośliwość, ale po prostu żart. Kto mnie zna, ten wie, że lubię sobie czasami pożartować. Usłyszałem tylko, że jestem gburem, a dziennikarka poszła z treningu. I potem to wykorzystała w materiale.
W przeszłości miałeś wiele takich sytuacji?
- Nie. To była jednorazowa sytuacja. Ale żartować lubię sobie cały czas. Nieraz ludzie pytają: Mogę zdjęcie? Wtedy biorę ich telefon, ustawiam ich i robię zdjęcie. Zdarzało się tak wiele razy, że nikt nie oponował, tylko wziął telefon i poszedł. Większość jednak parskała śmiechem i potem razem robiliśmy sobie zdjęcie. Starałem się z humorem podchodzić do takich sytuacji i bardziej na luzie, bo nie zawsze człowiek miał ochotę i siły na takie sesje, które trwały w nieskończoność. To nie jest łatwe być taką osobą. Bywa, że człowiek ma wszystkiego dość, a do zdjęć musi się uśmiechać, choć wcale nie jest mu do śmiechu.
Matura i studia - wielkie życiowe wyzwanie Adama Małysza
Jak się uczyłeś w szkole?
- Średnio. Nigdy nie byłem najgorszy, ale orłem też nie byłem. Nie miałem świadectw z paskiem. O wiele lepiej szło mi na studiach, choć matura była dla mnie koszmarnym przeżyciem. Nigdy nie przepadałem za nauką, a jednak namówili mnie, żebym poszedł do liceum i zdał maturę.
Gdzie ją zdawałeś?
- W Warszawie. Przyjechałem na egzaminy i niemal nikogo nie znałem. Było tylko kilka osób z Wisły, z którymi uczyłem się w liceum. Po wielu latach znowu przeżywałem szkolne traumy związane ze zdawaniem egzaminów.
To najlepiej pokazuje, jak chciałeś się rozwijać jako człowiek.
- Może tak. Tym bardziej że nikt mnie do tego nie zmuszał, ale udało się mnie namówić na to, żebym zrobił maturę. Zawsze podchodziłem do tego w ten sposób: Po co mi to jest? Skończyłem zawodówkę i nie uważałem, że matura, a tym bardziej wyższe wykształcenie, będą mi do czegoś potrzebne. Rozmawiałem z ludźmi i oni sugerowali mi, że może to będzie dla mnie kolejne wyzwanie w życiu. I tak było. Matura była traumatycznym przeżyciem.
Pamiętasz, jakie oceny dostałeś?
- Nie. Wiem, że z języka niemieckiego poszło mi bardzo dobrze. Nawet nie przypuszczałem, że będzie tak dobrze. W zawodówce miałem podstawy tego języka i gramatykę nawet pamiętałem, ale brakowało mi słów.
Było poruszenie na sali, kiedy inni stawili się na egzaminie i zobaczyli Adama Małysza?
- Było lekkie. Wszyscy jednak byli tak zestresowani, że szybko to minęło.
Nauka w tamtym czasie zajmowała ci wiele czasu?
- Sporo. Raz było lepiej, a raz gorzej. Dla mnie to było wielkie życiowe wyzwanie. Przykładałem się, bo zawsze jak coś robię, to na sto procent.
Dużo osób wiedziało o tym, że będziesz zdawał maturę?
- W zasadzie to tylko najbliżsi i ci, z którymi uczyłem się w Wiśle.
Studia wziąłeś z rozpędu?
- Tak. Miałem wprawdzie chwilę przerwy, ale już nie tak długą. Jak zacząłem jeździć w rajdach, to poznałem Kubę "Collina" Brzezińskiego. I on mnie namówił do tego, żebym poszedł na studia. On szedł na Politechnikę Częstochowską i chciał, żebym poszedł razem z nim. Znowu miałem opory, ale dałem się przekonać. Jak już miałem zaliczony licencjat, to potem dwa lata magisterki poszły jak z płatka.
Adam Małysz: Czy jestem milionerem? Współczuję Robertowi Lewandowskiemu
Wróćmy teraz do początku twoich wielkich sportowych sukcesów. Miałeś naście lat i zaczynałeś coś znaczyć w świecie sportu. Myślałem wtedy o tym, że w przyszłości zdasz maturę, skończysz studia i zostaniesz prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, a do tego będziesz milionerem?
- Na pewno nie. Ale, zaraz? Czy jestem milionerem?
Takie informacje przekazują media.
- Ostatnio rzeczywiście widziałem nagłówki, że podobno zarobiłem 70 milionów złotych i jestem w czołówce najzamożniejszych polskich sportowców. Nie wiem, skąd wzięli te dane. Nie pochodzę z bogatego domu, ale moim marzeniem zawsze było, by zapewnić swoim dzieciom takie życie, żeby nie musiały na wszystko harować. Poza tym chciałem mieć dostatnie życie. Nie chciałem nigdy martwić się o to, że zaraz braknie mi pieniędzy na coś. I chyba dlatego nigdy nie wszedłem w jakieś dziwne interesy, a nieraz namawiano mnie na pewne inwestycje. Zawsze wolałem to przemyśleć kilka razy i może dobrze zrobiłem, bo przynajmniej nic nie straciłem. Nie jestem bogatym człowiekiem, ale żyję na takim poziomie, który mnie zadowala. Nie ukrywam, że staram się utrzymać pewien poziom. W życiu tak jednak jest. Kiedy dojdziesz na jakiś poziom, to potem trudno jest zejść niżej.
Jest wiele osób, które zazdroszczą Robertowi Lewandowskiemu jego bogactwa. Nie jestem wśród nich, bo nigdy nie marzyłem o tym, by żyć na takim poziomie finansowym. Współczuję mu niesamowitej popularności. Ja tego doświadczyłem głównie w Polsce, a on z tym musi się zmagać na całym świecie, bo takie jest oddziaływanie piłki nożnej. Ja mam ten komfort, że jak jadę gdzieś na urlop poza nasz kraj, to rozpoznają mnie jedynie Polacy i czasem Niemcy. Dzięki temu mam jednak większy spokój. Był jednak okres w życiu, kiedy skakałem, że wybieraliśmy takie miejsca, żeby nie było: Polaków, Niemców i Austriaków.
Ktoś szczególnie wpłynął na ciebie i na to, w którym kierunku ma pójść twoje życie?
- Na pewno nie miałem takiej osoby, która byłaby dla mnie mentorem. Starałem się raczej sam dochodzić do pewnych rzeczy. Kiedy szukałem pozytywów, to starałem się też znaleźć negatywy, by to wszystko wyważyć. Zawsze byłem zdania, że lepiej jest jeść małą łyżeczką, ale ciągle, niż nachapać się po to, by zaraz nic z tego nie było. To chyba wyniosłem z domu rodzinnego. Na pewno wokół mnie bywały takie osoby, od których czerpałem doświadczenie. Jurek Żołądź robił nam na zgrupowaniach sesje, na których mówił o fizjologii, o tym, do czego potrzebne nam są mięśnie i jak one pracują. Dzięki temu wiedziałem, jak poprowadzić swoją karierę sportową. Z tych jego pogawędek wyciągałem to, co było mi przydatne. Podpatrywałem też, jak w swoim świecie działa Edi Federer, który był moim menedżerem. Czasami pokłóciliśmy się ostro. Zdarzało mu się rzucić telefonem o ścianę tak, że ten mu się rozbił, jak nie chciałem zrobić czegoś, na czym mu zależało. Później mu jednak przechodziło i zazwyczaj byliśmy w stanie dojść do konsensusu. Hannu Lepistoe nauczył mnie spokoju. On zawsze był odbierany jako człowiek konkretny. Wydawało się, że jak coś powie, to tak ma być. Kiedy jednak z nim się rozmawiało, to było inaczej. Jeśli tylko dostarczyłeś mu argumentów, to zgadzał się na to, co robisz.
Jedna z firm chciała, żeby zgolił wąsy. Ucho przebijali gwoździem, a na głowie pojawił się "jamp"
Zmieniałeś się jako człowiek, ale też zmieniał się twój wygląd. Tym, co jest mocno z tobą związane, jest wąs. On robił furorę. Cały świat kojarzył go z tobą. Był taki moment kiedy chciałeś się pozbyć wąsa?
- Nawet miałem propozycję z jednej firmy, żeby zgolić wąsa, ale nie zgodziłem się. Moim idolem był Jens Weissflog i tym wąsem chciałem upodobnić się do niego. Na początku miałem jednak problem z tym, żeby ten wąs w ogóle wyrósł. Najpierw to była zatem taka szczecinka. Nie goliłem go, żeby rósł. I tak zostało. Kiedyś mocniej go przyciąłem i bardzo dziwnie się wtedy czułem. Uznałem wtedy, że może lepiej przy nim nie grzebać.
Przez lata miałeś też w uchu kolczyka, ale też farbowałeś włosy.
- To była taka młodzieńcza fantazja. To był czas, kiedy każdy z nas chciał pokazać, że może być trochę szalony. Nie zawsze to jednak było trafione (śmiech). Kolczyk w uchu pojawił się bardzo przypadkowo. Razem z Markiem Gwoździem i Mirkiem Grzybowskim byliśmy na zgrupowaniu w Kirach. To były pierwsze chwile kadry, którą objął Pavel Mikeska. Wtedy uznaliśmy, że może zrobimy sobie po kolczyku. Ja i "Śruba", czyli Gwóźdź, zrobiliśmy sobie to w profesjonalnym gabinecie, a Mirkowi przebijaliśmy ucho... gwoździem w Kirach. Też chciał (śmiech). Przez jakiś czas miał stan zapalny, ale w końcu przeszło, a kolczyk został. Kolczyka pozbyłem się w przypadkowy sposób. Miałem upadek w Salt Lake City i na rezonansie wyciągnęli mi go ucha. Zapakowali go w papier toaletowy i włożyli do kieszeni. Prawdopodobnie wyrzuciłem go, bo uznałem, że to śmieci. I tak zaginął ten kolczyk.
Nigdy już nie chciałeś założyć?
- Nie. Mam dziurkę w uchu i pewnie, gdybym ją przepchnął, bo ona nigdy nie zarasta, to nie byłoby problemu. Teraz jednak chyba dziwnie czułbym się z kolczykiem. On teraz kojarzy mi się z takimi starszymi niemieckimi dżentelmenami, którzy noszą takie kolczyki.
A jak było z farbowaniem włosów?
- O jej, ile ja miałem przeżyć z tymi włosami. Kiedyś poszedłem do fryzjera i z tyłu chciałem, żeby fryzjerka wycięła mi skoczka narciarskiego. Zapytała się wtedy, czy chce jakiś napis. Powiedziałem, żeby napisała "dżamp", ale nie wiedziała, jak się to pisze, więc napisała mi "jamp". Musiałem to zgolić, bo się wszyscy śmiali.
Miałeś kiedyś stylistę albo osobę od wizerunku?
- Nie. W tamtych czasach nie było czegoś takiego. Teraz to jest o wiele popularniejsze, ale chyba bardziej dotyczy świata influencerów.
Adam Małysz wejdzie do polityki? Jasna deklaracja prezesa PZN
Teraz jesteś prezesem PZN i - jeśli nie zmienią się przepisy, a ty zdecydujesz się na start - to może cię czekać jeszcze jedna kadencja. Myślisz już o przyszłości? Kiedyś w Polsce popularne było hasło: "Małysz na prezydenta".
- Polityka nie jest dla mnie. Zawsze byłem apolityczny. Ubolewam też nad tym, że w sporcie, kiedy zostajesz prezesem, to nie jesteś w stanie uniknąć polityki. Nie jest to dobre, bo sport powinien być ponad podziałami. W roli prezesa staram się z każdym żyć dobrze. Bez względu na opcje polityczne, bo zależy mi na tym, by jak najwięcej zrobić dla związku. Z tym jednak jest bardzo ciężko. W głowie miałem wiele reform, ale napotykamy problemy proceduralne. W dzisiejszych czasach związki sportowe powinny bardziej działać jak firmy, a tak nie jest. To rodzi problemy. Obecnie prezes związku ma nieco związane ręce.
A wyobrażasz sobie siebie w roli prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego?
- Chyba nie. Nigdy nie ciągnęło mnie do takich stanowisk. Żeby stanąć na czele polskiego olimpizmu, musiałbym pewnie przeprowadzić się do Warszawy, a to wiązałoby się z totalnym przeorganizowaniem życia. Dla mnie dużym wyzwaniem było już to, że zostałem prezesem PZN i przez kilka dni w tygodniu muszę być w Krakowie. To nie jest proste. Do tego dochodzi cała ta biurokracja. Nie przypuszczałem, że w sporcie jest tego aż tyle.
Rozmawiał - Tomasz Kalemba, Interia Sport
Zobacz również:















