Reklama

Reklama

Wilfredo Leon: Pieniądze nie są całym życiem

W rozmowie ze Sport.Interia.pl przyjmujący reprezentacji Polski siatkarzy Wilfredo Leon opowiedział o tym, jak przyjaciele z Kuby zareagowali na jego zmianę barw reprezentacyjnych. Wyznał też, jak długo planuje grać w siatkówkę i czy po zakończeniu kariery widzi się w roli trenera czy też działacza.

Justyna Krupa:  Pańskie życie jest obecnie podzielone między Italię, Polskę i Kubę. W młodości miał pan już takie doświadczenie, że funkcjonował pan między dwoma domami, bo aby grać w siatkówkę musiał się pan wcześnie wyprowadzić z rodzinnego domu w Santiago de Cuba do Hawany.

Wilfredo Leon, siatkarz reprezentacji Polski: - Obecnie nie jest to wszystko łatwe. Moje - nazwijmy to - centrum zainteresowania jest w Polsce, ale z kolei mój "ośrodek pracy" to Włochy. Bardzo dużo czasu spędzam w Italii. A z kolei "centrum wakacyjne", ale też zwykłego życia, to Kuba. Staram się tam spędzać przede wszystkim dużo czasu z rodzicami, choć dość rzadko mam ku temu okazję. 

Reklama

Jakim językiem mówi się obecnie u pana w domu? Po polsku, czy jednak po hiszpańsku? Pańska żona Małgorzata zna hiszpański.

- Realistycznie przyznając, to tym głównym językiem jest hiszpański. Najłatwiej nam się z żoną porozumiewać właśnie tym językiem. Chciałbym, żeby dzieci automatycznie potrafiły się komunikować dwoma językami, dlatego pozwalam im ze mną porozumiewać się po hiszpańsku, natomiast moja żona rozmawia z nimi po polsku.

Czyli dzieciaki są pod tym względem elastyczne? Czasem bowiem małym dzieciom z trudem przychodzi takie przestawianie się z jednego języka na drugi.

- Starsze dziecko, czteroletnia Natalia, coraz więcej rozumie i coraz więcej potrafi powiedzieć po hiszpańsku, trochę poznała angielski, a polski w naturalny sposób zna bardzo dobrze. Bardzo mnie to cieszy. Mam też nadzieję, że Cristian, który ma półtora roku, też w przyszłości będzie w stanie - podobnie, jak Natalia - mówić w dwóch lub nawet trzech językach.

A gdy puszcza pan muzykę w samochodzie, to włoską, kubańską, czy polską?

- Mieszankę wszystkiego. Puszczam polską muzykę, ale też melodie z Karaibów, a w szczególności muzykę kubańską, bo na Kubie są moje korzenie.  Choć anglojęzyczną oczywiście również. Tak 40 procent mojej play-listy zajmują kawałki anglojęzyczne, a resztę mieszanka muzyki polskiej, rosyjskiej, włoskiej oraz karaibska i kubańska.

Może nam pan coś poleci z tej kubańskiej części play-listy?

- Możecie państwo posłuchać utworów Buena Vista Social Club czy Havana D’Primera. Bardzo lubię ich muzykę. Albo zespołu Orishas.

Miał pan już szansę zabrać dzieci na Kubę?

- Natalii już pokazaliśmy Kubę. Choć myślę, że może absolutnie nic z tego pobytu nie pamiętać, bo była wtedy maleńka. Ale jeśli tylko będę miał okazję, chciałbym znów udać się z rodziną na Kubę po Igrzyskach Olimpijskich, by dziadkowie mieli możliwość znów zobaczyć wnuczkę. Tak, by poznała nieco kulturę kraju ze strony taty.

Słyszałam, że swego czasu zaproponował pan rodzinie z Kuby, że mogłaby dołączyć do pana i przenieść się do Polski, ale bliscy nie zaakceptowali tej oferty.

- Bardzo dobrze przyjęli tę propozycję, ale powiedzieli mi, że dwie rzeczy są w ich życiu szczególnie ważne: krewni i przyjaciele oraz fakt, że tam mogą porozumiewać się swobodnie w języku, który znają. W naszej rodzinie potrzebujemy być blisko siebie. Nie jest to jednak takie łatwe, by przeprowadzić się do innego kraju w wieku 56 czy 57 lat i zaczynać praktycznie od zera. Zwłaszcza że rodzice nie znają języka polskiego i byliby zdani tak naprawdę tylko na mnie. A ja przecież często funkcjonuję poza Polską. Dlatego powiedzieli mi: będziemy cię odwiedzać, spędzimy trochę czasu w Polsce, ale potem będziemy wracać na Kubę.

A jaka była reakcja ludzi na Kubie po tym, jak zdecydował się pan na zmianę barw reprezentacyjnych? Jak zostało to przyjęte?

- Muszę przyznać, że jak dotąd żaden z moich przyjaciół czy znajomych na Kubie nie zareagował wątpliwościami w stylu: "Dlaczego zdecydowałeś się na taką zmianę?!" Nie było żadnych negatywnych reakcji. Wręcz przeciwnie. Wiedzą, że urodziłem się i wychowałem na Kubie, ale obecnie wszystko, co robię, to robię dla Polski. I to ich też cieszy. Nadal traktują mnie, jak osobę, która wychowała się i dorastała razem z nimi. W ich stosunku do mnie nic się nie zmieniło.

Kuba otworzyła się w ostatnich miesiącach czy latach nieco bardziej na świat zewnętrzny w związku z politycznymi zmianami, jakie tam nastąpiły, czy nie dostrzega pan takiego zjawiska?

- Tak, otworzyła się nieco bardziej. W tej chwili na Kubie mamy np. dostęp do internetu, co jeszcze kilka lat temu było bardzo trudne do osiągnięcia. To jest krok naprzód. Obecnie ludzie z wielu krajów mogą przylatywać na Kubę, wcześniej były pod tym względem ostrzejsze restrykcje. To też pewien powiew wolności, nie tylko dla turystyki. Generalnie sami Kubańczycy też mają obecnie bardziej elastyczne możliwości wyjazdu za granicę. Na samej wyspie też nastąpiło wiele zmian, które wcześniej trudno było wprowadzić.

Ostatnio zrobiło się głośno o projekcie, który powołaliście do życia wraz z żoną. Chodzi o rozwijanie drugoligowego klubu Anioły UMK Toruń. Ponoć ma pan ambicje, by kiedyś w przyszłości był to nawet klub na poziomie obecnej ZAKSY Kędzierzyn Koźle. Dlaczego właśnie "Anioły"?

- Już od pewnego czasu rozmawialiśmy z żoną o tym projekcie. Wcześniej myśleliśmy jednak, że nastąpi to dopiero po zakończeniu mojej kariery. Okazało się jednak, że pojawiła się wcześniej okazja zrealizowania takiego projektu, dzięki braciom Lejman, Karolowi i Mateuszowi. Odbyliśmy bardzo dobrą rozmowę, pojawiła się taka właściwa chemia, dlatego zdecydowaliśmy się zainaugurować ten projekt już teraz. Postawiliśmy na nazwę "Anioły", bo właśnie postać anioła znajduje się w herbie Torunia. Rzeczywiście, chcielibyśmy, aby w ciągu maksymalnie czterech - pięciu lat ten zespół znalazł się w Plus Lidze. Taki jest nasz cel. A gdy już go zrealizujemy, będziemy mocno walczyć o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. To bowiem najważniejsze trofeum na poziomie europejskim.

Cieszy pana, że żona tak mocno zaangażowała się w ten projekt? Ma być wiceprezesem.

- Zdecydowanie. Rozmawialiśmy właśnie o tym, że nie chciałbym być w tym projekcie sam, zostawiać jej z boku. Tym bardziej, że to ona lepiej będzie sobie radzić na poziomie językowym, ale też prawniczym. A poza tym, dopóki jestem aktywnym sportowcem, muszę być jednak bardziej skoncentrowany na grze. Chcę bowiem grać zawodowo jeszcze przynajmniej przez około osiem lat. Łatwiej będzie w tej sytuacji żonie być na bieżąco ze sprawami klubu i akademii.

Pańskie dzieciaki będą trenować w waszym klubie?

- Tak, będą w naszej akademii. Chcę, by rozwijały się sportowo. Nie wiem, czy zostaną zawodowymi  sportowcami w przyszłości. Na początku pewnie będą to traktować, jak każde inne dziecko, które będzie w naszej akademii - jako zabawę. Ale też z pełną koncentracją.

Ale nie będą trenować tak ciężko, jak pan w dzieciństwie? Ponoć raz pan trenował tak długo, że ostatecznie zemdlał pan po powrocie z zajęć, z wysiłku.

- Zdecydowanie, nie taki mamy cel. Sport przeszedł od czasu mojej młodości pewną ewolucję i nie sądzę, by teraz to było najbardziej odpowiednie podejście do treningu dzieci. Zwłaszcza że sam przeżyłem to na własnej skórze. I nie najlepiej się to wtedy skończyło, trenowanie po tyle godzin. Chciałbym, żeby każde dziecko u nas w akademii dostało tak zbalansowaną dawkę wysiłku, by chciało wrócić następnego dnia na kolejny trening.

A nie sądzi pan, że w dzisiejszych czasach mamy do czynienia raczej z odwrotnym zjawiskiem - dzieciakom brakuje konsekwencji w uprawianiu sportu, bo za dużo rzeczy je od tego odciąga i rozprasza?

- Dokładnie. Chciałbym, żeby te treningi dały dzieciakom odpowiednią motywację. By skradły ich uwagę na tyle, by odciągnęły je od gier komputerowych, telefonu czy przesiadywania w czterech ścianach mieszkania. Dlatego uważam, że to jest dobra inicjatywa. Nie chodzi tylko o to, by przepracowały godzinę, czy dwie, ale żeby miały z tego satysfakcję. Taki jest cel.

Jest pan uważany za jednego z najlepszych siatkarzy świata. Czy nie przeszkadza panu jednak tak znacząca dysproporcja w zarobkach najlepszych piłkarzy, czy nawet niektórych koszykarzy w stosunku do siatkarzy? Nie uważa pan, że jest to pewien problem?

- Nie postrzegam tego jako problemu. Każdy sport jest doceniany nieco inaczej. Rozumiem doskonale, że jedna dyscyplina sportu jest bardziej widoczna, oglądana niż inna. A nawet, że w jednej dyscyplinie pracuje się ciężej, niż w innej. Ale zawsze musimy patrzeć szerzej niż tylko na poziom finansowy. Pieniądze nie są całym życiem. W takim podejściu i mentalności wychowali mnie rodzice. Trzeba też patrzeć na to, co ci daje satysfakcję. I co pozwala ci rozwinąć się jako człowiekowi, twój charakter. W siatkówce pracuje się tak ciężko, że nie koncentrujesz się na sobie, ale na innych, na zespole. To praca zespołowa, w której jeżeli nie jesteście zjednoczeni, nic się nie osiągnie. Tak to postrzegam. To ważna nauka. Ja jestem jedynakiem i zwykle tendencja jest taka, że rodzice rozpuszczają takie dzieciaki. Bywa, że takie osoby stronią trochę od kontaktów z innymi ludźmi, są nieco aspołeczne. A w moim przypadku tak nie było. Bo siatkówka nauczyła mnie, że warto spędzać czas z innymi,  rozumieć potrzeby innych, pomagać, gdy tylko się może. Dziś jestem bardzo dumny z tego, jaką dyscyplinę wybrałem.

A w przyszłości widzi pan się bardziej jako trener siatkarski czy bardziej jako działacz? I czy pracowałby pan w takiej roli w Polsce?

- To bardzo dobre pytanie. Ostatnio nawet w rozmowie z trenerem Vitalem Heynenem stwierdziłem, że nie widzę się w roli trenera. On twierdzi, że mam potencjał. Nie wiem, zobaczymy, co pokaże przyszłość. Na ten moment bardziej widzę się w roli działacza niż trenera. Bazując na tym, co robię w Polsce.  

Chodzi o to, że ma pan zbyt impulsywny temperament na trenera?

- Nie analizowałem tego aż tak, pod różnymi kątami i aspektami. Ale nie sądzę, bym miał wystarczająco dużo cierpliwości, by skonfrontować się z emocjami, jakie targają trenerem na placu gry. Muszę zobaczyć, jak będzie, gdy skończę karierę. Jeśli jednak dojdzie do tego, że będę pracował jako trener, zobaczymy, jak będzie z tą moją impulsywnością.

Na koniec chciałam zapytać o akcję promocyjną szczepień, w której wziął pan udział wraz z innymi polskimi sportowcami. W czasie, gdy Perugia - gdzie gra pan obecnie - znalazła się w czerwonej strefie, miał pan ponoć problemy z podróżowaniem do Polski i na własnej skórze poczuł pan te ograniczenia związane z koronawirusem. Tym bardziej dostrzega pan potrzebę promocji szczepień?

- Przede wszystkim chciałbym powiedzieć w tym temacie, że szczepienia pozwalają każdej osobie, która je przyjmuje, szybciej wrócić do normalnego życia. Znacznie zmniejsza się ryzyko zachorowania, co jest ważnym aspektem. Poza tym, jeżeli chcemy wrócić do dawnego życia - funkcjonować bez maseczek, spędzać czas razem w restauracjach czy u sąsiadów, nie bojąc się zakażenia i przykrych konsekwencji, lepiej, byśmy się wszyscy zaszczepili i czuli większy spokój. Wszyscy to docenimy.

Rozmawiała Justyna Krupa, Interia

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje