Reklama

Reklama

Tokio 2020. Fabian Drzyzga: Czekaliśmy aż Słoweńcy się wystrzelają

Polscy siatkarze pokonali w Gdańsku Słowenię 3:1 i zakwalifikowali się do igrzysk w Tokio. Rozgrywający Fabian Drzyzga zaznaczył, że on i reszta drużyny czekali aż Słoweńcy "wystrzelają się" na zagrywce.

Agnieszka Niedziałek: Kamień spadł panu z serca, gdy Wilfredo Leon wszedł na zagrywkę w końcówce drugiego seta i posłał dwa asy?

Fabian Drzyzga: Na pewno tak, ale i cały mecz nam się wówczas już dobrze układał pod względem siatkarskim. Słoweńcy bardzo ryzykowali na zagrywce i początkowo wszystko im wychodziło. Po prostu czekaliśmy aż się trochę "wystrzelają" i trochę im tego szczęścia ucieknie. Tak się stało, ale i my sami się trochę do tego przyczyniliśmy. M.in. Leon, który tymi dwoma asami na pewno dał drużynie oddech.

Reklama

Przebieg pierwszej partii to była wyłącznie kwestia tego wystrzelania się rywali czy jednak też pana i kolegów sparaliżowało nieco wyczuwalne oczekiwanie, że trzeba już tę pierwszą odsłonę wygrać, by zapewnić sobie awans na igrzyska?

- Może trochę tak. Ale myślę, że przede wszystkim była to jednak kwestia zagrywki rywali, która im wchodziła. Mieliśmy problemy z przyjęciem i w ataku. Nasze serwisy z kolei nie robiły przeciwnikom zbyt dużej szkody. Oni natomiast kończyli każdy atak. Takie sety po prostu się zdarzają i to jest normalne w siatkówce. My tak wczoraj zagraliśmy z Francją. Która drużyna umie utrzymać taki poziom, to wygrywa mecze w czołówce. Słoweńcy tego nie potrafili i my to wykorzystaliśmy.

Nie było obaw, że po tym pierwszym secie rywale złapią wiatr w żagle i ciężko będzie ich zatrzymać?

- To niebezpieczna drużyna. Ma w składzie doświadczonych zawodników, którzy grają w dobrych klubach. Pokazali już w przeszłości, że czasem są od nas nawet lepsi. W dzisiejszym meczu czekaliśmy na swoją szansę. Mieliśmy problemy i nasza gra na pewno nie była wybitna, ale to było spowodowane tym, że Słoweńcy grali naprawdę dobrą siatkówkę. Łatwo powiedzieć, że przytrafił się nam paraliż i ciśnienie związane z koniecznością wygrania tego jednego seta, ale ta drużyna już nieraz musiała wygrać tę jedną partię. Raz się udało, a kiedy indziej nie. Ten zespół już nieraz był w takiej sytuacji.

Vital Heynen przyzwyczaił już chyba do tego, że po zrealizowaniu celu wybiega myślami już w kierunku kolejnego. Teraz też tak było?

- Trener pogratulował nam jak po każdym meczu. Po jego zakończeniu mieliśmy spotkanie w szatni i to też jest stały zwyczaj. Nie zmienił więc nic ze swoich rytuałów. Wszystko zostaje tak jak jest w tej grupie. Wiadomo, że każdy z nas powoli domyślał się, iż dziś wywalczymy awans, bo najważniejszy mecz był w sobotę (biało-czerwoni wygrali z Francuzami 3:0 - PAP).

Teraz czas na dwutygodniowe wakacje, po których rozpocznie się zgrupowanie przed mistrzostwami Europy. Po intensywnych przygotowaniach do walki o bilet do Tokio czekał pan z utęsknieniem na odpoczynek?

- Może nie jakoś bardzo z utęsknieniem, ale cieszę się, że spędzę ten czas z rodziną. Na pewno trzeba trochę odpocząć psychicznie, bo okres czekania na ten turniej kwalifikacyjny był bardzo męczący szczególnie pod względem mentalnym.

Rozmawiała: Agnieszka Niedziałek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje