Reklama

Reklama

Ryszard Bosek: Wiele oddałem siatkówce, ale ona mi się odpłaciła

Kończący w niedzielę 70 lat Ryszard Bosek w młodości był dobrze zapowiadającym się lekkoatletą, ale postawił na siatkówkę. "Wiele jej oddałem, ale odpłaciła mi się" - powiedział złoty medalista mistrzostw świata z 1974 i igrzysk olimpijskich z 1976 roku.

Określany najlepszym przyjmującym na świecie tamtych czasów Bosek przyznał, że zazwyczaj celebruje urodziny wraz z rodziną i przyjaciółmi.

Reklama

"Tym razem - z uwagi na pandemię - nie będzie to możliwe. Jeszcze jako siatkarz, a potem trener, ciągle byłem w rozjazdach, ale urodziny - o ile było to możliwe - zawsze starałem się spędzać w domu z bliskimi" - podkreślił.

Na pytanie o wyjątkowy prezent z tej okazji, odparł, że otrzymał wiele miłych podarunków, ale jakiegoś szczególnego nie potrafi sobie przypomnieć. Po chwili namysłu jednak dodał:

"Choć można powiedzieć, że dostałem jeden wyjątkowy - nieco spóźniony jak na urodzinowy, ale za to na całe życie. Na początku maja przyszła na świat moja druga córka" - zaznaczył.

Koledzy z reprezentacji z czasów trenera Huberta Jerzego Wagnera określali go jako impulsywnego, porywczego, czasami brutalnego.

"Nie pamiętam, bym kogoś pobił, więc jeśli brutalny, to tylko słownie. To prawda, byłem wybuchowy, ale to było raczej takie przekomarzanie się. Z kolegami z zespołu, nigdy z przeciwnikami. Oni wiedzieli, że moja agresja jest po to, by wyzwolić w nich dodatkowe emocje. Znali mnie i akceptowali to. Mówili nieraz między sobą +zostaw Ryśka, wyszumi się i mu przejdzie+" - wspominał popularny "Bubu".

Był też chwalony przez dawnych kolegów z boiska za ogromną pracowitość. Jak przyznał, trenowanie po prostu sprawiało mu przyjemność.

"To, czym się mogłem pochwalić, to warunki motoryczne. Cała reszta to efekt ciężkiej pracy na treningach i ćwiczeń indywidualnych. Nie byłem ani skoczny, ani nie miałem specjalnie warunków fizycznych, więc nadrabiałem techniką. Nigdy nie byłem zadowolony z siebie, zawsze szukałem czegoś, co mogę poprawić. Trenowałem dużo i bardzo to lubiłem. To nie był dla mnie przykry obowiązek. Można nawet powiedzieć, że bardziej lubiłem trenować niż grać, bo podczas meczów dochodziła odpowiedzialność. Ona dawała się we znaki zwłaszcza pod koniec kariery. Bo niby wielki mistrz, a słabiej gra. A przecież każdemu zdarzały się gorsze momenty" - tłumaczył.

Nadmienił, że najcenniejszy dla każdego sportowca jest triumf w igrzyskach, ale zwycięstwo w MŚ ma dla niego także wyjątkową wartość.

"To było inne, bo niespodziewane. Nikt na nas wtedy nie stawiał. Podczas igrzysk byliśmy już faworytami, czuć było odpowiedzialność, która nam ciążyła. Nie pamiętałem praktycznie nic z tego turnieju, tak byłem skoncentrowany. Dopiero po finale zeszło ze mnie powietrze" - relacjonował.

Z Płomieniem Milowice z kolei w 1978 roku wygrał prestiżowy Puchar Europy Mistrzów Krajowych, rozgrywki których odpowiednikiem jest obecnie Liga Mistrzów.

"Pamiętam jak się do mnie zgłosił dyrektor kopalni z ofertą gry w tym klubie, a ja nie wiedziałem wtedy nawet, gdzie jest Sosnowiec. A potem takich rzeczy tam dokonaliśmy..." - zaznaczył ze śmiechem Bosek.

Do kolekcji złotych medali zabrakło mu tego z mistrzostw Europy - trzykrotnie wywalczył srebro (1975, 1977, 1979).

"Ale ogółem jestem usatysfakcjonowany" - ocenił 359-krotny reprezentant kraju.

Urodził się w Kamiennej Górze, ale początek przygody z siatkówką to okres, gdy mieszkał w Radzyminie.

"Tam liczyły się tylko piłka ręczna i piłka nożna. Wujek któregoś dnia opowiedział mi o technikum, w którym grano w siatkówkę. Nie wiedziałem wtedy, co to za sport, bo nie był wówczas znany, nie było relacji w telewizji. Mimo że nie wypadłem zbyt dobrze na testach, to mój pierwszy trener Stanisław Piotrowski zaufał mi. Odwdzięczyłem mu się, bo pół roku później dostałem powołanie na obóz dla obiecujących zawodników" - opowiadał.

Początkowo siatkówka nie była dla niego oczywistym wyborem, bo w Polonii Warszawa trenował rzut oszczepem i dyskiem.

"Byłem dobrze zapowiadającym się lekkoatletą, a obie konkurencje trenowałem przez co najmniej dwa lata. Uznałem, że lepiej czuję się jednak w sporcie zespołowym, w grupie. Poza tym przyszło powołanie do kadry juniorów i sprawa sama się właściwie wyjaśniła. Nie żałuję oczywiście. Wiele oddałem siatkówce, ale ona mi się odpłaciła" - zaznaczył.

Jego zdaniem treningi lekkoatletyczne raczej nie przydały mu się w karierze siatkarskiej z uwagi na to, że duży nacisk kładziono w nich na siłę.

"Zjadałem pięć drugich dań na obiad, były ćwiczenia z ciężarami. Ale pozostanie mi wspomnienie, że brałem udział w jednych zawodach z Januszem Sidłą, który był wtedy wielką gwiazdą, ówczesnym odpowiednikiem Usaina Bolta. Przyjechał mercedesem, rzucił raz i pojechał. Jako jedyny wtedy miał dwa oszczepy" - wspominał.

Po zakończeniu kariery został trenerem m.in. klubu z Padwy, Płomienia Milowice, AZS Częstochowa. W latach 2000-01 prowadził zaś reprezentację Polski.

"Inaczej bym wiele rzeczy zrobił, gdybym miał obecne doświadczenie. Nie chodzi tyle o same ćwiczenia, co o wiedzę na temat tworzenia grupy. Ale nie da się wcisnąć przycisku +replay+. Ogółem jestem zadowolony, choć nie zawsze było mi dane dokończyć pracę. Robiłem zawsze to, co myślałem, nie włączałem się w żadne polityczne gry. Byłem wzburzony sposobem, w jaki zwolniono mnie z pracy z kadrą. Uznawałem, że uścisk dłoni jest równoznaczny z podpisaniem umowy, a tak nie było. Odbiegało to o 300 procent od normy i było wbrew wszelkim zasadom. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Ci, którzy mają wiedzieć, to wiedzą, że o nich chodzi" - uciął.

Na pytanie, jakim był szkoleniowcem odpowiedział, że łagodnym, ale wymagającym. "Stawiałem na demokrację, a nie metodę kija i marchewki. Być może myślałem za bardzo do przodu, bo dziś właśnie w ten sposób głównie się pracuje" - ocenił.

W swoim życiorysie ma także etap pracy jako menedżer. Zaznaczył, że był to pomysł jego wspólnika. Sam był odpowiedzialny za wyszukiwanie młodych talentów i pomoc im w rozwoju.

"To była pierwsza firma w kraju, która zabezpieczała warunki finansowe zawodnikom. Bo bywało nieraz tak, że kluby oferowały kosmiczne kontrakty, a w połowie sezonu przestawały płacić. Zawodnik nie miał wówczas i tak co zrobić, więc grał dalej bez pieniędzy. Był taki czas, że mieliśmy pod swoimi skrzydłami prawie wszystkich ówczesnych reprezentantów kraju, np. Michała Winiarskiego czy Krzysztofa Ignaczaka" - wyliczył.

Przez pewien czas działał też w AZS Częstochowa - najpierw w roli dyrektora sportowego, a następnie prezesa. Bosek nie wspomina dobrze tej drugiej roli.

"To był trudny moment dla klubu. Włożyłem wiele zdrowia, by zagwarantować jakąś stabilność finansową, choć to nie było moim zadaniem. Na koniec okazało się, że to ja chyba byłem głównym powodem, dla którego niektórzy nie chcieli się przyłączyć do klubu. Nikt nie miał odwagi mi powiedzieć +odejdź, to my to załatwimy+. Gdybym to zrozumiał wcześniej i się wycofał, to może klub wciąż by istniał, ale tego nie jestem pewny" - podkreślił były siatkarz, który podał się do dymisji w 2017 roku.

W przeszłości komentował również mecze w telewizji. Zapewnił, że stosował tylko konstruktywną krytykę względem zawodników.

W ostatnich latach przeszedł kilka pojedynków w walce o zdrowie. Dwukrotnie wykryto u niego nowotwór, miał też wszczepiane bajpasy.

"Wiadomość o pierwszym raku była mocnym uderzeniem. Ze względu na kłopoty z krążeniem taty spodziewałem się takich problemów, ale na nowotwór nie byłem przygotowany. Walka była mocna. Pomógł mi twardy charakter, ukształtowany przez sport. Wierzyłem cały czas w zwycięstwo, ale też miałem świadomość, że to nie są żarty. Po przegranym meczu w sporcie idzie się do szatni, bierze prysznic i potem gra się następne spotkanie. W tym przypadku nie dostaje się drugiej szansy..." - zaznaczył.

Zapytany o marzenia stwierdził, że swoje już przeżył. "Chciałbym tylko, żeby choroby się ode mnie odczepiły" - skwitował i przyznał, że trudne przeżycia nauczyły go cieszyć się tym, co ma. Zastrzegł, że jest usatysfakcjonowany, ale jeszcze nie jest spełniony, bo wciąż ma wiele zajęć.

"I dopóki nie umrę, to będę działał. Popularyzuję siatkówkę wśród młodzieży, normalnie też chodzę na siłownię. Teraz przez pandemię się nie da, ale mam w domu rower stacjonarny, robię też trzy, cztery razy w tygodniu trening siłowy. Spaceruję po ogródku, bo do lasu nie można iść, dbam o kondycję. Czytam, uczę się języków obcych. Jestem też ogrodnikiem. Mam tu kupę kamieni, z którą walczę od kilku dni. Normalnie bym się poddał, ale jako wielkiemu sportowcowi nie wypada mi" - zakończył z uśmiechem.

Agnieszka Niedziałek

an/ pp/

Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Bosek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje