Poruszenie po decyzji polskiego siatkarza. "Trudno było sobie wyobrazić"
Marcin Janusz poinformował, że z powodów zdrowotnych nie będzie więcej występować w reprezentacji Polski. Decyzja siatkarza wywołała poruszenie, co przyznaje Ireneusz Mazur. "Trudno mi było sobie wyobrazić, żeby takiego typu gracz, jeszcze w sile wieku, zrezygnował" - podkreśla w rozmowie z Interia Sport. Były selekcjoner kadry, a dziś ekspert Polsatu Sport, podkreśla wielką klasę 31-letniego zawodnika. Kreśli też scenariusze dla trenera Nikoli Grbicia na obsadę pozycji na rozegraniu zwolnionej przez Janusza.

Damian Gołąb, Interia Sport: Dziś oficjalnie światło dzienne ujrzała decyzja Marcina Janusza, który kończy karierę reprezentacyjną z powodu problemów ze zdrowiem. Jak wielka to będzie strata dla reprezentacji i polskiej siatkówki?
Ireneusz Mazur, były selekcjoner reprezentacji Polski, ekspert Polsatu Sport: Marcin Janusz już od pewnego czasu sygnalizował, że może przestać funkcjonować w reprezentacji Polski. W ostatnich imprezach z udziałem polskiej kadry już go nie było. Ale jeszcze była nadzieja, że w którymś momencie wróci. Liczyło na to wielu kibiców i ekspertów. Trudno mi było sobie wyobrazić, żeby takiego typu gracz, jeszcze w sile wieku, zrezygnował.
Wcześniej słyszeliśmy o sprawach z kręgosłupem. Widocznie zdecydował, że funkcjonowanie w klubie to maksimum jego możliwości pod kątem zdrowotnym, pozwalające na utrzymanie formy sportowej. To duża szkoda dla siatkówki reprezentacyjnej. Ale, jak mówi klasyk, "szło przywyknąć", że Marcina nie ma. Jest Marcin Komenda, jest Jan Firlej, są w tle zawodnicy, którzy być może w niedalekiej przyszłości będą aspirować do reprezentacji. Ale na dziś gra kadry będzie się opierać na tych dwóch siatkarzach.
Marcin Janusz mówi "pas". Ireneusz Mazur: To człowiek-instytucja
Z czego pan najbardziej zapamięta ten reprezentacyjny rozdział Marcina Janusza? Jaki styl wprowadził do reprezentacji, gdy został w niej podstawowym rozgrywającym u Grbicia?
- Znam jego siatkarskie korzenie w Nowym Sączu - od trenerów, którzy go szkolili. W związku z tym mam ogólną ocenę tego zawodnika. Bardzo wysoko oceniam poziom jego gry, inteligencji, filozofii rozegrania. To gracz o ogromnym spokoju. Jeśli chodzi o chłodną głowę i kulturę gry, bardzo przypomina Pawła Zagumnego i Nikolę Grbicia. Cały czas spokojna twarz, która nie pokazuje nadmiernych emocji. Skoncentrowany na tym, co dzieje się na boisku. Człowiek-instytucja.
Wiemy, że jest uzdolniony muzycznie. To więc człowiek wielu łask, nie chodzi tylko o sport. Od strony siatkarskiej, techniczno-taktycznej, jest bardzo wszechstronny. Nie ma słabego elementu, nie traci głowy.
Zawsze był graczem, któremu trzeba wyłącznie dać spokój, nie ingerować w jego zakres kompetencji. To było imponujące. Nigdy nie było z nim problemów, zawsze potrafił merytorycznie rozmawiać o siatkówce. I bardzo ciekawie się go słuchało.
Ale historia Marcina Janusza pokazuje też chyba, jakich wyrzeczeń od zawodników wymaga współczesna siatkówka na najwyższym poziomie? Najpierw problemy z plecami, teraz kolejne, z wątrobą. W pewien sposób może też spowodowane środkami przeciwbólowymi, o czym sam zawodnik wspomniał.
- To nieodzowny krajobraz dla sportowców, którzy grają na krańcowych obciążeniach. Często dochodzą do pułapu, na którym konieczne jest takie wspomaganie. I nie da się funkcjonować bez pomocy lekarzy, ludzi odpowiedzialnych za suplementację. To ogromne wyrzeczenia. Obciążenia są tak duże, że nie wystarczy sam naturalny wypoczynek i trzeba reagować na wielu polach. I to też, jak się okazuje, czasami nie wystarcza. A kiedy tak się dzieje, często i głowa zawodnika nie funkcjonuje należycie. To duży i odwieczny problem. Ostateczny wynik ma swoje koszty.

Marcin Komenda zdecydowanym numerem jeden w kadrze Grbicia? "Musi zarządzać kryzysem"
Jak pan wspomniał, już w poprzednim sezonie kadra radziła sobie bez Janusza. Zastąpił go Marcin Komenda, który wygrał rywalizację z Janem Firlejem. Komenda będzie teraz bezapelacyjnym numerem jeden w reprezentacji?
- Już kiedyś powiedziałem, że ten będzie pierwszym rozgrywającym, kto najwyżej skończy sezon. I poprzedni okres wygrał Komenda. W Bogdance LUK Lublin miał przede wszystkim Wilfredo Leona, kluczowego zawodnika naszej reprezentacji. I za nim układała się cała gra. To normalne, układanie gry segmentami - Grbić szedł tą drogą. Czy będzie tak permanentnie? Nie, choć Komenda zdobył wiele w siatkówce reprezentacyjnej i klubowej. Nie zawiódł, więc dla Grbicia prawdopodobnie będzie numerem jeden. Nie ma jednak nic lepszego niż rywalizacja. Janek Firlej jest w PGE Projekcie Warszawa, drużynie z aspiracjami, która również może wprowadzić do kadry paru graczy. Rywalizacja rozpoczyna się już w siatkówce klubowej, warto więc te rozgrywki obserwować i oceniać, jak prezentują się rozgrywający.
Jak pan ocenia zatem grę Marcina Komendy w tym sezonie? Na początku rozgrywek mówiło się o tym, że w klubie ma większą swobodę niż w kadrze u trenera Grbicia. Dobrze tę swobodę wykorzystuje?
- To wyszukiwanie rzeczy, które może minimalnie mają miejsce w rzeczywistości, a może nie. Nie da się prowadzić rozgrywającego w reprezentacji na sznurku, a w klubie pozwalać mu prowadzić się samodzielnie. To jest tak: albo jest się dobrym siatkarzem i umie się dostosować swoje umiejętności do całości, albo tego nie potrafi. Komenda ma to w sobie, wygrał mistrzostwo Polski i medale z reprezentacją. Udowodnił, że jest graczem, który daje gwarancję gry na wysokim poziomie. Natomiast jak każdy ma gorsze i lepsze strony.
Z pewnością w tym sezonie w Bogdance LUK Lublin jest więcej problemów niż w poprzednim. W związku z tym może być tak, że nie zagra o złoto. Nie mówię, że tak będzie, ale Leon ma kontuzję dłoni. Nie ma pewności, że wracający do gry atakujący - Mateusz Malinowski bądź Kewin Sasak - będą w dobrej dyspozycji. Nie jest jednak przesądzone, że Lublin sobie z tymi problemami nie poradzi. Na razie Warszawa jest górą, ale nic nie jest jeszcze przesądzone.
W takim razie może Komenda nabył w tym sezonie trochę umiejętności zarządzania kryzysem? Przez dużą część PlusLigi musiał radzić sobie w systemie gry z trzema przyjmującymi, co stawia pewnie inne wymagania rozgrywającemu - gdy nie ma w ataku zdecydowanej "jedynki". Nawet pamiętając o sile ofensywnej Leona.
- Ale Leon też miał swoje problemy. Tak, dobrze pan to nazwał: umiejętność gry w kryzysie, w sytuacjach niekonwencjonalnych, niekomfortowych. Gra bez klasycznego atakującego, z Hilirem Henno, młodym i świetnym fizycznie graczem, ale strasznie rozkołysanym. Nie potrafi grać regularnie, pojawiają się błędy w końcówkach setów. W związku z tym rozgrywający rzeczywiście musi zarządzać kryzysem, którym są kłopoty zdrowotne czy młody gracz w składzie - tych rzeczy jest wiele. I to troszeczkę rzutuje na grę rozgrywającego. Nie zawsze będzie on miał na to cudowny eliksir. Jeśli wystawi piłkę na czystą siatkę, a Henno strzeli w aut lub w broniącego rywala, nie możemy obwiniać rozgrywającego.
Widać jednak, że Komenda nie pęka. Ale też można zauważyć, szczególnie w trudnych sytuacjach, jego słabsze zagrania. To już jednak sprawa trenera, całej drużyny i samego siatkarza, by takie rzeczy wychwytywać i szybko eliminować.
To może być wielki powrót do reprezentacji Polski. "Jest eliksirem na wszystkie choroby"
Czekamy jeszcze na powołania od trenera Grbicia. Wskazał pan dwóch rozgrywających, którzy byli w ścisłym składzie kadry w poprzednim sezonie. A co z Grzegorzem Łomaczem? Dał się poznać jako wręcz idealna "dwójka" na rozegraniu u trenera Grbicia. Poprzedniego lata odpoczywał od kadry, dobiega powoli 40-tki, ale nie ogłosił rezygnacji z występów w reprezentacji.
- Grzegorz Łomacz jest eliksirem na wszystkie choroby. Jest w doskonałej dyspozycji psycho-fizycznej. A to, jak wykreował w swoim klubie, zwłaszcza w pierwszej rundzie, grę przez środek z Bartłomiejem Lemańskim, to jakaś "petarda", niebywała sytuacja. Lemański nie grał tak dobrze i błyskotliwie, jak pod okiem Łomacza, od ładnych paru lat. A może w ogóle nigdy.
To mało sportowe określenie, ale Grzegorz zawsze jest "na zapukanie": pukam i drzwi otwiera Grzegorz Łomacz. A potem mówi: jestem, wygrywamy.
A co za plecami tej trójki? W poprzednim sezonie w kadrze byli Łukasz Kozub i Kajetan Kubicki, ale w PlusLidze obaj są rezerwowymi. Pierwszy trochę bardziej doświadczony, drugi wciąż to doświadczenie zbiera, ale jednak głównie z pozycji rezerwowego.
- W siatkówce poziom jest tak wysoki, że nie jest tak, że ci zawodnicy nie grają dlatego, że są słabi. Po prostu ktoś kontraktując zawodników z najwyższej półki, wydając ogromną kasę, chce mieć gracza z nazwiskiem, gwarantującego w razie potrzeby odpowiedni poziom sportowy. Gdybyśmy byli w wyjątkowej sytuacji i postawili w kadrze na gracza takiego jak Kozub, nie byłoby błędu ani problemu. To kwestia podjęcia decyzji. Może poprzez reprezentację taki zawodnik wróciłby na areny ligowe w innej sytuacji. W takim układzie prezesi mają większe wsparcie mentalne: skoro gra w reprezentacji, dlaczego nie stawiać na niego w klubie?
Mamy mocną ligę, w której zawodnicy grają pod presją, a wymagania są może czasami wyższe niż w reprezentacji. Nawet jeśli rozgrywający jest w danym momencie rezerwowym, a selekcjoner po niego sięgnie, nie popełni się błędu. Każdy trener reprezentacji wie, że rozgrywającego prowadzi się długofalowo, a nie tylko przez jeden sezon. Jeśli widzę, że w tym zawodniku coś drzemie, to go lansuję. Grbić powinien mieć i pewnie ma taką intuicję, sam był przecież jednym z najlepszych rozgrywających na świecie. Takie powołanie to nie błąd, a stawianie na zawodnika, który w przeciągu sezonu może stać się numerem jeden.
Rozmawiał Damian Gołąb













