"Nie mogłem się pokazać ludziom na oczy". Sawicki mówi całą prawdę o zawieszeniu za doping
- Przynosimy im dowód w postaci badania włosa z ostatnich 6 miesięcy mojego życia, czyli twardy dowód, którym nie mogłem manipulować, a oni twierdzą, że to nie jest wystarczający dowód. Ta sprawa pewnie nigdy się tak naprawdę dla mnie nie skończy - mówi nam Mikołaj Sawicki, siatkarz reprezentacji Polski, który wrócił do grania i do kadry po 8 miesiącach zawieszenia za doping, którego nie było. POLADA przeprosiła Sawickiego za błąd laboratorium, ale to nie koniec.

Dariusz Ostafiński, Interia: Wrócił pan do sportu po ośmiu miesiącach zawieszenia za rzekomy doping i Nikola Grbić powołał pana do kadry.
Mikołaj Sawicki, siatkarz Bogdanki LUK Lublin, reprezentant Polski: Fajna rzecz i jestem trenerowi bardzo wdzięczny za to, że dał mi zaufanie i przestrzeń do tego, żeby wrócić do formy.
Rozmawiał pan z trenerem?
- Chwilkę. To była szybka rozmowa.
Sawicki: "Chciałbym wiedzieć, ile przez to straciłem"
Rok temu pewnie doszło do podobnej, ale wtedy nie zdążył pan zadebiutować z powodu zawieszenia.
- Chciałbym wiedzieć, ile przez to straciłem. Dużo bym oddał, żeby tę wiedzę zyskać. Sporo przeszło mi koło nosa. Niestety nigdy się nie dowiem, jakim byłbym teraz zawodnikiem, gdyby nie to niesłuszne oskarżenie.
A teraz, w jakim jest pan miejscu?
- To nie jest moja forma sprzed roku, ale czuję się dobrze. O ile można czuć się dobrze po tym wszystkim, co mnie spotkało.
Jak pytamy w klubie, czy rozmawiamy z ekspertami, to przekonują, że będzie dobrze, jak pan wróci do tego, co było na start sezonu 2026/27.
- Tego nie wiem. Myślę jednak i mam nadzieję, że uda się szybciej. Zobaczymy. Jak zdrowie dopisze, powinno się udać.
Od prawie dwóch miesięcy jest pan z drużyną, widać pana na parkiecie.
- Wychodziłem jednak tylko na zagrywkę. A po miesiącu samego zagrywania piłki nadwyrężyłem bark. Jednak to nie jest żaden problem przy tym, co mnie spotkało.
To prawda.
- Najbardziej chyba bolało to, że zostałem tak brutalnie z tego wszystkiego wyrwany. Przez te osiem miesięcy nie mogłem nawet trenować z zespołem. Przepisy są tak brutalne, że w trakcie zawieszenia nie mógłby być nawet księgowym w klubie, choć z graniem ta praca nie ma niczego wspólnego.
Sawicki mówi wprost: Tej sprawy nie da się załatwić jednym "przepraszam"
Czytałem przeprosiny dyrektora POLADA Michała Rynkowskiego skierowane bezpośrednio do pana. Domyślam się jednak, że dziś żadne słowa nie ukoją pańskiego bólu.
- Nie da się mojej sprawy załatwić jednym "przepraszam". W sumie to mogą "przepraszać", ale byłoby lepiej, jakby ktoś bardziej się przyjrzał temu, jak działa ten nasz cały antydoping. To nie jest tak, jak to opisują w internecie przedstawiciele POLADY.
A jak?
- Nie chciałbym teraz za wiele powiedzieć, bo jeszcze przymierzamy się z prawnikiem do jednej sprawy. Gdybym jednak miał użyć jednego stwierdzenia co do schematu działania, to działa na zasadzie: "Udowodnij, że nie jesteś jeleniem". Przynosimy im dowód w postaci badania włosa z ostatnich 6 miesięcy mojego życia, czyli twardy dowód, którym nie mogłem manipulować, a oni twierdzą, że to nie jest wystarczający dowód. Ta sprawa pewnie nigdy się tak naprawdę dla mnie nie skończy.
Co pan ma na myśli?
- Niestety, ale łatka dopingowicza będzie już ze mną na zawsze. Trzeba być nienormalnym, żeby po tych wszystkich ostatnich oświadczeniach nadal tak o mnie mówić, ale to się dzieje.
Błąd był po stronie laboratorium, a pan za to płaci.
- Od dawna. Musiałem korzystać z usług specjalistów i z farmakologii. Te dziewięć miesięcy, to był trudny dla mnie czas. Często byłem w takim stanie, że nie mogłem się pokazać ludziom na oczy.
Koszmar Sawickiego. Były dni, kiedy nie chciało mu się wstawać z łóżka
Rozmawiałam z prezesem pańskiego klubu. Mówił, że ciężko było panu rano wstać z łóżka i normalnie funkcjonować.
- Były takie dni, że do sklepu musiałem iść w okularach i kapturze założonym na głowę, choć było ciemno.
Koszmar.
- Największy koszmar. Ja jeszcze do tego wracam i nie pozbędę się tego przez długi czas. Mam chyba coś w rodzaju stresu pourazowego. Mam też swoje schizy na temat leków i suplementów.
To znaczy.
- Bo teraz najgorszą rzeczą, jaka mogłaby mi się przytrafić, byłby właśnie jakiś zanieczyszczony produkt. Już bym się z tego nie wybronił w oczach opinii publicznej. Dlatego przestałem się suplementować i brać leki. Nawet butelkę z wodą trzymam z dala od innych.
Dlatego Sawicki boi się kolejnego badania
Rozumiem, że pojawia się strach o to, że ktoś może coś dodać, podrzucić?
- Takie myśli były od początku, kiedy to wszystko się zaczęło. Przecież wiedziałem, że nie brałem dopingu, więc pojawiały się myśli, że może ktoś coś zrobił specjalnie. Wciąż siedzi mi to w głowie.
Widzę.
- I pewnie łatwo się tego nie pozbędę. A nawet jeśli na chwilę uda się zapomnieć, to wszystko wróci przy pierwszym badaniu antydopingowym. Nie wiem, kiedy to będzie, ale w związku z tym wszystkim, co się wydarzyło, mam ogromne obawy. Skoro laboratorium już raz popełniło błąd, to czemu nie miałoby się to stać ponownie.
Będzie pan walczył o odszkodowanie?
- Tak, choć jeszcze nie znam szczegółów w stu procentach, jeszcze rozmawiam o tym z prawnikiem. Jednak nawet jak pójdę z wnioskiem o odszkodowanie i wygram, to będzie to marne pocieszenie. Tej sprawy w ogóle nie powinno być. Dla mnie od początku było jasne, że doszło do jakiejś pomyłki. Mówiłem, że na to sto procent niczego nie wziąłem, ale po tej drugiej stronie nikt nie słuchał. Jak sobie o tym myślę, to prawo antydopingowe jest skomplikowane i brutalne. To nie jest równa walka. Do tego stopnia, że to oni decydują, czy w ogóle wezmą twój dowód pod uwagę, choć czarno na białym widać, co mogło się wydarzyć i że przyjęcie tego konkretnego dowodu ma sens.
Może pan powiedzieć coś więcej?
- Takie grubsze sprawy będę opowiadał, ale to jeszcze nie teraz. Powiem tylko, że ta sprawa powinna być dla wszystkich przestrogą. Nie może być tak, że jakaś instytucja jest ponad prawem, że niewinnego człowieka skazuje na cierpienie.
Tak sprowadzali Sawickiego na ziemię
Oficjalne przeprosiny w mediach były. A czy ktoś z POLADA zadzwonił do pana, żeby zrobić to osobiście?
- A kto weźmie za to odpowiedzialność? Ja nawet nie wiem, kto i na jakim etapie dopuścił się błędu, ani jak do tego doszło. Odpowiadając wprost: nikt nie dzwonił.
Choć, jak wspomniał pan wcześniej, to niewiele by zmieniło.
- Pewnie nie, bo tego, co się stało, już nie można odwrócić. Tak sobie teraz liczę, że cztery trofea mi uciekły, a nie wspomnę o tych wszystkich złych chwilach. Nie powiem, że nie było w trakcie tych dziewięciu miesięcy rzeczy dobrych. Kiedy widziałem nadzieję na przełom w sprawie, to potrafiłem się zmobilizować. Potem jednak przychodziła rozprawa i byłem szybko i brutalnie sprowadzany na ziemię. I wtedy znów wszystkiego mi się odechciewało.
Na osłodę zostały panu finały.
- Jak powiedziałem: bark mam nadwyrężony, ale nie macham za dużo ręką, więc powinno być ok. A czy w meczach z Wartą wyjdę tylko na zagrywkę, czy zagram coś więcej, to już nie ode mnie zależy. Ja jestem zmotywowany, żeby było coś więcej.
A potem?
- Cóż, trzeba będzie żyć z tym, co mnie spotkało. Niektórzy ludzie już zawsze będą gadali o mnie źle, ale muszę przestać się tym przejmować, bo chyba bym zwariował. Plan jest taki, żeby pomóc drużynie, a potem spróbować nadgonić stracony czas i powalczyć o coś więcej w kadrze. Nie wiem, jaką rolę przewidział dla mnie trener Grbić. Ja tylko mam nadzieję, że wrócę szybko do formy i być może zagram w Lidze Narodów. Na pewno dam z siebie wszystko.












