Reklama

Reklama

Michał Kubiak: Każde spotkanie miało swoje znaczenie

To już miesiąc od kiedy polscy siatkarze obronili tytuł mistrzów świata. W czempionacie nie brakowało emocji i spektakularnych powrotów, a biało-czerwoni po raz kolejny udowodnili, że walczą do samego końca. - Gdyby nie mecz z Argentyną nie było tego sukcesu - przyznał Michał Kubiak, kapitan reprezentacji Polski.


Jest pan sentymentalny? Zdarza się panu wracać jeszcze wspomnieniami do finału mistrzostw świata w Turynie?
- Nie, do tego meczu już nie wracam. Bardzo cieszę się, że wygraliśmy, że obroniliśmy mistrzostwo, ale to już jest zamknięty rozdział. Życie biegnie dalej, pojawiają się nowe cele i nowe wyzwania i to na nich teraz trzeba się skupić.

Przed czempionatem odważnie deklarował pan, że miejsca 4-6 nie są sukcesem i celujecie w podium. Rzeczywiście już wtedy czuliście się tak silni czy była to raczej forma motywacji?
- Na każdy turniej jadę po to żeby wygrać i jeśli mówię takie rzeczy, to nie po to, żeby wzbudzić sensację, tylko faktycznie tak myślę. Nigdy na starcie nie zakładam przegranej i zawsze mierzę w najwyższy stopień podium. Jestem bardzo zadowolony, że w Turynie te założenia udało się zrealizować i sięgnąć po złoty medal.

Mnóstwo mówiło się o pana chorobie podczas czempionatu. W mediach pojawiały się informacje, że mało brakowało a wróciłby pan do Polski. Wtedy zadziałała zasada: "Nie wymiękaj"?
- Na pewno z jednej strony to właśnie ta reguła powstrzymywała mnie przed powrotem. Trzeba jednak głośno powiedzieć o tym, że nie byłaby ona możliwa do wcielenia w życie gdyby nie pomoc sztabu medycznego. Jestem pewny, że gdyby nie wsparcie lekarzy to raczej wróciłbym do kraju i z Polski oglądał dalsze zmagania chłopaków. Sztab medyczny dostarczył mi odpowiednie antybiotyki i zajął się mną tak, że szybko udało mi się stanąć na nogi. To dzięki niemu dograłem turniej do końca, z czego naprawdę ogromnie się cieszę.

Jest pan znany z walecznego charakteru i gry do samego końca. Co czuje zawodnik, który patrzy na mecz z Argentyną i wie, że powinien być na boisku a zwyczajnie, po ludzku nie może?
- Cóż, wiedziałem, że na to co dzieje się na meczu nie mam żadnego wpływu, dlatego nie było sensu się jakoś denerwować czy unosić, chociaż emocje były ogromne. Ten tie-break, który mimo prowadzenia 14:11 zakończyliśmy przegraną, na pewno gdzieś "mierził", ale moim zdaniem dobrze, że tak się to wszystko ułożyło. Myślę, że bez tej porażki z Argentyną nie byłoby tego sukcesu, bo każda przegrana na turnieju takiej rangi jest dodatkową motywacją i mobilizacją do jeszcze większej walki i jedności drużyny.

To w takim razie mecz z Argentyną był punktem zwrotnym w waszej grze na mistrzostwach?
- Nie sądzę, bo tych przełomowych momentów było kilka. W całym czempionacie graliśmy wiele ważnych spotkań, począwszy od starć grupowych z Iranem i Bułgarią. Przy takim układzie, to gdyby nie dobre mecze w pierwszej rundzie porażka z Argentyną wyeliminowałaby nas z turnieju. Myślę, że wszystkie spotkania które graliśmy po drodze do finału miały swoją kluczową rolę i ważne było to, że potrafiliśmy każde z nich udźwignąć.

Po meczu z Serbią pojawiło się sporo niesłusznych komentarzy, że wasi rywale się "podłożyli", bo grali klasyczny mecz "o pietruszkę". Czy te opinie do was docierały?
- Docierały, ale nie miały najmniejszego znaczenia. Tak jak Piotrek Nowakowski powiedział, w jednym z najlepszych wywiadów jaki słyszałem w ostatnich miesiącach: "wszyscy nam się podłożą do finału i w ten sposób zostaniemy mistrzami świata".

Wiele drużyn specjalnie chciało z wami grać, bo traktowało was jako zespół łatwy do ogrania. Czuliście taki dodatkowy bodziec "utarcia nosa" samozwańczym faworytom?
- My staraliśmy się wyzbyć tego poczucia, żeby coś komuś udowadniać. Jeśli już, to chcieliśmy potwierdzić samym sobie, że praca którą włożyliśmy przez te kilka ostatnich lat nie idzie na marne. Dla nas ważne było to, żeby te ciężkie treningi w końcu przyniosły efekt i żeby po czasie posuchy wreszcie sięgnąć po jakieś trofeum. Dobrze, że udało nam się obronić tytuł mistrzów świata bo jest to super rekompensata za te wszystkie dni spędzone na treningach.

Zdziwiło mnie kiedy przeczytałam w jednym z wywiadów, że obudził się pan spokojny o mecz z USA, a stres przyszedł przed Brazylią. Czemu? W ostatnich latach to Amerykanie szkodzili nam najbardziej...
- Ja szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem skąd u nas wziął się ten amerykański postrach i respekt przed tą drużyną. Ten zespół nie wygrał nic od Igrzysk Olimpijskich w 2008 roku. Moim zdaniem lepiej byłoby się skoncentrować na szkole brazylijskiej, bo to oni od 2004 roku są w finale każdej wielkiej imprezy. Oni nie grają o podium tylko o złoty medal we wszystkich turniejach - MŚ  2002, MŚ 2006, MŚ 2010, MŚ 2014, MŚ 2018, IO 2004, 2008, 2012, 2016. Oczywiście nie każdą z tych imprez wygrali, ale są w finale. Dlatego naprawdę nie wiem skąd ten popyt na amerykański system, który jakiś tam jest, ale nie przekuwa się na wyniki. Dlaczego on nas tak ekscytuje skoro niewiele przynosi?

Może dlatego, że od czasów kadry Stephane'a Antigi, to właśnie Amerykanie zawsze stawali nam na drodze - MŚ 2014, ćwierćfinał w IO 2016, a ostatnio nawet Final Six Ligi Narodów.
- Wyniki rzeczywiście takie były i chyba to wystarcza by napędzał się ten kompleks Amerykanów. Na szczęście na ostatnich mistrzostwach pokazaliśmy, że nasza drużyna jest odrobinę lepsza od Stanów Zjednoczonych i może to pozwoli przestać patrzeć na ten zespół jak na pionierów siatkówki, tym bardziej, że od 10 lat nic on nie wygrał.

Łatwiej się zdobywa czy broni mistrzostwa?
- Ja nie miałem w głowie tego, że mamy obronić mistrzostwo i w ogóle nie myślałem o tym w tych kategoriach. Dla mnie tak samo było trudno zdobyć ten złoty medal, jak i go bronić. Myślę, że oba te złote medale były w równym stopniu okupione trudem każdego z turniejów.

Mistrzostwo świata w Polsce było pierwszym po 40 latach; przy mistrzostwie w Turynie był pan jednym z liderów kadry. Któryś "krążek" waży więcej?
- Nie, one są dla mnie tak samo ważne. Wtedy cała rodzina oglądała finał, teraz też cała rodzina go oglądała, dlatego pod tym względem są porównywalne. Tak więc medal z 2014 i 2018 mają dla mnie takie same znaczenie i każdy z nich, a nawet oba razem oddałbym za złoto olimpijskie.

Uczciwość, zaufanie i jasne zasady - to były te fundamenty "chemii" między zawodnikami a trenerem Heynenem?
- Myślę, że tak. Te cechy które pani wymieniła, są bardzo potrzebne do tego żeby w drużynie była dobra atmosfera i ten "team spirit" rzeczywiście między nami był.

W kadrze jest pan nie od wczoraj. Wiele mówi się o tym, że jeszcze drużyny jak w tym sezonie w znaczeniu właśnie tego "team spirit" jeszcze nie mieliśmy. Zgadza się pan z tym?
- Tak, zgadzam się. Dobrze się ze sobą wszyscy czuliśmy i dobrze nam się ze sobą grało. Naprawdę szkoda mi było tego, że sezon reprezentacyjny się skończył, ale wiem, że trzeba wracać do klubów i robić dalej to co się lubi. To też jest nasza praca, a czas kadry na ten moment minął.

Zaraz po powrocie do kraju wyleciał pan do Japonii. Koledzy z drużyny, klub gratulowali panu tytułu czy nie było jakiegoś specjalnego odzewu?
- Oczywiście, jakaś reakcja z ich strony była. Każdy z nich śledzi siatkówkę i wszyscy widzieli nasz finał, także wiedzieli o tym, że to my wygraliśmy. Gratulowali mnie osobiście, ale także całej drużynie przez moją osobę i było to naprawdę bardzo sympatyczne. Teraz jednak mistrzostwa są już za nami, każdy z mistrzów gra w swoim klubie i każdy skupia się na tym by jak najlepiej reprezentować klubowe barwy.

Reklama

Rozmawiała: Anna Daniluk
Za: PZPS

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama