Reklama

Reklama

Krzysztof Ignaczak: Żaden inny zespół nie ma tak perspektywicznej kadry

- Federacja sprawiła, że brązowy medal, co na tak dużej imprezie jest nie lada sukcesem, przez nas został odebrany bardziej jak porażka - powiedział były reprezentant Polski Krzysztof Ignaczak o występie polskich siatkarzy w Pucharze Świata. "Biało-czerwoni" nie mają chwili oddechu, bo już muszą przygotowywać się do mistrzostw Europy, które startują 9 października.

Jest problem z oceną występu polskich siatkarzy w Pucharze Świata. Z jednej strony 10 zwycięstw z rzędu robi wrażenie, a z drugiej cel, czyli wywalczenie awansu na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro nie został zrealizowany.

Krzysztof Ignaczak (były reprezentant Polski, libero Asseco Resovii): Też mam mieszane odczucia, jak chyba każdy kibic. Taki los zgotowała nam FIVB zabierając jedno miejsce premiowane awansem. Z trzech medalowych miejsc, które cztery lata temu dawały awans na igrzyska olimpijskie, zostały tylko dwa. Federacja sprawiła, że brązowy medal, co na tak dużej imprezie jest nie lada sukcesem, przez nas został odebrany bardziej jak porażka. Mieliśmy zespół, który miał awansować na igrzyska. Cieszy fakt, że drużyna z kolejnej imprezy przywozi medal. Każdy by sobie życzył, żeby piłkarze, koszykarze czy szczypiorniści tak często stawali na podium. Wtedy bylibyśmy szczęśliwi.

Reklama

- Celem był awans na igrzyska i to trochę się oddaliło. Ten turniej rozegrał się w Tokio. Według mojej opinii, to tam były najważniejsze i kluczowe spotkania. Tak myślę nie tylko ja, ale także inne osoby zajmujące się siatkówką. Wiedzieliśmy, że o awans tak naprawdę będą biły się cztery zespoły z górnej półki. Iran był skłócony i spodziewaliśmy się, że wiele nie nawojuje, chociaż zabrał nam bezcenny punkt. Sprawa rozegrała się między Polakami, Amerykanami, Rosjanami i Włochami. Pozostałe zespoły były tłem. Widać było wyraźnie różnicę, jaka dzieli ich od czołówki. Amerykanie i Brazylijczycy, których w Japonii nie było, są zespołami zaliczanymi do światowej czołówki, a reszta potęg jest w Europie. Drabinka, którą wymyśliła FIVB, jeżeli chodzi o kwalifikacje do igrzysk, graniczy trochę z absurdem.

- Sami zawodnicy odebrali to też jak porażkę, bo mieli na wyciągnięcie ręki pierwszy w historii polskiej siatkówki Puchar Świata. Mają świadomość tego, że przegrali właśnie tym jednym meczem z Włochami. To pokazało, jak sport potrafi być piękny, a zarazem brutalny.

Czy wyzwoli to w naszych siatkarzy sportową złość?

- Czas leczy i goi rany. Myślę, że każdy nich 48 godzin po tej porażce miał bardzo ciężkie. Wiem, jak to jest od strony sportowca, mierzyć się z takimi meczami, które znaczą w karierze sportowej bardzo dużo. Nie raz wygrywałem, nie raz przegrywałem, więc mam świadomość tego z jakimi emocjami się borykali. Myślę, że w miarę upływu czasu przekują tę porażkę na ciężką pracę. Wiedzą, że byli bardzo blisko, a czegoś zabrakło i na pewno dadzą z siebie jeszcze więcej na treningach. Kolejnym wyzwaniem dla nich są mistrzostwa Europy, które czekają nas już niedługo i myślę, że tam nasz zespół będzie również walczył o medale.

Czego zabrakło. Siły? Może Stephane Antiga za mało rotował składem? Dawid Konarski nie grał zbyt dużo. Podobnie Marcin Możdżonek, Karol Kłos.

- Gdyby wygrali, to nikt nic takiego by nie powiedział, a tak to zawsze pojawiają się jakieś pytania. Czy zabrakło im woli walki? Nie sądzę. Czy zabrakło im serca? Też nie. Umiejętności? Tym bardziej. Jako zespół rozegraliśmy spotkanie dobre, ale Włosi zdecydowanie lepsze. Oni zagrali jako cały zespół na 100 procent swoich możliwości i to było kluczem do zwycięstwa, a u nas nie każdy stanął na wysokości zadania. Zagraliśmy trochę słabiej i to nie wystarczyło na dobrze dysponowanych Włochów. Podejrzewam, że gdybyśmy rozegrali ten pojedynek w innych warunkach, może z dłuższą przerwą, zupełnie inaczej by to wyglądało. Tego dnia byliśmy słabiej dysponowani od Włochów i to zadecydowało. Uważam jednak, że to jest zespół w naszym zasięgu, bo jak pokazał cały przebieg spotkania mieliśmy swoje szanse.

Mimo wszystko pozytywów jest dosyć dużo w grze "Biało-czerwonych". Świetna gra w obronie, która od momentu, kiedy kadrę objął Stephane Antiga, jest na bardzo wysokim poziomie.

- Jest to pewien model pracy francuskiej szkoły. Francuzi są doskonale wyszkoleni, jeśli chodzi o indywidualną technikę i Stephane Antiga próbuje to przekuć na naszą reprezentację, a że mamy ludzi utalentowanych, którzy łapią szybko, to co podaje im się na tacy, to nasza reprezentacja będzie ten model prezentowała. Tym bardziej, że mamy bardzo dobrze predestynowanych zawodników do tego.

Zwraca też uwagę odporność psychiczna. Trudne momenty, których przecież nie brakowało w Japonii, nie deprymowała naszych zawodników, a wręcz przeciwnie. A przecież różnie z tym w przeszłości bywało.

- Cieszę się, bo przed sezonem zastanawialiśmy się, co będzie. Przy reprezentacji stał znak wielki zapytania. Liga Światowa pokazała, że odejście czterech zawodników, którzy stanowili trzon kadry nie zburzył wszystkiego, nie została spalona ziemia. Wręcz przeciwnie. Jest fajna drużyna, która tworzy superkolektyw. Dogadują się znakomicie, mają ogromny potencjał, a przed nimi świetlana przyszłość. Żaden inny zespół nie ma tak młodej perspektywicznej kadry, jak my. Pewnie potrzebne jest przetarcie w kilku turniejach, żeby złapać ostateczny szlif. Popatrzmy na Rosjan, co się z nimi stało. Po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego mają jeden wielki spadek i próbują ratować się powołując starszych zawodników, czy ponownie powierzając fotel selekcjonera Władimirowi Alekno. Nie mają pomysłu. U nas jest odwrotna sytuacja. Nasz system szkolenia jest dobry, jest napływ młodych zawodników. Fajnie, że Stephane Antiga wprowadza młodych mając świadomość tego, żeby zachować ciągłość na odpowiednim poziomie.

Kogo by pan wyróżnił za ten turniej? Bardzo dobre zawody w wykonaniu Bartosza Kurka, któremu chyba służy zmiana pozycji z przyjmującego na atakującego.

- Indywidualnie nie będą się podejmował takiej oceny, bo to nie moja rola. Chciałbym natomiast podkreślić i myślę, że wiele osób również to zauważyło, rolę kapitana drużyny. Michał Kubiak wywiązuje się z tego bardzo dobrze. Potrafił ujarzmić swoją bestię, która niekoniecznie pomagała mu na boisku. Ukierunkowuje to w dobry sposób podrywając zespół do walki. Widać, że dojrzał jako zawodnik. A ma taki charakter i taką osobowość, że niejeden poszedłby za nim w ogień. Te jego działania budują kolektyw. To mi się najbardziej rzuciło w oczy.

Gdzie tkwią jeszcze rezerwy w tym zespole?

- Każdy zespół ma rezerwy. Statystyki dla jednych są jedną wielką zagadką, a dla innych, którzy się bardziej znają, potrafią to odczytywać, to są jakieś dane. Dopóki w każdej rubryce nie będzie po 100 procent, to znaczy, że zespół może się jeszcze poprawić. Czy to będzie przyjęcie, obrona, atak, zagrywka - w każdym elemencie można być zawsze z dnia na dzień lepszym i ewoluować. Sztuką jest wypracować własny styl, który posiada polska reprezentacja, a cechuje go bardzo dobra gra w obronie i rozegranie pierwszej akcji. Ten styl zachować, a szlifować te elementy, które w dzisiejszych czasach dają możliwość wygranej, czyli przede wszystkim zagrywkę. Serwisem można narobić przeciwnikowi wiele szkody i ułatwić sobie odszyfrowywanie jego zagrań. Nie odkrywam Ameryki, jeśli powiem, że zagrywka i przyjęcie, to są dwa kluczowe elementy, które stanowią o grze całego zespołu i jego funkcjonowaniu.

Stephane Antiga zdecydował, że ta "czternastka", która była na Pucharze Świata, pojedzie również na mistrzostwa Europy. Czy to dobry kierunek? Słuszna decyzja selekcjonera?

- Trener wie najlepiej. Ma sprawdzonych ludzi, wie jak zachowują się w trudnych warunkach. Myślę, że ma zbyt krótki okres czasu, żeby dowołać innych. Dla mnie to jest rzecz naturalna, że ta "14", która występowała w Pucharze Świata, pojedzie na mistrzostwa Europy. Pozostali zawodnicy z szerokiej kadry są w zupełnie innym cyklu treningowym. Myślę, że kadra z Pucharu Świata ma też dużo do udowodnienia nie tylko nam kibicom, ale przede wszystkim sobie.

Jak się przygotować? Po takim ciężkim turnieju, jak Puchar Świata, za niespełna trzy tygodnie kolejna duża impreza.

- Głupota obu federacji. Chyba ani jedni, ani drudzy nie patrzą w kalendarz. Nie wiem, czy to działa, jako dwa osobne twory? Wygląda na to, że nie mają żadnej świadomości, co się dzieje. To jest jakiś absurd. W tym momencie, jakbyśmy policzyli zawody łącznie z kwalifikacjami olimpijskimi, to wychodzi na to, że trzeba w ciągu pięciu miesięcy przygotować cztery szczyty formy. To graniczy z cudem.

Rozmawiał Robert Kopeć


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy