Reklama

Reklama

Karol Kłos: Czasem męczy i popularność, i częste granie

Karola Kłosa wsparcie kibiców często motywuje do gry i ciężkiej pracy, choć ich duże zainteresowanie niekiedy daje mu się też we znaki . - Czasem męczy i popularność, i częste granie - przyznał siatkarz reprezentacji Polski i PGE Skry Bełchatów.

Polska Agencja Prasowa: Po niedzielnym meczu ligowym z AZS-em Politechniką Warszawską na Torwarze schodził pan do szatni chyba jako ostatni, ponad pół godziny po zakończeniu spotkania. To cena płacona za popularność?

Reklama

Karol Kłos: - Warszawa to moje rodzinne miasto. Lubię posiedzieć tu do końca i porozdawać autografów tyle, ile się da. Mój klubowy kolega Andrzej Wrona też tak ma, bo również pochodzi ze stolicy. Tu nie liczymy czasu i nie uciekamy od razu do szatni, tylko lubimy zostać jak najdłużej i ucieszyć tych wszystkich ludzi. Jeśli podpis czy zdjęcie sprawi im radość, to czemu mamy im tego odmawiać, skoro na nie długo czekają?

Ze względu na ten pojedynek nie mógł pan chyba zbyt długo pobawić się w sobotę na Balu Mistrzów Sportu.

- Jedna pani pytała mnie, jak było na balu i powiedziałem jej, że fajnie, ale za krótko. Nasi koledzy z reprezentacji, którzy występują w innych klubach, mieli możliwość pobyć do końca, choć nie wiem, czy z niej skorzystali. Mam nadzieję, że wybawili się za nas, a my może kiedyś to sobie odbijemy.

Mówił pan, że dłuższe pozostanie na hali to wynik gry w rodzinnym mieście. Ale długie kolejki po autografy i zdjęcia to chyba również efekt intensywnej działalności na portalach społecznościowych...

- Pewnie tak. Mam nadzieję, że chociaż w jakiejś części ludzie, którzy wcześniej nie interesowali się zbytnio siatkówką, może dzięki temu, co z Andrzejem robimy w sieci, przychodzą na hale i zaczynają się interesować tym sportem.

Czy był taki moment, że miał pan trochę dość tej aktywności w internecie?

- Szczerze mówiąc, są takie dni, że nie mamy pomysłu, co zamieścić na Facebooku czy Instagramie. Czasem nam się to trochę nudzi, ale kiedy indziej, jak po meczu z Politechniką, człowiek zrobi sobie zdjęcie i ma ochotę pochwalić się nim innym i pokazać, co się działo lub... co jadł na obiad.

A kiedy miał pan ostatnio dzień bez portali społecznościowych?

- Nie było chyba takiego dnia. A na poważnie, to nawet jak nic nie wrzucamy, to sprawdzamy je regularnie. Jesteśmy często z dala od bliskich, znajomych i przyjaciół, którzy ciągle coś wstawiają i śledzimy to. Chcąc nie chcąc, zabijając nudę. Mamy internet w telefonach, więc jest prościej. Nie trzeba przed komputerem siedzieć, więc w wolnej chwili zaglądamy do sieci i sprawdzamy, co się dzieje u najbliższych.

Zdarza się, że ma pan przesyt dużym zainteresowaniem ze strony kibiców lub graniem co kilka dni?

- Czasami męczy jedno i drugie. Komentarze na Facebooku nieraz nas przerastają. Nieraz ktoś poklepie po ramieniu i powie "super chłopaki, fajnie graliście", a czasem jest inaczej...

Mówiąc o częstym graniu przychodzi na myśl kwestia poszerzania ligi. Obecnie w męskiej ekstraklasie rywalizuje 14 zespołów. Co by pan powiedział na kolejne powiększenie liczby drużyn?

- Ojej, to może wtedy ktoś by wreszcie znalazł pomysł, jak to zrobić, żeby nie było aż tak męcząco. Bo może dojść do czegoś takiego - choć mam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi - że wszyscy będą mieli przesyt siatkówką.

A obecnie go nie ma?

- Jak widać ludzie cały czas przychodzą na mecze. W przypadku siatkarzy to nasza praca. U nas - tak samo jak w innych zawodach - raz chodzimy uśmiechnięci i jest super, śmiejemy się między sobą, ale są też ciche dni. Wtedy wiadomo, człowiek chce tylko zrobić to, co powinien i co musi, żeby być lepszym i to wykonuje. Są jednak takie chwile jak po meczu w niedzielę i wtedy widać, że warto to wszystko robić.

- A odnośnie zwiększania liczby spotkań, to mam nadzieję, że nie dojdzie do czegoś takiego jak było dwa lata temu. Teraz jeszcze może wszyscy żyją mistrzostwami świata i przychodzą, żeby podziwiać tych najlepszych. Pamiętam jednak, że dwa sezony temu przyjeżdżaliśmy w środy i hale świeciły pustkami. Ludzie woleli pooglądać sobie telewizję. Oby obecna tendencja się utrzymała, tylko trzeba na to jakiegoś mądrego planu. Zobaczymy jak to będzie, gdyby poszerzono ligę. I tak zespołów i grania jest już dużo, bo rywalizujemy praktycznie na trzech frontach.

Wspomniał pan o wrześniowym mundialu. Rodzina i znajomi zwracają się do pana żartobliwie per "mistrzu"?

- Raczej nie. Czasem nawet sam zapominam, że coś wygraliśmy. Później przypominam sobie o tym za sprawą powtórek w telewizji. Nie budzę się codziennie rano i nie myślę "o kurcze, jestem mistrzem świata. Fajnie, jeszcze przez prawie cztery lata".

A złoty medal schowany?

- Tak i nie powiem nikomu gdzie, żeby nikt nie ukradł.

Rozmawiała Agnieszka Niedziałek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje