Reklama

Reklama

Jakub Procanin z medalem od Vitala Heynena. Walczy z nowotworem, a bez ręki serwuje asy

- Mówię otwarcie, że na początku nie chciałem zgodzić się na amputację. Jednak w międzyczasie okazało się, że zostanę ojcem. I to dało mi kopa. Życie w jednym momencie tak mi się przewartościowało, że już wiedziałem, iż muszę dać sobie amputować rękę, żeby żyć. Żyć dla dziecka, aby miało ojca. Bo gdybym nie zgodził się na tę operację, to nowotwór coraz bardziej by się rozwijał, aż skutek byłby... wiadomo jaki - mówi w rozmowie z Interią siatkarz Jakub Procanin, laureat niebywałego konkursu ogłoszonego przez selekcjonera męskiej reprezentacji Vitala Heynena. Nagrodą był srebrny medal wywalczony w Pucharze Świata, który właśnie zawisł na szyi sportowca z Jasła.

Artur Gac, Interia: Witam srebrnego medalistę siatkarskiego Pucharu Świata.

Jakub Procanin, siatkarz MKS MOSiR Jasło: - (śmiech) Dziękuję bardzo. W sumie oficjalnie już faktycznie można byłoby tak powiedzieć.

Jest pan w drodze z Warszawy, prosto z ceremonii przekazania medalu (rozmowa miała miejsce w czwartek późnym popołudniem - przyp. AG)?

- Tak jest. Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 10 w siedzibie Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Tam doszło do przekazania medalu, który bezpośrednio wręczył mi Vital Heynen.

Reklama

Jakie to uczucie być bohaterem takiego wydarzenia?

- Powiem szczerze, że zabrakło mi języka - jak to się mówi - w gębie. Vital po polsku jeszcze nie rozumie, ja po angielsku nie bardzo rozmawiam, ale co dopiero mówić o obcym języku, jak mnie zabrakło słów po polsku. Niemniej usiedliśmy koło siebie i na spokojnie można było trochę porozmawiać. Wrażenia były nie do opisania, naprawdę. Trener reprezentacji Polski, z takimi osiągnięciami, spotkał się akurat ze mną. Ta świadomość zapierała mi dech w piersiach. Poczułem się naprawdę kimś.

Poza medalem coś jeszcze pan otrzymał?

- Była jeszcze koszulka reprezentacji z autografem, a także kalendarz z drużyną narodową.

W jaki sposób otrzymał pan informację, że został zwycięzcą tego niecodziennego konkursu?

- Wiadomość przyszła drogą mailową, bezpośrednio od Vitala Heynena. Później już telefonicznie umawialiśmy się, gdzie i kiedy mógłbym odebrać medal. Decyzję, że to do mnie uśmiechnął się los, otrzymałem 3 listopada.

W jaki sposób przedstawił pan swoją historię, która koniec końców najmocniej poruszyła selekcjonera?

- Po prostu opisałem swoje życie i to, co niedawno się u mnie wydarzyło. Wiadomo, że nic fajnego, bo spotkała mnie bardzo ciężka choroba, ale myślę, że moja postawa w tej chorobie jest taka, że niektórych łapie za serce. Myślę, że właśnie przez to moje losy najbardziej poruszyły Vitala. A było z kim przegrać, bo poza mną, trener otrzymał około 472 historie innych osób. To pokazuje, że miał z czego wybierać. Dlatego jestem niezwykle zbudowany, że akurat moje życie zrobiło na nim największe wrażenie.

Mimo niewątpliwych emocji, jakieś zdanie z ust trenera Heynena, wypowiedziane podczas spotkania, szczególnie zapadło panu w pamięci?

- Tak, zwłaszcza jedno. Vital powiedział, że nie zostawił sobie na pamiątkę ani jednego medalu. Wszystkie rozdaje. Może nie każdy w aż tak oryginalny sposób, ale nagradza działaczy lub kierowników, w ten sposób okazując im wdzięczność.

Selekcjoner był żywo zainteresowany i poruszony pana chorobą wraz z trwającymi zmaganiami? Czuł pan, że tej uroczystości nie traktuje tak, by ją jedynie "odfajkować"?

- Myślę, że nie chciał poruszać tematu choroby, bo nie wiedział, jaki ja mam do tego stosunek. Może się bał, ale sam zainicjowałem to, na przykład mówiąc, że po amputacji lewej ręki, po niecałym miesiącu, wróciłem do trenowania siatkówki. Widziałem, że zrobiło to na nim niemałe wrażenie. Gdy się zorientował, że mam do tego dystans, rozmawialiśmy już normalnie, a Vital dopytywał o pewne rzeczy.

Aż trudno uwierzyć, że w tak ekspresowym tempie wrócił pan do sportu.

- To prawda. Po zabiegu jeszcze miałem szwy, a już trenowałem.

O dystansie do choroby świadczy choćby fakt, że zmagania z nią porównuje pan do rozgrywania meczu, wyodrębniając kolejne sety. W jaką fazę wkroczył ten pana mecz życia?

- Hmm... ciężko powiedzieć. Myślę, że już jestem w tie-breaku.

Coś pięknego, pięciosetówki są ozdobą spotkań!

- Tak, za niedługo wszystko się rozstrzygnie. Chcę się pochwalić, że w drodze jest mój synek. Urodzi się już wkrótce, bo za jakieś dwa miesiące.

Wspaniale, serdecznie gratuluję.

- Tak że, jakby co, następca jest. Moje życie teraz tak się układa, że jestem o wszystko spokojny. Naprawdę.

Ten czas oczekiwań na potomka zapewne dodaje panu sił i zasila potężną dawką dodatkowego optymizmu.

- Mówię otwarcie, że na początku nie chciałem zgodzić się na amputację. Jednak w międzyczasie okazało się, że zostanę ojcem. I to dało mi kopa. Życie w jednym momencie tak mi się przewartościowało, że już wiedziałem, iż muszę dać sobie amputować rękę, żeby żyć. Żyć dla dziecka, aby miało ojca. Bo gdybym nie zgodził się na tę operację, to nowotwór coraz bardziej by się rozwijał, aż skutek byłby... wiadomo jaki.

Czy imię dla synka już zostało wybrane?

- Tak, będziemy mieli Franka. Wybór padł na Franciszka.

Pytam, bo pomyślałem, że gdyby jeszcze nie było decyzji, to nieśmiało podpowiedziałbym Vitala.

- (śmiech) Ciekawa propozycja, ale już nie będziemy zmieniać. Franciszek bardzo nam się podoba, tym bardziej, że teraz modne są takie starodawne imiona.

Rozmawiałem z pana trenerem Bartoszem Kilarem i nie ukrywam, że byłem w szoku. Nie tylko pozostał pan kapitanem drużyny MKS MOSiR Jasło, ale wciąż wchodzi pan z ławki na pole zagrywki. Doprawdy niebywałe.

- To chyba rzeczywiście niecodzienna sprawa, bo sam nigdy nie słyszałem o kimś, kto bez ręki gra w siatkówkę, w dodatku na dość wysokim, bo drugoligowym poziomie. To na ludziach robi wrażenie.

W tej chwili trwa zbiórka, której celem jest zebranie środków na protezę. Jeszcze trochę funduszy brakuje, ale pozytywne jest to, że zebrana kwota już znacznie przekracza tą brakującą.

- Rzeczywiście pieniędzy jest coraz więcej, co ogromnie mnie cieszy. Jestem pod wrażeniem, że ludzie tak bardzo potrafią się dla mnie zjednoczyć. Cóż mogę powiedzieć? Jestem bardzo wdzięczny. Dziękuję wszystkim darczyńcom, którzy wpłacają pieniądze i na różne sposoby chcą mi pomóc. Od strony psychicznej to kolejny zastrzyk dobrej energii. Fakt, że tyle osób stoi za mną, ogromnie podtrzymuje mnie na duchu.

Koszt tej konkretnej, funkcyjnej protezy, oscyluje wokół 200 tysięcy złotych?

- Cały koszt daje sumę 225 tys. złotych. Na tę kwotę, poza samą protezą, składają się wizyty u protetyka i m.in. wykonanie odlewu. To wszystko pozwoli mieć idealnie dopasowaną protezę.

Z tą protezą uda się rozgrywać mecze, czy jednak już do końca przygody z siatkówką będzie się pan wyróżniał, robiąc furorę w polu zagrywki jedną ręką?

- Niestety ta proteza, która nie jest wyczynowa, a ma usprawnić moje życie codzienne, nie pozwoli mi z nią grać. Po pierwsze mógłbym ją uszkodzić, ale także zrobić sobie lub komuś krzywdę.

Wróćmy do przewodniego wątku, czyli otrzymanego medalu: co teraz się z nim stanie, jakie będzie jego przeznaczenie?

- Medal oprawię w ramkę i powieszę gdzieś na ścianie. A gdy mój syn trochę podrośnie, będę mógł opowiedzieć mu historię tego trofeum i z dumą wyznać, że otrzymałem go od trenera siatkarskiej reprezentacji Polski. To będzie mój prezent dla niego.

Jest pan umówiony z selekcjonerem na kolejne spotkanie? A może będzie pan gościł na meczu reprezentacji?

- Gościł na pewno będę, bo lubię jeździć na mecze naszej drużyny narodowej. A co do osobistego spotkania, to nie umawialiśmy się na kolejne. Jednak życie jest tak nieprzewidywalne, że całkiem możliwe, że jeszcze gdzieś wspólnie usiądziemy. Numery do siebie mamy, więc może kiedyś się zdzwonimy i powtórzymy spotkanie.

A może uda się podjąć selekcjonera w Jaśle, w roli gościa honorowego na meczu lub turnieju?

- Pomyślę nad tym, czy by właśnie nie zaprosić trenera na nasz mecz. Może derby z Krosnem? Ostatnio graliśmy w lidze właśnie z drużyną z Krosna i udało nam się wygrać 3:0. To zwycięstwo bardzo nas cieszy.

I też wchodził pan na zagrywkę?

- Pochwalę się, że ten mecz nawet zakończyłem asem serwisowym. Wszystko jest udokumentowane na filmiku, gdyby ktoś mi nie wierzył (śmiech).

Rozmawiał: Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje