Reklama

Reklama

Finał Ligi Światowej siatkarzy - Bieniek: Nie mam specjalnych praw

- Nie spodziewałem się takiego wejścia do reprezentacji. To było znakomite wejście i bardzo dużo ludzi mi gratuluje, zazdrości tego. Ale nie mogę popadać w hurraoptymizm - mówi środkowy siatkarskiej reprezentacji Polski Mateusz Bieniek przed finałem Ligi Światowej w Rio de Janeiro.

W najbliższy czwartek Polska rozegra pierwszy mecz w turnieju finałowym. Rywalami Polaków będą Włosi; dzień później naszych siatkarzy czeka mecz z Serbią.

Jednym z filarów kadry jest 21-letni Mateusz Bieniek, który przebojem wdarł się do podstawowego składu. Z debiutującym w tegorocznej LŚ środkowym bloku rozmawiał Rafał Bała.

Rafał Bała: "Siedmiomilowym krokiem" wszedł pan do tej drużyny i zrobił pan chyba więcej niż po nim oczekiwano?

Mateusz Bieniek: - Nie spodziewałem się takiego wejścia do reprezentacji. To było znakomite wejście i bardzo dużo ludzi mi gratuluje, zazdrości tego. Ale nie mogę popadać w jakiś hurraoptymizm, bo ciągle jestem młodziakiem w tej reprezentacji, mało doświadczonym zawodnikiem. Wciąż muszę trenować i przekonywać do siebie trenera Antigę.

Reklama

Wiele osób mówi, że jest pan odkryciem Stephana Antigi. Pan też czuje, że jest na specjalnych prawach i rzeczywiście Antiga to jest ten trener, który dał panu największą szansę?

- Nie, na pewno na specjalnych prawach się nie czuję, bo w reprezentacji wszyscy są na takich samych prawach. Stephane nie ma ulubieńców, wszyscy są traktowani tak samo. Wiadomo, że są zawodnicy szóstkowi i rezerwowi, ale tworzymy zespół. Każdy zawodnik jest tak samo ważny. Nie ma graczy niezastąpionych. Tak jak ja teraz gram dobrze, to za chwilę ktoś może za mnie wejść i grać jeszcze lepiej.

Piotr Nowakowski, czy Marcin Możdżonek to są zawodnicy, którzy zdobywali dla Polski medale w ostatnich latach. Pan walczy z nimi jak równy z równym i wygrywa tę rywalizację.

- W ogóle na to nie patrzę, choć czuję na plecach ich oddech. Chłopaki naciskają i będą próbowali posadzić mnie na ławce. To jest sport, każdy chce grać. Jeśli ktoś chce siedzieć na ławce, to nie jest sportowcem, tylko... nie wiem jak to nazwać. Każdy sportowiec zazwyczaj chce grać o najwyższe cele - ja również. Jak wychodzę na boisko to staram się grać jak najlepiej, a nie żeby coś chłopakom udowodnić.

Kiedy kilka tygodni temu rozpoczynała się Liga Światowa i kibice usłyszeli nazwisko Bieniek, to niektórzy z nich wspominali Michała Bieńka, skoczka wzwyż, który niedawno skakał 2.36. Bardziej to nazwisko kojarzyło się z lekkoatletą. Czy to pańska rodzina? Skąd się wziął Mateusz Bieniek w sporcie, w siatkówce?

- To nie jest żadna moja rodzina. Siatkówkę zacząłem trenować późno, bo w wieku 15-16 lat. A z tego, co słyszę od chłopaków, to bardzo późno. Niektórzy dużo wcześniej zaczynali zabawę z siatkówką. A od czego pan zaczynał? - Zaczynałem od piłki nożnej w drugiej klasie podstawówki. Trenowałem to do drugiej klasy gimnazjum. Potem był krótki epizod, niespełna roczny, z boksem. W trzeciej klasie gimnazjum zaczęła się zabawa z siatkówką, a kiedy poszedłem do sportowego liceum, zająłem się tym na poważnie.

Boks, czyli tę waleczność widać u pana na boisku. Chociaż nie widać agresji, która jest charakterystyczna dla sportów walki. Chyba jest pan raczej spokojnym zawodnikiem.

- Pokazywanie emocji na boisku jest na pewno dobrą sprawą i bardzo mi to pomaga. Wiadomo, że mam takie momenty, kiedy nie pokazuję tej agresji. Aż tak nie emanuję pewnością siebie, ale radość w siatkówce tylko pomaga.

Na początku Ligi Światowej kibice nie bardzo pana kojarzyli, ale też rywale chyba nie znali. Czuł pan, że w miarę rozgrywania kolejnych meczów widać, że mają już te materiały? Wiedzą już, jak pana blokować, wiedzą, gdzie pan blokuje i troszeczkę było trudniej grać?

- Tak, z każdym kolejnym meczem na pewno było mi dużo trudniej. Szczególnie te drugie mecze, dzień po dniu, zawsze były dla mnie trudne. A te w Krakowie... Czułem, że Amerykanie dobrze mnie rozpisali. Będę musiał coś zmieniać i wprowadzać jakieś nowinki.

Wielka impreza przed wami, to turniej finałowy Ligi Światowej w Rio de Janeiro, czyli tam, gdzie za rok odbędą się igrzyska olimpijskie. Czuje pan przypływ adrenaliny? Zbliża się coś wielkiego, sprawdzian przed igrzyskami?

- Myślę, że poczuję, jak już wyjdziemy na pierwszy mecz. Na pewno te emocje przyjdą. Na razie staram się skupiać na przygotowaniach do turnieju. Żeby tym celem był medal, bo fajnie byłoby coś wartościowego stamtąd przywieźć.

Gracie w grupie z Serbią i Włochami. To nie są główni faworyci, bo mówi się raczej, że Brazylia, Polska i Stany Zjednoczone. Ale to oczywiście nie są słabe drużyny. Pan jest zadowolony, że będzie mógł się z nimi zmierzyć?

- Nie grałem jeszcze z tymi dwoma zespołami, więc na pewno fajnie, że zagramy. Ale tam jest sześć najlepszych, naprawdę najlepszych obecnie zespołów na świecie. Będzie bardzo trudno coś stamtąd przywieźć. Grupa jest w naszym zasięgu i dobrze byłoby wyjść z niej z pierwszego miejsca, żeby uniknąć tych teoretycznie mocniejszych rywali.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje