Reklama

Reklama

Bartosz Kurek: Stęskniłem się za Polską

Bartosz Kurek po rocznym pobycie w Rosji z przyjemnością przyjechał na zgrupowanie reprezentacji Polski. Po nieudanym dla niego sezonie stęsknił się za krajem, ale - jak zaznaczył - wiele się nauczył sportowo i życiowo. Teraz skupia się na Lidze Światowej.

To była pana pierwsza zagraniczna przygoda. W Rosji nie ułożyło się jednak tak, jak pan zakładał. Teraz czeka pana i kadrę wiele meczów w Polsce, przed publicznością, która uwielbia siatkówkę. Miło było wrócić do kraju?

Reklama

Bartosz Kurek: - Przyznaję, że się stęskniłem. Za wszystkim, także jedzeniem, bo rosyjskie okazało się okropne. Ale myślę, że to takie normalne uczucie każdego Polaka, który pracuje, czy żyje na obczyźnie.

Jakie przywiózł pan wspomnienia?

- Dobre. To było ciekawe przeżycie. Poznałem zupełnie inną kulturę - siatkarską i tą ludzką. Na pewno wiele się nauczyłem - sportowo i też życiowo.

Teraz czekają na pana Włochy. Od przyszłego roku będzie pan grał w Lube Bance Marche Maceracie. Spełnia się pana marzenie?

- Tak. Zdecydowałem się związać z Włochami po otrzymaniu oferty z Maceraty. To było bezpieczne zagranie z mojej strony. Za rok czekają nas mistrzostwa świata w Polsce i chciałbym być do nich bardzo dobrze przygotowany. Myślę, że to dobre miejsce, gdzie mógłbym rozwinąć moją grę i jeszcze czegoś się nauczyć.

Podobnie jest w reprezentacji?

- Od klęski na poprzednich mistrzostwach świata we Włoszech zrobiliśmy jako drużyna bardzo duży postęp. Na każdej imprezie jesteśmy w czołówce, nie wyszło tylko w turnieju olimpijskim. Każdy z nas, trener na pewno również, ma swoje przemyślenia, ale z każdej porażki można wyciągnąć jakąś naukę. My właśnie tak zrobimy i w kolejnych turniejach będziemy już tylko mocniejsi.

Kadra w tej chwili jest bardzo duża, liczy 26 zawodników. Jest w niej też sporo zmian. Czy to spowoduje też jej inny styl gry?

- Na pewno. Większość tych chłopaków, którzy są w Spale po raz pierwszy, znam bardzo dobrze. Już wcześniej z nimi trenowałem, więc od jakiegoś czasu wiedziałem, że mamy bardzo fajną grupę, która będzie się dobijać do pierwszej kadry. Myślę, że to dobrze. Zmiany na poszczególnych pozycjach i pokoleniowe są ważne oraz potrzebne. W jednym zamkniętym składzie czasami ciężko o rozwój.

Jeszcze niedawno był pan jednym z najmłodszych zawodników w kadrze. Teraz jest pan już jednym z najbardziej doświadczonych...

- Chyba rzeczywiście tak to wygląda, że dysponuję doświadczeniem większym niż koledzy. To jednak o niczym nie świadczy. Najlepsze zespoły są zawsze tworzone przez mieszankę wybuchową - młodych i tych starszych. Doświadczenie jest oczywiście istotne, ale najważniejsze jest jaką postawę prezentuje się na boisku.

Pierwszy mecz w Lidze Światowej rozegracie 7 czerwca z Brazylią w Warszawie. W ostatnich latach spotykaliście się z tym zespołem kilka razy w sezonie. Czy wy ich i oni was mogą jeszcze czymś zaskoczyć?

- Każdy mecz reprezentacji to są ogromne emocje i bez znaczenia z kim i ile razy się z tą drużyną spotykało. Mamy to szczęście, że gramy w kraju, gdzie siatkówka jest popularna, a to wyzwala dodatkową adrenalinę. Poza tym teraz spotkamy się z "Canarinhos" po raz pierwszy w tym roku. Sezony reprezentacyjne mają to do siebie, że są od siebie trochę oddalone. Kilka niewiadomych zawsze jest. Myślę, że będzie ciekawie - i dla nas na boisku, i dla kibiców na trybunach.

W Rosji trochę pan podróżował. W Lidze Światowej za to, jedyny daleki wyjazd może być na finał do Argentyny.

- Bardzo chętnie bym wsiadł do tego samolotu, lecącego do Ameryki Południowej. Nie mam nic przeciwko tej długiej podróży. Wiem jednak, że będzie ciężko. Jest dużo dobrych drużyn, a mało miejsc. Podróże już mi nie przeszkadzają, a takie przyjemne jak na finał, to tym bardziej.

Dalekie wyjazdy były do tej pory znakiem rozpoznawczym Ligi Światowej. Czy straciła ona zatem na uroku?

- Chyba mam wrażenie, że coś tracę. Przyznam, że to było takim dobrym wyznacznikiem. Zawsze był taki trzytygodniowy wyjazd, podczas którego byliśmy praktycznie skazani wyłącznie na własne towarzystwo. To była dobra wróżba na resztę sezonu. Można było zobaczyć jak funkcjonujemy razem, od razu było widać, czy w tej grupie jest chemia, czy jej brakuje.

Wróćmy jeszcze raz do Włoch. Bardzo długo w Maceracie grał Sebastian Świderski. Czy kontaktował się pan z nim przed podpisaniem kontraktu?

- Nie, choć wiem, że takie informacje krążyły. Z Sebastianem się teraz nie kontaktowałem, ale byłem w kadrze, kiedy grał w tym klubie i pamiętam, że bardzo dobrze się wypowiadał. Dzięki temu też miałem spokojną głowę, bo wiem, że Sebastian był profesjonalistą i tego samego wymaga od innych. Jeśli oni sprostali jego oczekiwaniom, to myślę, że moim też.

Będzie się pan z nim kontaktował?

- Myślę, że tak. Każda rada jest cenna w poznaniu nowego miejsca. Nawet jeśli chodzi o takie ludzkie sprawy, typu gdzie pójść coś zjeść, gdzie załatwić najprostsze rzeczy. Dlatego też bardzo bym chciał się z nim skontaktować. Nie chcę tego robić napastliwie, ale myślę, że będzie ku temu okazja przy którymś z meczów reprezentacji.

Jakie pan ma oczekiwania związane z Włochami?

- Myślę, że nie są one dziwne. Oczekuję wysokiego poziomu sportowego i organizacyjnego. Zresztą ja wiem, że tak tam będzie, dlatego też jestem spokojny. Mam nadzieję, że będzie też lepsza kuchnia niż rosyjska.

Opanował pan już język włoski?

- Jeszcze nie, jednak wszystko rozumiem. Mam jeszcze trudności z wypowiadaniem się, ale potrafię zaskoczyć nawet trenera Andreę Anastasiego.

Rozmawiała Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje