Polscy siatkarze przyzwyczaili do tak seryjnego wygrywania spotkań, że z małym entuzjazmem przyjęto wyniki Biało-Czerwonych w pierwszym turnieju Ligi Narodów. Z Chin brązowi medaliści mistrzostw świata wrócili z bilansem dwóch przegranych i dwóch wygranych spotkań.
O ile minimalne porażki z Japonią i Słowenią 2:3 przeszły bez większego echa, o tyle męczarnie Polaków ze znacznie niżej notowaną Ukrainą wszczęły alarm nad Wisłą. Podopieczni Nikoli Grbicia przegrywali już 0:2 i obu tych odsłonach nie zdobyli nawet po 20 punktów. Ostatecznie Polacy zdołali jeszcze wrócić do meczu i wygrać 3:2, ale niedosyt, i to duży, pozostał.
13 akcji i Grbić już miał dość. Musiał zareagować
Na turniej w Gliwicach Grbić wzmocnił kadrę. Co prawda w środę, na inauguracyjne starcie z Belgami, w składzie meczowym zabrakło jeszcze Wilfredo Leona, ale pojawili się - i to w wyjściowej szóstce - Artur Szalpuk oraz Marcin Komenda.
Na prawym skrzydle szansę od pierwszych akcji dostał też Alaksiej Nasiewicz, ale o pierwszych piłkach środowego starcia 23-latek będzie chciał jak najszybciej zapomnieć. Na cztery piłki otrzymane od Komendy nie skończył żadnej. Grbić szybko stracił do niego cierpliwość i już przy stanie 8:5 wprowadził na boisko Bartłomieja Bołądzia.
Zmiana pomogła, ale na krótko. Gdy Bołądź skończył kilka akcji, a Polacy uruchomili zagrywkę, zbliżyli się na jeden punkt. Później przyjezdni jednak znów znaleźli sposób na zatrzymanie prawego skrzydła, a gdy do tego nie funkcjonował też środek i lewa flanka, szybko stało się jasne, że Biało-Czerwoni nie wygrają tego seta. Przegrali 21:25 i już od początku musieli odrabiać straty.
Nawet 6:1 nie wystarczyło. Jęk zawodu jeden za drugim
Gdy na początku drugiego seta gospodarze popisywali się jednym blokiem za drugim, wydawało się, że sytuacja została opanowana. Miejscowi wypracowali sobie pięć punktów przewagi, a na tym poziomie to zaliczka, która - zwłaszcza u siebie - powinna pozwolić im kontrolować seta już do końca. Nic z tego.
W polskim zespole nadal nie funkcjonowało prawe skrzydło, a bez tego nie da się wygrać chociażby kadra dwoiła się i troiła w bloku. Grbić szukał, próbował przywrócić do meczu Nasiewicza, ale to nic dało. Tak jak szybko 23-latek pojawił się na boisku, tak szybko z niego zszedł. Belgowie czytali naszą grę jak dobrą książkę, w końcówce przejęli nawet inicjatywę w bloku, dlatego wynik 25:23 dla gości nie może dziwić.
Na kłopoty Szalpuk i Śliwka oraz... zagrywki rywali
Skoro nie szło prawym, Jan Firlej, który jeszcze w drugiej partii zmienił na rozegraniu Marcina Komendę, bardziej próbował zaangażować do gry lewe skrzydło. I to przyniosło efekt. Skuteczny był Artur Szalpuk, punkty dokładał Aleksander Śliwka i Polacy w miarę bezpiecznie prowadzili (12:5).
W miarę, bo wydarzenia z poprzedniego seta nauczyły już kibiców, że ostatnie co można było powiedzieć o reprezentacji Polski w środowy wieczór, to stabilność w grze. Belgowie znów kilka punktów byli w stanie odrobić, ale tym razem Polacy nie mieli już takiego przestoju jak w poprzednim secie. Pomogli też rywale, którzy w samej końcówce seta - zakończonego ostatecznie triumfem miejscowych 25:19 - seryjnie psuli zagrywki.
Przestoje ach przestoje. Serca znów zadrżały
Nawet wygrany set, teoretycznie z dużą przewagą, nie dawał jednak poczucia, że Biało-Czerwoni wszystkie problemy w tym meczu zostawili za sobą. Dobitnie pokazała to czwarta partia.
Gdy już Polacy zaczęli grać pewniej, odważniej w ataku i mieli postawić kropkę nad 'i' w doprowadzeniu do tie-breaka przydarzył się im trudny do wytłumaczenia kolejny przestój. Od stanu 24:20 stracili cztery punkty z rzędu i atmosfera zgęstniała, że można ją było kroić nożem. Sprawy w swoje dłonie wziął jednak Szalpuk, którego spektakularny blok przedłużył emocje.
Żeby nie było tak pięknie, decydująca odsłona także musiała przynieść zmienność sytuacji. Najpierw prowadzili Biało-Czerwoni: 4:2, 6:4, 8:6, by kilka chwil później to Grbić musiał prosić o czas, gdy po bloku na... Szalpuku rywale prowadzili 11:10. Moment oddechu i za chwilę przyjmujący sam zablokował, a był to moment arcyważny, bo rywale mieli w górze piłkę na 13:11. Nie wykorzystali okazji i mogli sobie pluć w brodę. Polacy takiej okazji już nie zmarnowali. Przebudził się Bołądź, który skończył dwie arcyważne kontry i miejscowi wygrali 15:13.
Dzięki temu zwycięstwu Biało-Czerwoni wciąż są realnie w grze o wyjazd na turniej finałowy Ligi Narodów. Gdyby w środę przegrali, ich sytuacja byłaby już nie do pozazdroszczenia.
Polska - Belgia 3:2 (21:25, 23:25, 25:19, 28:26, 15:13)
Polska: Komenda, Nasevich, Nowak, Lemański, Szalpuk, Śliwka, Granieczny (libero) oraz Bołądź, Sawicki, Jakubiszak, Firlej, Gierżot, Poręba
Belgia: Verwimp, Valkiers, Hoyweghen, Reggers, Genechten, Fransen, Lantsoght (libero) oraz Vandecruys, D'Heer, Baetens
Z Gliwic Szymon Łożyński, dziennikarz Interia Sport
Zobacz również:












![WTA Toronto: Kiedy i o której Iga Świątek gra ze Sznajder? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000N5NGVU3TYF6JA-C401.webp)