Jest legendą siatkówki, a medale trzyma w ekologicznej torbie. Tak teraz patrzy na sport
Katarzyna Skowrońska to legenda polskiej siatkówki. Największe sukcesy z reprezentacją święciła na początku XXI wieku. Od kilku lat cieszy się sportową emeryturą, a na sport patrzy nieco inaczej. W rozmowie z Interią Sport podsumowała swoją bogatą karierę, oceniła młodsze koleżanki, a także zdradziła czym się obecnie zajmuje. - Dla mnie szklanka jest do połowy pełna. Udało mi się zdobyć ogrom rzeczy, których wielu świetnych sportowców nigdy nie doświadczyło. I to chcę pamiętać - mówi.

W skrócie
- Katarzyna Skowrońska podsumowuje swoją karierę sportową i opowiada o życiu na emeryturze.
- Wyjaśnia, dlaczego nie zdecydowała się wejść w rolę trenerki, menedżerki czy działaczki sportowej.
- Dzieli się pasją do nowego życia we Włoszech i renowacji historycznego młyna.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Maciej Brzeziński (Interia Sport): W 2019 roku zakończyła pani karierę sportową. Jak to jest być na sportowej emeryturze już od sześciu lat?
Katarzyna Skowrońska (była reprezentantka Polski w siatkówce): To wciąż brzmi dla mnie abstrakcyjnie, bo absolutnie nie czuję się jak emerytka. Jestem bardzo aktywną osobą, ale faktem jest, że na początku było mi trudno odnaleźć się bez narzuconego grafiku, bez porannych treningów, bez dyscypliny, w której żyłam przez tyle lat. Musiałam nauczyć się planować dzień po swojemu, a to wbrew pozorom wcale nie było proste. Z czasem odkryłam jednak ogromne plusy tego etapu. Po raz pierwszy od dawna mogę zadbać o siebie, chociażby zwyczajnie się wyleczyć, gdy jestem chora - w sporcie nie było na to przestrzeni, bo zawsze czekały treningi i mecze. Dziś mogę wsłuchać się w swój organizm, zwolnić i spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. Czuję się fantastycznie i cieszę się, że przyszedł w moim życiu czas także na taki etap.
Przez te lata pojawiała się pokusa powrotu na parkiet? Pojawiły się propozycje gry?
- Tak, szczególnie w pierwszych dwóch latach po zakończeniu kariery. Dostałam nawet propozycję z nowo powstającej ligi amerykańskiej - bardziej w roli osoby wspierającej treningi i mogącej wrócić na boisko na własnych warunkach. Pojawiały się także oferty z różnych lig europejskich. Bardzo kuszące. Ale ja długo dojrzewałam do decyzji o odwieszeniu butów na kołek. Wiedziałam, że fizycznie pewien etap się kończy, a mnie byłoby coraz trudniej rywalizować z młodszymi zawodniczkami na najwyższym poziomie. Nie chciałam patrzeć na siebie jako na sportowca, który gaśnie. Zakończyłam karierę w najlepszym możliwym momencie i do dziś jestem z tej decyzji dumna. Czy tęsknię za parkietem? Oczywiście. Gdy oglądam wielkie mecze, zdarza się, że brakuje mi tego wejścia na boisko przy tie-breaku i wzięcia na siebie ostatniej piłki. Siatkówka to miłość mojego życia. Ale ten rozdział jest świadomie zamknięty.
Ma pani w swojej kolekcji ogrom medali i trofeów. Czy jest takie, którego szczególnie brakuje?
- Jestem ogromnie dumna z tego, co osiągnęłam. Medali mam bardzo dużo, choć trzymam je… w ekologicznej torbie, zawiązanej na supeł, a nie w gablocie (śmiech). Nie mam potrzeby eksponować ich na co dzień. Najważniejsze są dla mnie dwa tytuły mistrzyń Europy to był początek mojej kariery i przełomowy moment. Cenię też wszystkie klubowe sukcesy w różnych krajach, bo każdy medal miał swoją historię i kosztował codzienną pracę. Czy czegoś brakuje? Oczywiście, mogłabym wymienić mistrzostwo świata, medal olimpijski czy zwycięstwo w Lidze Mistrzyń. Ale nie patrzę na to w kategorii "strat". Dla mnie szklanka jest do połowy pełna. Udało mi się zdobyć ogrom rzeczy, których wielu świetnych sportowców nigdy nie doświadczyło. I to chcę pamiętać.
Czy reprezentacja "Złotek" mogła osiągnąć więcej? Wykorzystałyście w pełni swój potencjał?
- Jeśli chodzi o mistrzostwa Europy uważam, że wtedy zrobiłyśmy absolutne maksimum. Żałuję natomiast bardzo, że nie udało nam się dwa razy awansować do igrzysk. Gdybyśmy pojechały na kolejny olimpijski turniej i tam coś wywalczyły, powiedziałabym, że potencjał był wykorzystany w stu procentach. W tamtych czasach nie wykorzystywało się też tak mocno potencjału marketingowego sportu, jak robi się to dzisiaj. Gdyby obecny świat mediów istniał wtedy - myślę, że "złotka" mogłyby na tym bardzo skorzystać. Później, po okresie naszych największych sukcesów, reprezentacja przechodziła przez różne zmiany trenerów i koncepcji. Nie zawsze trafione. Zawsze dawałam z siebie wszystko, stawiałam się na zgrupowaniach, ale takich wyników jak dwa mistrzostwa Europy już nie powtórzyłyśmy. Szkoda, ale taki jest sport.
Po zakończeniu kariery wielu sportowców zostaje trenerami. Pani nigdy nie miała takiej potrzeby?
- Nie. Miałam propozycje zarówno z Polski, jak i z zagranicy, ale nigdy nie czułam powołania do bycia trenerką. Znam ten świat od podszewki i wiem, że taka praca jest ogromnie stresująca i wymagająca. Z dziećmi czy młodzieżą mogłoby mi być łatwiej, ale praca na poziomie ligowym to zupełnie inna rzeczywistość. Czasem słyszałam, że powinnam "spłacić dług", bo pracowałam z najlepszymi trenerami. Nie czuję, że cokolwiek muszę. Po prostu nie jest to moja droga.
Wielu byłych siatkarzy obejmuje funkcje menedżerskie, związkowe czy administracyjne. Pani dostała takie propozycje?
- Tak, pojawiały się. I tak na marginesie dodam, że warto pamiętać również o kobietach w tym środowisku - chociażby Aleksandrze Jagiełło czy Małgorzacie Niemczyk. Kobiety także siadają "za biurkiem". Wracając do tematu: tak, proponowano mi pracę jako trenerki, dyrektorki sportowej czy osoby odpowiedzialnej za organizację zespołu. Ale żadna z tych dróg nie dawała mi choćby ułamka emocji, jakie dawała gra. A ja wiedziałam, że chcę iść w inną stronę - bardziej kreatywną, niezwiązaną ze sportem.
A propozycje spoza sportu? Chociażby polityka, wielu sportowców wybiera tę ścieżkę.
- Pojawiały się różne pomysły, także polityczne. Ale to były wizje innych ludzi na moje życie, nie moje. Zawsze grzecznie odmawiałam, nie zamykając sobie drzwi, ale też nie robiąc niczego wbrew sobie. Nie chcę angażować się w coś, z czym nie czuję wewnętrznej spójności.
W 2024 roku była Pani ekspertką telewizyjną na igrzyskach olimpijskich. Jak wspomina Pani to doświadczenie?
- To było ogromne wyróżnienie. Pojechać na igrzyska jeszcze raz, choć w innej roli, było czymś wyjątkowym. Poznałam fantastycznych ludzi, pracowałam w świetnym zespole i zobaczyłam od kulis, jak wygląda telewizja na żywo podczas największej imprezy sportowej na świecie. Komentowanie meczów z Tomaszem Swędrowskim było dla mnie wielkim wyzwaniem, on jest absolutnym profesjonalistą. Stres był ogromny, szczególnie na początku, ale z każdą transmisją czułam się pewniej. A ocena młodszych koleżanek? Starałam się być rzeczowa, nie surowa. Jako była zawodniczka wiem, jak łatwo słowem kogoś zranić. Mówiłam to, co widziałam, technicznie analizowałam sytuacje. Mam nadzieję, że wyszło dobrze.
Jak ocenia Pani poziom reprezentacji Polski kobiet pod wodzą Stefano Lavariniego? To już maksimum tego zespołu?
- Nie uważam, że to sufit. Odkąd Stefano objął drużynę, widać ogromny postęp: medale Ligi Narodów, dobry występ na mistrzostwach świata. To młody, ambitny zespół, który cały czas pracuje. Do najlepszych drużyn świata brakuje czasu, pracy i… odrobiny szczęścia. Jestem przekonana, że ta reprezentacja może dać nam jeszcze wiele radości. I będę mocno trzymać za nie kciuki.
A jak z TauronLigą? Śledzi ją Pani? Jak dziś wypada na tle tego, co było 20 lat temu?
- Uważam, że poziom ligi jest słaby. Porównania do czasów sprzed 20 lat niewiele mają sensu, bo siatkówka bardzo się zmieniła, podobnie jak metody treningowe i cały świat sportu. Martwi mnie jednak niewykorzystany potencjał byłych zawodniczek. Mamy w Polsce świetne ekspertki, które świetnie znają realia ligi i mogłyby bardzo pomóc w jej rozwoju. Polacy kochają siatkówkę i zasługują na ligę na wysokim poziomie. Wierzę, że osoby odpowiedzialne już nad tym pracują.
Kilka miesięcy temu przeprowadziła się Pani na stałe do Włoch. Dlaczego właśnie tam?
- Pierwszy raz trafiłam tutaj na kontrakt w 2000 roku i od tamtej pory Włochy mnie urzekają - pogodą, serdecznością ludzi, kuchnią. Zjeździłam pół świata, ale nigdzie nie czułam się tak dobrze jak tutaj. Znam język, czuję się bezpiecznie, mam swoje miejsce. Kiedy przekraczam granicę, piję pierwsze espresso i czuję słońce na twarzy - jestem zwyczajnie szczęśliwa. Trudno to wytłumaczyć. To trzeba poczuć. Mam rodzinę w Polsce i swoje sprawy biznesowe, więc często tam wracam. Lot trwa półtorej godziny. Nie czuję żadnego oddalenia, ale to właśnie Włochy są miejscem, w którym chcę teraz żyć.
Na koniec, czym dziś zajmuje się Katarzyna Skowrońska?
- Kupiłam we Włoszech nieruchomość - stary młyn z 1470 roku. To piękny, historyczny budynek, który właśnie odnawiam. Remont jest skomplikowany i czasochłonny, bo włoska biurokracja wymaga cierpliwości, ale to mój wielki projekt i ogromna pasja. Zajmuję się aranżacją wnętrz, projektowaniem ogrodu, całym zagospodarowaniem przestrzeni. Nigdy wcześniej, grając zawodowo, nie miałam czasu rozwijać takich zainteresowań. Teraz mogę łączyć wszystkie swoje pasje w jednym miejscu. To mnie rozwija i daje mi dużo radości.
Rozmawiał Maciej Brzeziński

















