Reklama

Reklama

ZAKSA w finale Ligi Mistrzów. Waldemar Wspaniały: Grupa Azoty pokazała klasę, to był wielki mecz

Oglądanie meczu rewanżowego siatkarzy Grupy Azoty w półfinale Ligi Mistrzów kosztowało Waldemara Wspaniałego dużo nerwów. "Chłopcy pokazali klasę. To był wielki mecz" - powiedział były trener klubu z Kędzierzyna-Koźla, a obecnie członek zarządu.

Wspaniały uchodzi raczej za spokojnego człowieka, ale przyznał, że nie był w stanie z pełnym opanowaniem śledzić środowej rywalizacji Grupy Azoty. Tydzień temu siatkarze z Kędzierzyna-Koźla pokonali na wyjeździe Zenit Kazań 3:2. Teraz u siebie przegrali 2:3, nie wykorzystując łącznie siedmiu meczboli. Decydującego tzw. złotego seta rozstrzygnęli już jednak na swoją korzyść, wygrywając 15:13.

"Na spokojnie tego meczu nie dało się oglądać. Wysłałem SMS do Sebastiana Świderskiego (prezesa klubu - red.), żeby szanowali zdrowie dziadka, bo jeśli następne mecze będą równie nerwowe i pełne emocji, to mogą być kłopoty ze zdrowiem. To było niesamowite spotkanie. Nie wiem, czy nie najlepsze w tym sezonie. Pierwszy set był jednostronnym widowiskiem, ale całość skończyła się happy endem. Szacunek i gratulacje dla chłopaków. Mogli co prawda zakończyć to wcześniej, bo mieli piłki meczowe w górze zarówno w czwartym, jak i w piątym secie. Ale mimo że nie wykorzystali tych szans, to nie poddali się i nie spuścili głów, tylko walczyli do końca w tym wielkim meczu" - podsumował były szkoleniowiec zespołu z województwa opolskiego.

Reklama

Jak dodał, najbardziej stresował się pod koniec czwartej partii.

"Chłopcy mieli wówczas kilka meczboli w górze. W tym dwa Łukasz Kaczmarek, z czego jeden na pojedynczym bloku, który powinien skończyć. Wtedy się zastanawiałem, czy to nie będzie miało wpływu na dalszy przebieg tego spotkania. W piątym secie im się nie udało, ale w złotym już na szczęście tak" - wspominał działacz.

W niektórych fragmentach środowego spotkania gospodarzom przytrafiało się dość dużo błędów.

"W siatkówce nie da się ich nie popełniać. Kto robi ich mniej, ten wygrywa. I tak było dziś. Chłopcy z Zaksy popełnili o te kilka błędów mniej, szczególnie w piątej partii i tzw. złotym secie. Każdy się myli. Trudno jednoznacznie wskazać powód. Składa się na to psychika i technika. Decyzje podejmuje się w ułamki sekundy" - argumentował Wspaniały.

W pojedynku rozgrywanym w Kazaniu to kędzierzynianie musieli odrabiać straty (przegrywali 0:2 w setach) i bronić piłek meczowych. Tydzień później role się nieco odwróciły.

"Tym razem rzeczywiście przez większość czasu to rosyjski zespół musiał gonić, a mając takich zawodników jak Earvin N'Gapeth i Maksim Michajłow dopadali nas. Kędzierzynianie pokazali klasę. Chłopcy nie pękali pomimo tego, że również robili błędy. Nie przestraszyli się doświadczonych rywali, wśród których było paru wybitnych zawodników. To naprawdę trzeba uszanować. Tym bardziej, że to są w większości młodzi zawodnicy, którzy dopiero zaczynają tak naprawdę wielką karierę" - ocenił były trener reprezentacji Polski.

Pochwalił cały zespół Grupy Azoty, ale też przyznał, że jeden gracz zasłużył na dodatkową pochwałę.

"Wiadomo, że w siatkówce jeden zawodnik sam nie wygra meczu. Ale wielkim odkryciem sezonu na pewno jest Kamil Semeniuk, który zrobił niesamowity postęp. Ale jak mówiłem, każdy wykonał swoją robotę na 100, a może nawet 200 procent" - podsumował.

Dotychczas najlepszym wynikiem klubu z Kędzierzyna-Koźla w LM było trzecie miejsce wywalczone w 2003 roku. Wówczas Wspaniały był trenerem, a Świderski czołowym siatkarzem.

"Możemy tak żartować, że obecność Sebastiana i moja jest receptą na sukces, ale teraz to oczywiście kluczowa była postawa zawodników i trenera Nikoli Grbica. Sebastiana rola oczywiście też jest istotna, bo odpowiada właściwie za wszystko - dobór składu i obsadę stanowiska trenera. W 2003 roku wywalczył trzecie miejsce, dostał nagrodę dla najlepiej zagrywającego zawodnika, potem wyjechał do ligi włoskiej, następnie wrócił do kraju, a teraz od pięciu lat jest prezesem. Ja zaś teraz pomagam tylko w klubie" - zaznaczył obecny członek zarządu Zaksy.

Według niego awans do finału obecnej edycji LM to może nie wielki, ale na pewno duży sukces klubu i polskiej siatkówki.

Od dłuższego czasu już w mediach przewijają się informacje, że po sezonie z Zaksy odejdzie kilku ważnych zawodników, w tym mający długi staż rozgrywający Benjamin Toniutti i libero Paweł Zatorski. Klub opuścić ma również środkowy Jakub Kochanowski.

"Ben i Paweł bardzo dużo wnieśli do tego zespołu. Kuba grał tylko jeden sezon - szkoda, ale każdy wybiera swoje miejsce. Rozegranie i libero to ważne pozycje, ale praktycznie skład na przyszły sezon jest już dopięty. Brakuje jeszcze tylko jednego czy dwóch zawodników. Część z podstawowych graczy zostaje, a przyjdzie np. Norbert Huber. Nowym rozgrywającym będzie Marcin Janusz. Sam jestem ciekawy, jak zespół będzie grał pod jego wodzą. Ale to są sprawy na przyszły sezon" - podkreślił Wspaniały.

Finał LM odbędzie się 1 maja w Weronie. Rywalem kędzierzynian będzie Sir Sicoma Monini Perugia, której zawodnikami są Wilfredo Leon i Maciej Muzaj, natomiast trenerem selekcjoner biało-czerwonych Vital Heynen lub Itas Trentino. Rywalizacja w tej parze również jest zacięta i nadal trwa.

"Od początku podejrzewałem, że może się to skończyć tzw. złotym setem. Widać po wszystkich półfinalistach, że potrafią grać dobrze i u siebie, i na wyjeździe. Niezależnie od tego, kto dołączy do Grupy Azoty, finał to będą Himalaje siatkówki klubowej" - zapewnił Wspaniały.

Agnieszka Niedziałek 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje