Reklama

Reklama

Wicemistrzyni olimpijska odwiedziła Auschwitz. "Stałam i płakałam"

Roberta Ratzke gra w ŁKS Commercecon. Z klubową koleżanką Pietrą Jukoski siatkarki były w Muzeum Auschwitz. – Byłam przejęta tym, co zobaczyłam: górą włosów, okularów, dziecięcych bucików, walizek z nazwiskami więźniów, którzy wierzyli, że wrócą do domów – przyznaje Brazylijka.

Ratzke interesuje się nazizmem, duża o nim czyta i ogląda filmy. Ma to też związek z jej przodkami. Jej pradziadek i dziadek urodzili się w Alt-Altmannsdorf - obecnie to wieś Starczów położona tuż obok Ząbkowic Śląskich. Po wojnie jej rodzina wyemigrowała do Brazylii.

W ubiegłym roku Ratzke z reprezentacją tego kraju wywalczyła wicemistrzostwo olimpijskie w siatkówce. W finale uległy 0:3 Stanom Zjednoczonym. 31-letnia rozgrywająca od tego sezonu gra w ŁKS Commercecon. To dla niej pierwszy wyjazd do klubu spoza Brazylii.

Reklama


Andrzej Klemba, Interia: Twoje nazwisko sugeruje, że przodków masz w Europie?

Roberta Ratzke: - To prawda, pochodzili z Niemiec. Kiedy zdecydowałam, że będę grała w Polsce, zaczęłam szukać informacji na temat moich przodków. Okazało się, że mój pradziadek urodził się w Starczowie, ale do 1945 roku ta wieś leżała w Niemczech [na Dolnym Śląsku, koło Ząbkowic Śląskich i nazywała się Alt-Altmannsdorf - przyp. red.]. Dziadek miał trzy lata, kiedy wsiedli na statek i popłynęli do Brazylii. Zamierzam odwiedzić tę miejscowość. W zespole zaczęli mnie pytać, skąd pochodzi moje nazwisko i kiedy powiedziałam, że mam niemieckie korzenie, trochę mi w żartach dokuczali. Okazuje się jednak, że dla wielu starszych Polaków to wciąż bolesne sprawy i wielu delikatnie mówiąc nie lubi Niemców za krzywdy wyrządzone podczas wojny. Młodsi chyba już rozumieją, że kolejne pokolenia nie są winne tym strasznym wydarzeniom.


To, że dziadkowie stąd pochodzą, miało znaczenie, kiedy podejmowałaś decyzję o przyjeździe do Polski?

- Mogłam jeszcze grać we Włoszech. Chyba jakoś w środku poczułam, że to właściwy kierunek na pierwszy klub w Europie. Podczas zeszłorocznego turnieju Ligi Narodów w Rimini, rozwiałam z trenerem Holenderek Avitalem Selingerem, który pochodzi z Izraela. Kiedy powiedziałam, że będę grała w Polsce, powiedział, że to świetny wybór. Spytałam go, co powinnam zobaczyć i wspomniał między innymi o obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Jego wujek i dziadek zostali tam zamordowani. Nie wiem, jak to jest mieć tam rodzinę i ją stracić. Pewnie nie potrafię poczuć tego w pełni. Dlatego też mocno szanuję Polskę za to, czego doświadczyła. Już wcześniej razem z siostrą interesowałyśmy się nazizmem. Mnóstwo czasu spędzałyśmy na czytaniu i oglądaniu filmów o zagładzie Żydów i wojnie.


Byłaś w obozie zagłady w Oświęcimiu?

- Tak pojechałam tam z koleżanką z zespołu Pietrą Jukoski, ale muszę tam wrócić, bo trafiłyśmy tam trochę przypadkowo. Najpierw odwiedziłyśmy park rozrywki w Zatorze. Było już po południu, kiedy zorientowałam się, że jesteśmy blisko Oświęcimia. Postanowiłyśmy tam pojechać, choć było już dość późno. Jak zbliżałyśmy się do obozu i nawigacja pokazała, że jeszcze minuta do celu, dostałam gęsiej skórki na myśl, że odwiedzimy to miejsce. Kiedy zobaczyłam Auschwitz z daleka, byłam jak zamrożona.

Dla wielu osób wizyta w Oświęcimiu to trudne przeżycie....

- Dla ciebie to coś, co mogło dotknąć twoich bliskich i wiesz, że jest prawdziwe. Ja wiem, że coś takiego strasznego jak obozy zagłady były, ale nigdy nie widziałam na własne oczy. Nie byłam pewna na 100 procent. Teraz uwierzyłam i to jest świadectwo olbrzymiej krzywdy ludzi. To musi trwać i przypominać do końca świata. Żeby nigdy nie więcej się nie wydarzyło.


Mówisz, że przyjechałyście tam późno. Co zobaczyłyście i czego doświadczyłyście?

- Okazało się, że najpierw przyjechałyśmy do obozu numer 2, który za chwilę zamykali dla zwiedzających. Poradzono nam, byśmy pojechały do Muzeum Auschwitz. Tak więc zrobiłyśmy. Kupiłyśmy bilety, ale myślałyśmy, że to tylko jedna sala. Dopiero jak wyszłyśmy na zewnątrz i stanęłyśmy przed bramą z napisem "Arbeit mach frei" zrozumiałyśmy, że to cały obóz jest wielkim muzeum. Było jednak już bardzo późno i zaczęło się ściemniać. Weszłyśmy do kilku baraków, zrobiłam sporo zdjęć, ale były miejsca, w których nie byłam w stanie wyciągnąć aparatu. Byłam przejęta tym co widzę: górą włosów, okularów, dziecięcych bucików, walizek z nazwiskami więźniów, którzy wierzyli, że wrócą do domów. Kiedy trafiłyśmy do krematorium, był tam napis, ile osób tu zginęło, zachowaj ciszę i oddaj im szacunek. To była najtrudniejsza chwila. Było naprawdę ciężko tam być. Stałyśmy kilka minut w milczeniu i zaczęłam płakać. To było silniejsze ode mnie. Spojrzałam na Pietrę, która też nie kryła emocji. Od razu wiedziałam, że muszę tu wrócić na dłużej, by mieć więcej czasu i spokoju na zwiedzanie. Na cały dzień.


Podejrzewam, że powrót do Łodzi nie był łatwy?

- Kiedy wsiadłyśmy do samochodu, przez długie minuty ze sobą nie rozmawiałyśmy, tylko wszystko w środku przeżywałyśmy. W końcu mówię do Pietry, co to był za dziwny dzień. Zaczęłyśmy od świetnej zabawy na rollercoasterze, a skończyłyśmy w miejscu zagłady setek tysięcy ludzi. Każdy musi odwiedzić to miejsce. Niemcy nie mogą o tym nigdy zapomnieć. Nikt nie może o tym zapomnieć. Napisałam do siostry, że nie uwierzy, gdzie jestem i odpisała, że bardzo chciałaby ze mną tam być.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama