Reklama

Reklama

Sebastian Świderski dla Interii: Ludzie chcą więcej siatkówki w siatkówce

- Środowisko powinno rozwijać siatkówkę, a nie dzielić i obniżać poziom. Chcę jednoczyć i rozwiązywać problemy, a nie je zaogniać. Wybór selekcjonera kadry? Jestem zwolennikiem rozmów z jednym, dwoma trenerami. Byłbym szaleńcem, wręcz głupim człowiekiem, gdybym nie widział wśród kandydatów Nikoli Grbicia - mówi Interii Sebastian Świderski, 322-krotny reprezentant Polski, prezes Grupy Azoty ZAKS-y Kędzierzyn-Koźle. Były siatkarz kandyduje w zaplanowanych na poniedziałek i wtorek wyborach prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

Damian Gołąb, Interia: Zapytam trochę przewrotnie: męska kadra zdobywa medale mistrzostw Europy, juniorzy złoto mistrzostw świata, organizujemy duże siatkarskie imprezy. Czy zatem polska siatkówka potrzebuje zmian?

Sebastian Świderski, prezes Grupy Azoty ZAKS-y Kędzierzyn-Koźle, kandydat na prezesa PZPS: Skoro siedmiu kandydatów przystępuje do wyborów, sygnał jest chyba jasny. To nie jest środowisko jednolite. To powód, dla którego startuję. Dyscyplina organizująca takie imprezy, sięgająca po sukcesy na każdym polu, jak żadna inna w Polsce, powinna być zjednoczona. Środowisko powinno rozwijać siatkówkę, a nie dzielić i obniżać poziom.

Reklama

To nowe podziały, z ostatnich kilku lat, czy trwają dłużej?

- Różnice będą zawsze, zawsze trzeba mieć opozycję. Gdy jej nie ma, trzeba zastawiać się, kto z "przyjaciół" ją stworzy. Opozycja jest potrzebna, bo wtedy widać, gdzie są braki i błędy, w którym kierunku warto się rozwijać. Tak samo jest w siatkówce: wygranego spotkania nie analizuje się długo, a po każdej porażce szuka się błędów i słabych punktów w grze do poprawy. Tak samo tutaj. Świat siatkarski podzielił się jakiś czas temu, to nie kwestia roku, pięciu czy dziesięciu lat. Podział zawsze będzie istniał, ale trzeba zrobić tak, by nie był głęboki. A różnice zdań nie działały destrukcyjnie, tylko pomagały w dalszym rozwoju całego projektu, jakim jest siatkówka.

Mówi pan o słabych punktach - czego więc w polskiej siatkówce najbardziej brakowało w ostatnich latach? Gdzie są te słabe punkty?

- Pamiętajmy, że nie rozmawiamy tylko o męskiej i żeńskiej reprezentacji. Na siatkówkę trzeba spojrzeć globalnie, przez pryzmat sędziów, młodzieży, regionów i klubów, które znikają z siatkarskiej mapy. Chciałoby się, by jak najwięcej dzieci zaczynało przygodę z siatkówką, ale szkolenie dla samego szkolenia nie jest dobrym kierunkiem. Trzeba to robić mądrze i jakościowo, by młodzież nie zniechęcała się do siatkówki i chciała się w nią dalej bawić. Szkolenie musi być mądre, trzeba uczyć tak, by ograniczać kontuzje.

Jest kilka punktów zapalnych do poprawienia. Mamy za małe wpływy we władzach CEV-u i FIVB. Bardzo trudnym tematem jest brak współpracy między ligami europejskimi i światowymi. Nie wiem, czy to możliwe do przeskoczenia, ale trzeba próbować. Chodzi o kalendarz, by nie było sytuacji, w których zawodnicy są eksploatowani przez 12 miesięcy w roku i nie mają możliwości regeneracji. Byłem zawodnikiem, jestem prezesem klubu, więc wiem, jak to wygląda. Czasami człowiek przemieszcza się tylko z meczu na mecz, przy Lidze Mistrzów dochodzą przeloty i gra co trzy dni. Do tego klubowe mistrzostwa świata... Nie wiadomo, gdzie to zmieścić. Fajnie, że jest sporo siatkówki, to ją promuje, ale jest tego wszystkiego trochę za dużo.

Z jednej strony sięgnięcie do podstaw i zmian w szkoleniu, z drugiej wpływanie na kalendarz europejskich i światowych rozgrywek. Bardzo szeroka wizja.

- Nie chcę zamykać się na jednym czy dwóch tematach i na nich bazować. Jest wiele rzeczy do udoskonalenia. Nie wszystko należy wymieniać. Trzeba pamiętać o tym, od czego pan zaczął: zdobywamy medale, bardzo fajnie funkcjonują Siatkarskie Ośrodki Szkolne, co widać po kadrze U-19, która zdobyła złoto MŚ. Zastanawiające, dlaczego u chłopaków wygląda to tak dobrze, a u dziewczyn trochę gorzej. Co prawda, jeśli w pierwszej reprezentacji gra 17-latka, można powiedzieć, że szkolenie jest dobre. Ale z drugiej strony, dlaczego musimy po nią sięgać? Gdzie są te starsze siatkarki, które dwa, trzy lata temu były uważane za utalentowane? To wyrwa, nie ma ciągłości szkolenia i rozwijania dziewczyn. To temat rzeka. Problem widać, ale trzeba znaleźć jego źródła. Z perspektywy człowieka zajmującego się męską siatkówką tego źródła nie widzę, ale trzeba je znaleźć i rozwiązać problem.

Schemat szkolenia jest podobny, opiera się na wspomnianych przez pana S.O.S., chłopcy i dziewczęta mają własne Szkoły Mistrzostwa Sportowego. A mimo wszystko różnica jest duża - mężczyźni od lat są w czołówce, kobiety na dobre z niej wypadły.

- Cieszę się, że zaczęły wracać do czołówki. 5-6 lat temu było naprawdę słabo, teraz kroczek po kroczku idziemy do góry. Może nie tak jak Włosi w męskiej siatkówce, którzy w tym roku z roli odmłodzonego zespołu sięgnęli po medal. Przed meczami w Katowicach rozmawiałem z szefem tamtejszej ligi i kilkoma osobami z Włoch, które już awans do półfinału uznawały za sukces. Mają trzyletni plan, kadra zaczyna się kreować, a już wygrali ME. Młoda drużyna też jest więc w stanie wygrywać. U kobiet to trudniejsze. Praca, jaką wykonał Jacek Nawrocki, spowodowała jednak, że wracamy do czołówki, dobijamy się do niej. Trudno będzie przeskoczyć niektóre nacje, które wychowały siatkarki na najwyższym poziomie. Ciężko w Polsce znaleźć zawodniczkę o takich parametrach, jak Paola Egonu, także ze względów geograficznych.

Żeńska kadra została bez trenera. Jacek Nawrocki w oświadczeniu napisał, że jeśli tylko będzie taka możliwość, chciałby ponownie ubiegać się o pracę z kadrą. Gdyby pan został prezesem PZPS, trener Nawrocki miałby na to szansę?

- Pracę wykonał bardzo dobrze, zostaje jednak pytanie, dlaczego zrezygnował? Czy przypadkiem coś nie stało się wewnątrz kadry? Trzeba porozmawiać ze środowiskiem, zawodniczkami, sztabem. Jeżeli jednak trener chciałby kontynuować pracę, na pewno trzeba mu dać szansę i porozmawiać. Co do sposobu wyłaniania selekcjonera, myślę, że w męskiej kadrze konkurs nie byłby potrzebny. Nad systemem w kobiecej trzeba zastanowić się w szerszym gronie. Ale z trenerem Nawrockim należy porozmawiać o kadrze, jej plusach i minusach, jeszcze przed decyzją o formie wyborów nowego selekcjonera. To byłaby przy okazji rozmowa na temat przyszłości. Polscy szkoleniowcy też rosną w siłę. Dlaczego nie porozmawiać również z nim? To nic nie kosztuje, chcę rozmawiać ze wszystkimi. Jednoczyć i rozwiązywać problemy, a nie je zaogniać.

Dopuszcza pan łączenie posady selekcjonera i trenera klubowego? Brak takiej możliwości był jedną z przyczyn rezygnacji trenera Nawrockiego.

- Dla mnie nie ma z tym problemu. Trener jest zawodem, w którym trzeba “siedzieć" i pracować, jeśli tylko ma się taką potrzebę. Nie jestem jednak zwolennikiem tego, by trener żeńskiej reprezentacji pracował z dziewczynami w polskim klubie. Gdyby trener Nawrocki miał znów ją prowadzić, nie widziałbym możliwości, by pracował z żeńskim klubem w Polsce. Z klubem żeńskim za granicą, z męskim w Polsce - ok. Ale praca na dwa fronty nie jest chyba dobra. Przeżyłem to jako zawodnik, patrząc, jak męczy się trener Waldemar Wspaniały. Jesteśmy takim narodem, w którym ciężko psychicznie wytrzymać taką sytuację. Na selekcjonerów i trenerów wylewa się wielka fala hejtu, to przenosi się z klubu na kadrę i odwrotnie. Są przykłady, gdzie to funkcjonuje, choćby Niemcy. Nie wydaje mi się jednak, że to dobry kierunek. Bardziej zwróciłbym uwagę na trenera Bernardo Rezende, który prowadził męską kadrę, a w klubie pracował z kobietami, i odnosił sukcesy w obu drużynach.

Tym, co w tym momencie najbardziej rozpala siatkarskich kibiców i środowisko, jest posada trenera męskiej kadry. Vital Heynen definitywnie powinien pożegnać się z reprezentacją Polski?

- A nie pożegnał się?

On tak, ale związek z nim jeszcze nie.

- Zrobił bardzo wiele, tylu medali męska reprezentacja nie przywoziła. Trzeba mu oddać szacunek. Ale też porozmawiać i wyciągnąć z tego wnioski. Czy dać szansę? Wszystko jest sprawą otwartą. On głośno mówi, że chciałby spróbować sił z żeńską reprezentacją, może to jest odpowiedni kierunek. Są głosy na plus i na minus. Na pewno trzeba mu oddać, że zrobił wielką rzecz dla polskiej siatkówki. Niestety cel numer jeden, który sam zakładał i mówił o nim już cztery lata temu, czyli złoty medal igrzysk olimpijskich, nie został zrealizowany. Widać po jego zachowaniu zmęczenie materiału.

Wspomniał pan, że nie jest zwolennikiem konkursu na trenera męskiej kadry. Rozmawiałby pan więc raczej z wcześniej wybranymi kandydatami?

- Tak, podobnie funkcjonowałem w klubie i to fajnie wychodzi. Należałoby porozmawiać z wybranymi ludźmi, dwoma, trzema kandydatami. Ta lista nie musi być listą zamkniętą. Konkursy zaczynają zwykle menedżerowie, którzy najczęściej poprzez media zgłaszają swoich klientów. Jestem zwolennikiem rozmów z jednym, dwoma trenerami, a nie szerokim gronem kandydatów. Wtedy trzeci czy czwarty rozmywa to, co mówił pierwszy i drugi.

Czy w tym ścisłym gronie jest miejsce dla polskich trenerów? Widzi pan w Polsce kandydatów gotowych do pracy z kadrą?

- Tak, widać kandydatów. Fajną pracę rozpoczął w zeszłym roku Michał Winiarski, o którym wszyscy mówią, że może zostać selekcjonerem. Byłby ciekawą opcją. Jest Kuba Bednaruk, który miał nawet okazję zaistnieć przy reprezentacji w 2019 r. w czasie Ligi Narodów w Chicago. Jest Piotrek Gruszka, który po chwilowym rozbracie z siatkówką wraca na ławkę trenerską. Pamiętajmy też o tych starszych, jak Mariusz Sordyl czy Andrzej Kowal. Ale wiele zależy od nich, niektórzy nie mają aspiracji do bycia selekcjonerem. Trzeba rozmawiać z polskimi trenerami.

Z pana osobą wiąże się nazwisko Nikoli Grbicia. Mimo że jego rozstanie z ZAKS-ą być może nie było zbyt dżentelmeńskie, jest pan z nim w dobrych relacjach? Zadeklarował już, że rozważyłby propozycję z polskiej kadry. Będzie wśród kandydatów na selekcjonera?

- Po pierwsze chcę sprostować: rozstanie klubu z Nikolą nie było niedżentelmeńskie. Wszystko było fair. Nie było sytuacji, w której ktoś kogoś poinformował, przyniósł papier i poszedł. Jeszcze po wygraniu Ligi Mistrzów Nikola się wahał, decyzja zapadła kilka dni później. Takie słowa są dla niego krzywdzące. Mamy bardzo dobry kontakt, spotkaliśmy się na memoriale Arka Gołasia. Byłbym szaleńcem, wręcz głupim człowiekiem, gdybym nie widział go wśród kandydatów na selekcjonera kadry. Osiągnął z ZAKS-ą największy sukces w polskiej siatkówce klubowej od 43 lat. Nie mam jednak wiedzy, jak skonstruowany jest jego kontrakt z Perugią. To, że chciałby trenować kadrę, deklarował i wcześniej.

Dość późno zdecydował się pan na start w wyborach. Wystarczyło czasu na zbieranie szabel?

- Przekonamy się w poniedziałek albo we wtorek w nocy. Mam taką nadzieję. Bardzo cieszę się, że dalej jestem w grze. Cieszę się też, że wsparcie kibiców jest tak wielkie, to dla mnie bardzo krzepiące. Przyznam się, że gdy w Gdańsku razem z innymi byłymi reprezentantami zostaliśmy wspaniale przywitani przez kibiców, zakręciła mi się łza w oku. Ludzie pamiętają i wspierają, to dla mnie najważniejsze. Dzwonią do mnie osoby ze środowiska, popierają i pytają, czy mam szansę. To też mnie cieszy, bo w pewnym momencie zaczęły się pojawiać głosy, że jestem figurantem, który zrobi trochę zamieszania, a potem wycofa się albo dogada z kimś innym.

Czuje się pan kandydatem siatkarskiego środowiska, w przeciwieństwie na przykład do kojarzonego z polityką Ryszarda Czarneckiego?

- Głosy ze środowiska pokazują, że ludzie chcą więcej siatkówki w siatkówce. I człowieka z nią związanego. Stanę w poniedziałek przed delegatami, przedstawię mój program i przemyślenia. Zobaczymy, czy to wystarczy. Ostatni miesiąc był dla mnie szalony, i to przez duże “S". Tyle jazdy, kilometrów, rozmów, a przy okazji ME. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Spotykając się z różnymi środowiskami chcę się rozwijać. Słyszę ich problemy, głosy, które wskazują, co funkcjonuje dobrze, a co źle.

Czy będę prezesem PZPS, czy dalej ZAKS-y, postaram się wykorzystać to na swoim poletku. To dla mnie cenna lekcja siatkarskiego życia. Ale opozycja, jak mówiłem, też jest ważna. Po wyborach powinniśmy wszyscy spotkać się i porozmawiać o tym, co zrobić, by siatkówka dalej się rozwijała. By męska kadra w końcu zdobyła medal olimpijski, a żeńska może na początek awansowała na igrzyska. Małymi kroczkami w górę, męska kadra też przechodziła katusze, zanim stanęła w 2006 r. na podium MŚ. W żeńskiej było odwrotnie, po "Złotkach" z początku XXI w. jest dołek. Ale myślę, że na tyle płytki, by szybko z niego wyjść i znów walczyć z najlepszymi.

Kandydatów jest aż siedmiu. Pan nie zrezygnuje z kandydowania ani nie przekaże nikomu poparcia. Czy jednak rozmawia pan z innymi kandydatami? Może ktoś pana poprze?

- Wszystko się może zdarzyć nawet w dniu wyborów, na samej sali. Na pewno rozmowy kuluarowe na ten temat się pojawią. Każdy potrafi liczyć. Nie wydaje mi się, by siedmiu kandydatów stanęło na mównicy, by przedstawiać swój program rozwoju polskiej siatkówki.

PZPS czy imprezy organizowane przez związek w dużej mierze są finansowane przez państwowe spółki. Nie obawia się pan, że jeśli pan Czarnecki przegra wybory, z finansowaniem może być problem?

- Nie, siatkówka w Polsce jest na tyle silna i medialna, że sponsorzy, którzy są przy niej, nie będą patrzeć przez ten pryzmat. A raczej z perspektywy biznesu: sponsoring też nim jest. Mamy bardzo fajny produkt do sprzedania i najlepszych kibiców na świecie. To się broni. Bardzo bym się zdziwił, gdyby po moim zwycięstwie sponsorzy rezygnowali z tak medialnego projektu.

Ma pan pomysł, jak mocniej przyciągnąć prywatny biznes do siatkówki? 

- Może nie powinienem, ale wrócę teraz na regionalne podwórko. W ZAKS-ie mamy kilkudziesięciu sponsorów, z wieloma rozmawiam, wielu udało się ściągnąć. Nie chcę mówić, że jestem ich gwarantem. Jeżeli jednak nie będzie się rozmawiać i podejmować prób, nie osiągnie się sukcesu. Trzeba zagospodarować rynek prywatny i ściągnąć ich jak najwięcej. Nie znam jednak zapisów umów z obecnymi sponsorami, są pewnie jakieś obwarowania. Dla każdego, kto chce wspierać polską siatkówkę, znajdzie się jednak miejsce.

Co będzie z ZAKS-ą, jeśli zostanie pan wybrany prezesem PZPS? To możliwe, by łączyć obie funkcje?

- Nie znalazłem nigdzie w regulaminie zapisu, by nie było takiej możliwości. Jestem jednak tylko człowiekiem. Wiem, ile kosztuje mnie praca w ZAKS-ie, a ile prezesa PZPS Jacka Kasprzyka kosztuje praca w związku. Nie ma nadludzi. Po pierwsze, na łączenie tych funkcji nie pozwala czas. Po drugie, nie byłoby to chyba dobre wizerunkowo. Mam nadzieję, że będę miał taki problem we wtorek. Ale pamiętajmy, że to akcjonariusze klubu będą decydować, co dalej, a nie Sebastian Świderski.

W ZAKS-ie udało się osiągnąć sukcesy, jest uważana za dobrze poukładany klub. Po co więc panu ten PZPS?

- Udało się fajnie poukładać klub. To, co zakładałem, zostało wykonane. W klubowej siatkówce osiągnęliśmy wszystko, co było możliwe. Może z wyjątkiem klubowych mistrzostw świata, ale to bardziej komercyjna niż sportowa impreza. Dlaczego PZPS? Chcę się rozwijać, iść do przodu. Związek to marzenie wielu działaczy. Nakłoniły mnie trochę do tego głosy środowiska. Jestem sportowcem, zawsze lubię walczyć o coś więcej. Traktuję to jako kolejny krok w mojej karierze, chcę spełniać swoje marzenia. Czy się uda, zależy od delegatów. Są też rzeczy, o których nie mogę mówić oficjalnie, które jednak też miały wpływ na to, że zgłosiłem kandydaturę. Leży mi na sercu dobro polskiej siatkówki, mam nadzieję, że podobnie jest z każdym z kandydatów. Dalej chciałbym też spłacać kredyt, który dała mi siatkówka. To dzięki niej jestem w obecnym miejscu, jestem z nią od ósmego roku życia. Myślę, że tej dyscyplinie jeszcze coś się ode mnie należy.

Rozmawiał Damian Gołąb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje