Reklama

Reklama

Sebastian Świderski: Chcemy wygrać wielki finał Ligi Mistrzów

"Chcemy wystąpić w wielkim finale Ligi Mistrzów i go wygrać" - powiedział drugi trener ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, a wcześniej jej siatkarz i wielokrotny reprezentant Polski, Sebastian Świderski przed turniejem Final Four, który w weekend obędzie się w Omsku.

"Chcemy wystąpić w wielkim finale Ligi Mistrzów i go wygrać" - powiedział drugi trener ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, a wcześniej jej siatkarz i wielokrotny reprezentant Polski, Sebastian Świderski przed turniejem Final Four, który w weekend obędzie się w Omsku.

To pana drugi finał Ligi Mistrzów z zespołem z Kędzierzyna-Koźla. 10 lat temu uczestniczył pan w nim jako zawodnik Mostostalu. Czy atmosfera w zespole przypomina tę sprzed dekady?

Sebastian Świderski: Nastroje chyba faktycznie są podobne, czyli pełna mobilizacja. Choć 10 lat temu nasz zespół występował raczej w roli niedoświadczonego kopciuszka, który dopiero wchodził na siatkarskie salony. Pułap, z którego teraz startujemy, jest zupełnie inny. Liga Mistrzów nie stanowi dla nas tabu, jak wtedy. Jesteśmy w Omsku, by walczyć o najwyższe cele i to właśnie powtarzają sobie zawodnicy, więc nie trzeba ich dodatkowo motywować. Chcemy wystąpić w wielkim finale i go wygrać. Dekadę temu jechaliśmy z Mostostalem przede wszystkim, by się pokazać, a przywieźliśmy trzecie miejsce. Teraz taka pozycja nas nie usatysfakcjonuje.

Reklama

Ambicje są zatem duże...

- Tak, ale oczywiście wszystko zweryfikuje boisko. Pokaże, czy zasłużyliśmy na grę w wielkim finale. Jeśli jednak danego dnia przeciwnik będzie lepszy, a my po meczu nie będziemy mieli do siebie pretensji i powiemy sobie w szatni, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, to trudno - taki jest sport.

- W półfinale czeka na was włoska drużyna Bre Banca Lannutti Cuneo. Na co uczulacie zawodników szczególnie? Jakie elementy będą kluczowe?

- Ćwiczymy w Omsku do znudzenia zagrywkę oraz przyjęcie. Wydaje się to siatkarskim frazesem, ale od tego zaczyna się gra; to warunkuje dalsze scenariusze na boisku. Dobra zagrywka to podstawa dzisiejszej siatkówki. Jeśli ten element dobrze funkcjonuje, można wygrać z każdym. Jeśli nie, to trzeba mocno nadrabiać w innych elementach.

- Pan siedem lat grał we Włoszech, więc powinien wiedzieć, czego można spodziewać się po zespole z Cuneo?

- Ta ekipa mogła zaimponować w meczu rewanżowym z Maceratą. Nikt chyba nie postawiłby na nią złotówki po tym, co zaprezentowała w pierwszym spotkaniu z tym przeciwnikiem, gdy praktycznie nie istniała na boisku. Analizując jej występy, można stwierdzić, że jest to drużyna, która gra falami. Potrafi mieć jedno znakomite spotkanie, jak to rewanżowe z Maceratą, a potem dwa czy trzy kolejne słabe albo przeciętne i męczyć się z zespołami z dołu tabeli Serie A. Nie ma ustabilizowanej formy i na pewno nie jest to zespół, który gra cały czas na wysokim poziomie. W tym też upatrujemy naszej szansy.

Drugą parę tworzą dwa zespoły rosyjskie - Lokomotiw Nowosybirsk i Zenit Kazań.

- O nich jeszcze w ogóle nie myślimy, najpierw musimy wygrać z Cuneo, choć oczywiście z jednym z nich spotkamy się w finale albo meczu o trzecie miejsce. Wstępne analizy dotyczące obu rosyjskich drużyn oczywiście zostały przeprowadzone, ale póki co nie chcemy się w to zagłębiać, choćby dlatego, by nie mieszać siatkarzom w głowach przed pierwszym spotkaniem.

ZAKSA na Final Four uczciwie zapracowała, ale miała też chyba trochę szczęścia w losowaniach. W fazie grupowej i play off mogła trafić na teoretycznie groźniejszych przeciwników...

- W sporcie trzeba mieć też trochę szczęścia, a o naszych rywalach zdecydował los. Może nie byli z najwyższej półki, ale nie wiem, czy byli potencjalnie słabsi. Arkas Izmir wielokrotnie grał przecież w Lidze Mistrzów, to jeden z lepszych zespołów na kontynencie. Udowodnił to wygrywając choćby w dobrym stylu z PGE Skrą Bełchatów. A Noliko Maaseik, choć nie ma w składzie głośnych nazwisk, zawsze sprawia wszystkim sporo trudności. Zresztą niejeden rywal już się potknął na tym zespole. Moim zdaniem w pełni udowodniliśmy, że zasługujemy na grę w turnieju finałowym.

Wspomniał pan, że 10 lat temu Mostostal był kopciuszkiem w Final Four, ale zespół i zawodnicy otrzymali szansę pokazania się w światowej siatkówce. Teraz też tak jest?

- To były zupełnie inne czasy. Liga polska nie była tak dobrze postrzegana, jak teraz, gdy jest jedną z bardziej interesujących w świecie. Ale to wszystko jest proces, nawet występ w Final Four LM nie zmieni od razu wszystkiego. Polska liga przez lata mocno ewoluowała, a np. włoska obniżyła loty. Kryzys w Italii spowodował, że nie ściąga się już tam najlepszych zawodników, tylko bierze się raczej grających na średnim poziomie, mniej znanych. Ci najlepsi muszą sobie szukać innych pracodawców, a siatkarskim eldorado jest obecnie Polska. Trafiają do nas naprawdę wysokiej klasy zawodnicy, od których można się uczyć. To już nie jest trzeci czy czwarty europejski garnitur, lecz kadrowicze czołowych reprezentacji, którzy walczą o medale najważniejszych imprez. Również dzięki nim nasza liga ma dziś o wiele lepszą markę niż 10 lat temu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL