Reklama

Reklama

Rola faworytów szkodzi polskim siatkarzom

Co się stało? - zastanawiają się eksperci, dziennikarze i kibice po klęsce polskich siatkarzy w mistrzostwach świata we Włoszech. Miała być walka o medale, a skończyło się na miejscach 13-18. Tego nikt się nie spodziewał. Czy trener Castellani powinien nadal prowadzić naszą reprezentację?

Do Włoch Polacy pojechali w blasku mistrzostwa Europy. Bronili srebrnego medalu mistrzostw świata wywalczonego w Japonii. Byli stawiani w gronie faworytów turnieju. Trener Daniel Castellani i sami siatkarze przed wyjazdem zgodnie twierdzili, że są przygotowani bardzo dobrze i będą walczyć o najwyższe laury.

Nasz libero miał najlepsze statystyki

Reklama

Pierwsze mecze mundialu zdawały się potwierdzać zapowiedzi. Polacy wygrali z Kanadą (3:0), Niemcami (3:2) i Serbią (3:1). Stylem może nie zachwycali, ale liczyły się zwycięstwa. Dobrze prezentowali się: Paweł Zagumny, Piotr Gruszka, Bartosz Kurek, Marcin Możdżonek. Piotr Nowakowski, który zastąpił kontuzjowanego Daniela Plińskiego,też zbierał pozytywne oceny.

W obronie szalał Krzysztof Ignaczak. Popularny "Igła" podbijał niewiarygodne piłki i po pierwszej rundzie prowadził w rankingu najlepszych libero. Jedynie Michał Winiarski przeplatał dobre mecze, słabszymi występami.

Polacy awansowali do następnej rundy z pierwszego miejsca w grupie. Nie kalkulowali, na co pozwalał system rozgrywek, żeby trafić na słabszych rywali, dając wyraźny sygnał, że czują się mocni.

Kuriozalny system, powszechnie krytykowany, i zbieg okoliczności (porażka Brazylii z Kubą i Bułgarii z Czechami) sprawiły, że w 2. rundzie nasi siatkarze trafili do "grupy śmierci", gdzie spotkali się medaliści poprzednich mistrzostw świata. Należało się liczyć z porażkami, bo przecież oba zespoły to światowa czołówka.

Zapowiadali walkę

W wypowiedziach przed meczami w "grupie śmierci" trudno było zauważyć obawę naszych zawodników przed trudnymi rywalami. Wręcz przeciwnie. Wszyscy spodziewali się zażartej, nieustępliwej walki z Brazylią i Bułgarią. Stało się jednak inaczej.

Nikt zapewne nie powiedziałby złego słowa, gdyby Polacy musieli uznać wyższość rywali po ambitnej, pełnej poświęcenia grze. - Trudno, stało się. Sportowo przeciwnik był lepszy, ale zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby wygrać. Spadliśmy z wysokiego konia - przypuszczalnie w ten sposób byłby komentowany występ "Biało-czerwonych".

Tymczasem Polacy nie pokazali nic, za co można by ich pochwalić. Jedynie Gruszka próbował przeciwstawić się rywalom. Zagumnego w jakimś stopniu usprawiedliwia kiepskie przyjęcie zagrywki. "Guma" po prostu nie miał z czego rozgrywać. Niezłe wejścia zaliczyli Michał Ruciak i Zbigniew Bartman. A pozostali? Przeszli zadziwiającą metamorfozę.

Porażki można przyjąć, ale braku walki - nie

Porażki z Brazylią i Bułgarią po 0:3 bolą, ale najbardziej boli styl, w jakim zostały poniesione. Klęskę z "Canarinhos" jeszcze można przełknąć, choć z trudem, ale z siatkarzami z Bałkanów Polacy grali o być albo nie być w turnieju.

Przegraliśmy z drużyną, która grała prostą siatkówkę. Przegraliśmy praktycznie z dwoma zawodnikami: Matejem Kazijskim i Władimirem Nikołowem, bo do nich kierowana była większość piłek. Wicemistrzom świata i mistrzom Europy nie wypada tak przegrywać.

Co się zatem stało w ciągu dwóch dni? Wydaje się, że problem nie leży w przygotowaniu fizycznym. Polacy po żadnym spotkaniu, nawet tym pięciosetowym z Niemcami, nie sprawiali wrażenia zmęczonych. Umiejętności siatkarskich też nie da się stracić z dnia na dzień. W sferze mentalnej wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku. Takie przynajmniej można było odnieść wrażenie.

Zawodnicy mówili o dobrej atmosferze w drużynie. Wypowiadali się dosyć buńczucznie przed pojedynkami z Brazylią i Bułgarią, co mogło świadczyć o tym, że czują się mocni. Jak to się skończyło, wszyscy widzieliśmy. I chyba tutaj należy szukać przyczyn.

Niewygodna rola faworytów i niepokojąca sinusoida

Stawianie Polaków w roli faworytów najwyraźniej im przeszkadza. Cztery lata temu do Japonii "Biało-czerwoni" jechali z nadziejami na pierwszy od wielu lat medal MŚ. Nie byliśmy faworytami, a skończyło się pięknie.

Przed kolejną ważną imprezę - mistrzostwami Europy w Rosji - byliśmy kandydatami do medali. Zamiast tego, była klapa - dopiero 11. miejsce i fala krytyki.

Rok temu występ w Turcji był wielką niewiadomą: był nowy trener i przetrzebiony kontuzjami zespół. Nikt nie spodziewał się sukcesu, a tu taka niespodzianka. Po raz pierwszy w historii na szyjach polskich siatkarzy zawisły złote medale mistrzostw Europy! A teraz znów niepowodzenie. Niepokojąca jest ta sinusoida. Wniosek? Każdy występ Polaków podczas wielkiej imprezy należy traktować z daleko posuniętą ostrożnością, bo można spodziewać się dosłownie wszystkiego. Każdy mecz obserwować trzeba z mocno zaciśniętymi kciukami i drżeniem serca o końcowy wynik...

Tylko że nie jest to cecha charakteryzująca naprawdę wielkie drużyny. Potentatom oczywiście też zdarzają się wpadki, ale nie tak spektakularne i częste jak w przypadku naszych siatkarzy.

Kibice chcą, by trener został

Całą odpowiedzialność za niepowodzenie we Włoszech wziął na siebie Daniel Castellani, który cały sezon podporządkował mundialowi. To on nakreślił plan przygotowań, realizował go, wybrał zawodników i odpowiada za wynik sportowy.

Argentyńczyk oddał się do dyspozycji Polskiego Związku Piłki Siatkowej, zaznaczając, że chce nadal pracować z reprezentacją. Siatkarska centrala dała selekcjonerowi dwa tygodnie na przedstawienie szczegółowej analizy niepowodzenia i planu dalszej pracy.

Dobrze by było, żeby przyczyny kiepskiego wyniku poznała także opinia publiczna. Kibicom, którzy wielokrotnie pokazali, że z siatkarzami są na dobre i na złe, zwyczajnie się to należy.

Jeśli PZPS zaakceptuje raport Castellaniego, to będzie on nadal pracował z kadrą. Wydaje się, że tak właśnie się stanie. I będzie to najlepsze rozwiązanie. Murem za szkoleniowcem stoją zawodnicy. Także kibice chcą, żeby reprezentację nadal prowadził Castellani.

W ankiecie przeprowadzonej na łamach INTERIA.PL aż 82 procent użytkowników uznało, że Argentyńczyk powinien zostać. Przeciwnego zdania był tylko prawie co piąty ankietowany. Zobacz wyniki ankiety!

Zmiana na stanowisku selekcjonera w tym momencie może przynieść więcej szkody niż pożytku. Już w przyszłym roku Polacy będą bronić złotego medalu mistrzostw Europy podczas turnieju w Czechach i Austrii, a za dwa lata igrzyska olimpijskie w Londynie, do których miejmy nadzieję "Biało-czerwoni" się zakwalifikują.

Castellani zdążył już poznać polskie realia, zna zawodników i wie, na co ich stać. Zasługuje na to, żeby dać mu jeszcze jedną szansę.

Dowiedz się więcej na temat: medale | biało | występ | kibice | Castellani | polscy siatkarze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje