Reklama

Reklama

Roberta Ratzke: Brakuje mi fasoli, za to pokochałam bigos i Piotrkowską

– Przed przyjazdem do Polski ostrzegano mnie, że ludzie są tu mało przyjaźni, Łódź jest brzydka i czekają mnie mrozy. Okazało się, że lepiej nie słuchać stereotypów. Miasto mi się podoba, uwielbiam Piotrkowską, a Polacy są pomocni. A zima? Choć pierwszy raz musiałam skrobać szyby auta, to pierwszy raz widziałam śnieg i biały świat jest piękny, a na dodatek dzięki temu mogłam kupić mnóstwo pięknych i ciepłych ubrań – mówi Roberta Ratzke, wicemistrzyni olimpijska w siatkówce.

Roberta Ratzke, rozgrywająca ŁKS Commercecon i reprezentacji Brazylii: Cześć (zaczyna w języku polskim).

Andrzej Klemba, Interia: Już mówisz po polsku?

- Nie, znam dopiero kilkanaście słów. To bardzo trudny język, ale powoli się go uczę. Sama wiem, że jak do Brazylii przyjeżdżały zagraniczne zawodniczki, to bez znajomości portugalskiego nie było im łatwo. Dlatego starały się szybko nauczyć podstaw i ja też tego próbuję. Umiem się przywitać, znam trochę słów, które są potrzebne na boisku i kilka też tych brzydkich.

Reklama

Urodziłaś się w Kurytybie. Mieszka tam duża Polonia, nawet około 3 mln ludzi polskiego pochodzenia i nazywamy go "polskim stanem"?

- Tak, wiem. Na południu Brazylii są trzy stany, w których mieszka wiele różnych mniejszości, w tym polska. Po II Wojnie Światowej przybyło tu wielu emigrantów z Polski czy Niemiec. Ale właśnie w Kurytybie mieszka wielu Polaków. W kolejnym stanie Santa Catarina są nawet wioski, w których mówi się niemal wyłącznie po polsku.


W 2009 roku była pani w Polsce z młodzieżową reprezentacją Brazylii. W Goleniowie rozegraliście turniej z udziałem Niemiec, Bułgarii, Holandii i dwóch zespołów Polski. Zostały jakieś wspomnienia?

- Mam przed oczami halę, w której grałyśmy, ale nazwy miejscowości, bym sobie nie przypomniała. Miałam nawet zdjęcia, ale ukradli mi komputer, w którym wszystko było. Wciąż jednak mam medal z tego turnieju i pamiętam, że wygrałyśmy. To był etap przygotowań do mistrzostw świata juniorek. Tam poznałam Joannę Wołosz, rozgrywającą reprezentacji Polski. Bardzo mi zapadła w pamięć, bo odstawała poziomem od reszty zawodniczek.

Jej zdjęcia nago, na których zasłania się tylko pucharem robią furorę.

- Rzeczywiście jest z tego znana. To bardzo uśmiechnięta dziewczyna.

12 lat później wróciłaś do Polski na dłużej. To dla ciebie pierwszy zagraniczny wyjazd. Dlaczego wcześniej nie zdecydowałaś się grać w Europie?

- Zawsze marzyłam o tym, by grać poza Brazylią. Długo jednak nie czułam, że jestem wystarczająco gotowa. Jako rozgrywającej trochę trudniej znaleźć klub niż jak przyjmującym czy atakującym. Na tej pozycji trzeba z każdym rozmawiać i komunikacja jest bardzo ważna. Z jednej strony bardzo chciałam spróbować sił w Europie, z drugiej trochę się bałam, czy będę wystarczająco dobra. Dwa, trzy lata temu uznałam, że jestem do tego dojrzałam. Pandemia odcisnęła piętno na sporcie w Brazylii. Jeszcze przed nią do kobiecej siatkówki sponsorzy się nie pchali za bardzo. Teraz problemy stały się jeszcze większe i siatkarki z Brazylii masowo zaczęły wyjeżdżać do Europy. W Polsce jest ich chyba teraz aż jedenaście. Poza tym grają we Włoszech czy Turcji. Problemy finansowe może nie były kluczowe, ale to był kolejny z powodów, by wyjechać. W Brazylii mogłam zostać w Gremio de Volei Osasco lub wrócić do Rio de Janeiro Volei Clube, w którym grałam dziewięć lat. Usiadłam z rodziną i zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić. Stwierdziłam, że potrzebuję zmiany. Jeśli wrócę do tych klubów, to wszyscy mnie tam znają, co oczywiście jest komfortowe. Jeśli jednak chce się jeszcze rozwinąć w siatkówce i jako człowiek, muszą poszukać wyzwań. Gdybym nie wyjechała, to niewiele by się zmieniło. Podczas Igrzysk Olimpijskich dużo rozmawiałam z trenerem Ze Roberto, który stwierdził, że gra w Europe dobrze na mnie wpłynie. Zrobił mi nawet listę w czym się mogę poprawić i miałam właśnie nad tym pracować. I dobrze trafiłam. Liga polska jest mocna, a mecze stoją na niezłym poziomie. Do tego muszę mówić po angielsku, co mi też pomaga w poprawie tego języka. Chciałam trafić w miejsce, w którym nikt nie zna mnie osobiście. To powinno pomóc mi rozwoju osobowości. Mam nadzieję, że na koniec sezonu będę już nową Robertą. Z takim zamiarem wyjechałam z Brazylii. Tam nie byłoby na to szans. Gdy próbowałem robić coś nowego, to słyszałam: "Roberta nie jesteś tego typu osobą". Tu mogę być bardziej sobą.


Jak to się stało, że wybrałaś Polskę?

- Tak naprawdę nie miałam zbyt wielu innych ofert. Menedżer zaproponował mi ŁKS. Powiedział, że jest tu bardzo dobry zespół, mają za sobą udany sezon i to właściwy wybór na początek przygody w Europie. Mogłam jeszcze wybrać Włochy, ale agent namawiał mnie na Polskę. Zaufałam mu i powiedziałam, żeby mi już nie mówił o innych ofertach. Chyba trochę mi serce podpowiedziało, bym tu przyjechała. Na początku było trochę nerwów. Pomyślałam: "O mój Boże, to się dzieje naprawdę". Wsiadłam w samolot, porozmawiałam z przyjaciółką, która już grała w Polsce i przyleciałam. Wiadomo, że grałam w reprezentacji Brazylii, z którą zdobyłam srebrny medal olimpijski, ale to moja pierwsza próba w Europie i staram się robić wszystko krok po kroku. Jeśli się wzajemnie polubimy, to zobaczymy, jaka będzie moja przyszłość w ŁKS i w ogóle poza ojczyzną. Na razie nie chce tam wracać i zamierzam dłużej zostać w Europie.


W ŁKS są jeszcze dwie inne Brazylijki. To pomaga?

- Oczywiście, trzymamy się razem, ale to nie miało znaczenia, kiedy podejmowałam decyzję o umowie z ŁKS. Jako pierwsza z Brazylijek podpisałam kontrakt i nie wiedziałam, że będą kolejne. Nie było tak, że zabiegałam o to, by kolejne rodaczki były tu ze mną. Skupiam się na sobie i na tym, by trafić do dobrego klubu i silnej ligi. Pierwszy raz gram z nimi w jednym zespole. Nie chodzi też o to, by wciąż nimi przebywać, bo znów czułabym się komfortowo. A jak wspomniałam mi też zależy, by się rozwijać, poznawać miasto, kraj i kulturę. Oczywiście spędzamy ze sobą sporo czasu i sobie pomagamy, ale nie na tym tylko miał polegać mój wyjazd z kraju.


Piłka nożna jest religią w Brazylii, a jak popularna jest siatkówka?

- Futbol rzeczywiście trudno traktować jako tylko sport. Szalejemy za piłką nożną. Od kilku lat siatkówka jest numerem dwa. Kiedy byłam młoda, popularna była też koszykówka, ale potem straciła na znaczeniu.

Skoro grałaś w Rio de Janeiro, to korki w Łodzi nie są dużym problemem?

- Gorzej niż w Rio było jeszcze w Sao Paolo. Tu pod tym kątem jest wspaniale.


Wspaniale? Powiedz to łodzianom.

- Czasem może trochę trzeba dłużej postać, najczęściej w piątki, ale gorzej jest z sygnalizacją świetlną. Czeka się i czeka, by zapaliło się zielone, a jak już jest, to za pięć sekund się zmienia. Zawsze wkurzam się na pierwszą osobę na światłach, bo bardzo długo się zbiera, by ruszyć. Jeszcze teraz, kiedy pada i jest ślisko, ludzie jeżdżą wolniej i korki są większe.

No właśnie, przyjechałaś ze słonecznej i gorącej Brazylii, a tu śnieg, mróz, szaro i ponuro. Przyzwyczaiłaś się?

- Kurytyba jest jednym z chłodniejszych miast Brazylii. Czasem zdarza się, że zimą temperatura spada poniżej zera, do minus jednego lub dwóch.

Ale śnieg chyba nie pada?

- Nie, choć moja mama mówiła, że jak była dzieckiem, to padał. Nie lubię chłodu, ale tu w Polsce jest mi łatwiej przetrwać, bo w środku jest zawsze ciepło i przyjemnie. W Brazylii domy nie są ogrzewane i jak jest zimno na zewnątrz, to w mieszkaniach wcale nie jest dużo lepiej. Tu łatwiej można sobie z tym poradzić. Rzeczywiście jednak pierwszy raz widziałam śnieg w Polsce i pierwszy raz musiałam skrobać szyby samochodu. Mówili, że pocieszę się kilka dni tym widokiem i mi przejdzie. Ale naprawdę jest pięknie, kiedy śnieg wszystko przykryje. Na razie to mi się nie znudziło i mogłoby padać częściej. Musiałam też nauczyć się chodzić, bo takie były śliskie chodniki. Za to moja garderoba się powiększyła, bo mogłam kupić sobie nowe ciepłe ciuchy. To na pewno na plus. Trudno było mi się przyzwyczaić do tego, że około godz. 15-16 robi się już ciemno. Tego mi najbardziej brakuje - niebieskiego nieba i słońca.


Jak podobały ci się święta w Polsce?

- Akurat miałyśmy kilka dni wolnego i polecieliśmy do Włoch. Tam zrobiliśmy sobie świąteczną brazylijską kolację i miło spędziłyśmy czas. To jednak było pierwsze Boże Narodzenie z dala od rodziny i tego powodu było mi naprawdę smutno. Łączyliśmy się przez wideorozmowę, a oni świętowali na plaży. Tam jest teraz bardzo gorąco. Boże Narodzenie to specyficzny czas i po prostu tęskniłam za nimi. Nawet trochę popłakałam, ale w Łodzi jestem szczęśliwa.

Czego ci najbardziej brakuje?

- Brazylijskiej fasoli. To najbardziej popularne jedzenie w moim kraju. Ryż i fasola. Jadałam ją codziennie. Tu macie fasolę w puszkach, ale nie taką jak w Brazylii. Nie ma tu też tylu owoców, co w Brazylii, ale to kwestia klimatu. Nie mogłam się doczekać, by zjeść w Polsce pierogi. W Brazylii też są popularne, ale zwykle z serem w środku i sosem. Czasem robią je Polacy, ale też Ukraińcy. Tu jest wiele różnych wariantów: z mięsem, grzybami czy kapustą. Generalnie bardzo smakuje mi polska kuchnia. Uwielbiam bigos. Podobno prawie każdy ma własny przepis i robi go inaczej.

Łódź ma różne opinie: jedni mówią, że to brzydkie miasto, a inni doceniają zmiany.

- Dużo czytałam przed przyjazdem o Łodzi. O tym, że to było miasto fabryk, z których wiele padło, ale teraz trwa odnowa. Rzeczywiście od wielu osób słyszałam, że Łódź nie jest ładna. Przyjechałam tu i okazało się, że tu naprawdę jest co robić. Nie brakuje restauracji, a ulicę Piotrkowską po prostu uwielbiam. Mogę tam iść każdego dnia i odkryć kolejne miejsce, w których mogę usiąść na kawę. To nie jest duże miasto, ale mi pasuje. Nie widziałem tej strasznej Łodzi, przed którą mnie ostrzegano. Za to słyszę, że co roku część miasta zostaje odnowiona.


Wspomniałaś o kawie, z której słynie Brazylia. Umiemy ją parzyć w Polsce?

- Muszę przyznać, że chyba piję jej więcej niż w Brazylii. Choć ostatnio trochę przerzuciłam się na herbatę. Moja mama bardzo ją lubi. Do tej pory dla mnie istniała właściwie tylko czarna herbata, a tu odkryłam, że jest ich wiele rodzajów, a na dodatek można do niej włożyć pomarańcze czy różne przyprawy. To świetny pomysł na rozgrzewanie.

Zaskoczyło cię coś negatywnego w Polsce? Tylko nie owijaj w bawełnę.

- Przed przylotem słyszałam, że Polacy są bardzo chłodni i niezbyt serdeczni. Coś jak z tą brzydką Łodzią. Kiedy przyjechałam, pytałam siebie, gdzie oni się chowają. Oczywiście zdarzało się, kiedy mówiłam dzień dobry, brak odpowiedzi. Myślę jednak, że to chodzi o ludzi, a nie o kraj. W Brazylii też się tacy zdarzają. Staracie się być bardzo pomocni. Zwłaszcza, kiedy słyszycie, że coś tam próbuję powiedzieć po polsku. Naprawdę do tej pory nie miałam złych doświadczeń. Słyszałam od siatkarek grających w Włoszech: "Dlaczego Polska? Przyjedź do nas. Tu jest pięknie". Odpowiadałam im, że Polska też może być piękna. Łódź jest w środku kraju i stąd właściwie jest wszędzie blisko. Byłam w Warszawie, ale głównie dlatego, bo tam jest brazylijska restauracja, która okazała się świetna. I naprawdę gotują tam po brazylijsku. W końcu najadałam się fasoli. Odwiedziłam Kraków i Wrocław, ale to były krótkie wypady. Najczęściej zostawałam tam po meczu. We Wrocławiu urzekły mnie krasnale. Polska przeżyła wiele trudnych chwili i należy jej się za to szacunek. Zawsze staram się poczytać o mieście, w którym graliśmy, by co nieco więcej rozumieć o całym kraju. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje