Reklama

Reklama

Rewolucja, wirus i loty na Syberię. Wyboista droga ZAKS-y do finału Ligi Mistrzów

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle ma szansę na drugi z rzędu triumf w Lidze Mistrzów i potrójną koronę. Droga do finału w Lublanie nie była jednak usłana różami. Obrońcy tytułu byli o włos od ukarania walkowerem, a potem musieli wybrać się w nieplanowaną podróż na Syberię. Dziś o godz. 21 ZAKSA zagra o tytuł z Itasem Trentino. Transmisja w Polsacie Sport i na Polsat Box Go.

Można powiedzieć, że droga ZAKS-y do kolejnych sukcesów w Lidze Mistrzów mocno skomplikowała się już nazajutrz po finale w Weronie, w którym przed rokiem pokonała Itas Trentino 3:1. Szybko potwierdziły się bowiem informacje, że z klubem rozstaje się trzech podstawowych zawodników: Benjamin Toniutti, Paweł Zatorski i Jakub Kochanowski. Wszyscy zasilili ligowych rywali.

Na tym jednak nie koniec. Na opuszczenie klubu zdecydował się trener Nikola Grbić, mimo że z ZAKS-ą wiązał go przedłużony niedługo wcześniej kontrakt. Serb przyjął propozycję z Sir Safety Conad Perugia. - Profesjonalizmu trzeba wymagać od wszystkich, również trenerów i byłych zawodników tej klasy. Tutaj profesjonalizmu zabrakło. Jestem tak po ludzku wkurzony, tym bardziej po takim sukcesie - komentował w Interii Waldemar Wspaniały, były trener zespołu z Kędzierzyna i reprezentacji Polski.

Reklama

Drużynę trzeba było układać właściwie od nowa. Za to odpowiedzialny był prezes ZAKS-y Sebastian Świderski. Szybko okazało się, że podjął dobre decyzje, a drużyna pod wodzą trenera Gheorghe’a Cretu radzi sobie dobrze. Tyle że jeszcze przed inauguracją PlusLigi i Ligi Mistrzów Świderski został nowym prezesem PZPS-u. Rewolucja nie ominęła nawet najwyższych klubowych szczebli.

Pech w losowaniu i dobry początek

W Lidze Mistrzów ZAKSA nie miała szczęścia już w czasie losowania. Trafiła do grupy C z drużynami z Włoch, Rosji i Słowenii. A przecież pewny kwalifikacji do ćwierćfinału mógł być tylko zwycięzca grupy. Kędzierzynianie rozpoczęli jednak rozgrywki bardzo dobrze. Najpierw, na początku grudnia, we własnej hali bez problemu pokonali OK Merkur Maribor. Później, po trudnym spotkaniu, w czterech setach ograli na wyjeździe Lokomotiw Nowosybirsk. Wtedy kędzierzynianie jeszcze nie wiedzieli, że będą musieli wrócić na Syberię.

Pierwsza porażka przyszła w styczniu. W hali w Gliwicach ZAKSA po wyrównanym meczu przegrała z Cucine Lube Civitanova. Porażka po tie-breaku nie była dramatem, w końcu szansę na awans dawało też drugie miejsce w tabeli. Trzeba było tylko znaleźć się wśród trzech najlepszych wiceliderów z pięciu grup.

CZYTAJ TAKŻE: Reprezentant Polski zagra w siatkarskim gigancie

ZAKSA uniknęła walkowera. Pomogli Rosjanie

Tyle że pod koniec stycznia siatkarzy z Kędzierzyna dopadł koronawirus. Szalejący wówczas w Polsce Omikron wysłał na izolację niemal całą drużynę. Stało się to w przeddzień rewanżu z Lokomotiwem. Co więcej, rywale przylecieli już do Polski. Sytuacja pachniała walkowerem, ale Rosjanie zdecydowali się na ukłon w stronę ZAKS-y. Zgodzili się na przełożenie meczu, postawili jednak warunek: spotkanie ma zostać rozegrane w Nowosybirsku.

To postawiło przed kędzierzynianami arcytrudne zadanie. Pozostałe trzy mecze w fazie grupowej musieli bowiem rozegrać w ciągu dziewięciu dni. To oznaczało podróże liczące łącznie ponad 9 tysięcy kilometrów po Europie i Azji. Z Nowosybirska, nieoficjalnej stolicy Syberii, bliżej do Mongolii niż Ukrainy, Białorusi czy innych europejskich krajów.

Nerwy na Syberii i oczekiwanie na decyzję federacji

Kędzierzynianie zaczęli od Mariboru. Do Słowenii wyruszyli niemal prosto po zakończeniu izolacji. Zrealizowali plan, wygrywając w trzech setach. Problemy pojawiły się jednak w Nowosybirsku. Tam ZAKSA przegrała 1:3 i wszystko wskazywało na to, że do awansu będzie jej potrzebny dobry wynik z Lube.

Pomogli jednak rywale: wyniki na innych boiskach ułożyły się tak, że już po kilku minutach od pierwszego gwizdka ZAKSA była pewna awansu z drugiego miejsca. Drużyna i tak wykonała jednak zadanie - tym razem to ona pokonała Włochów w tie-breaku.

Ćwierćfinałowym rywalem kędzierzynian miało być Dinamo Moskwa. Pierwszy mecz był zaplanowany na 8 marca. Niespełna dwa tygodnie wcześniej Rosja zaatakowała jednak Ukrainę. - Nam, jako zawodnikom, ciężko przymykać oczy i mówić, by nie mieszać sportu z polityką. Nie jesteśmy w stanie. Jesteśmy ludźmi, są ważniejsze rzeczy od sportu. Na chwilę obecną ciężko jest mi sobie wyobrazić, że niedługo będę grał mecz z rosyjską drużyną - mówił bez ogródek Marcin Janusz, rozgrywający ZAKS-y

Na decyzję europejskiej federacji trzeba było trochę poczekać, ale ostatecznie CEV wyrzucił rosyjskie kluby z rozgrywek. Kędzierzynianie otrzymali wolny los i mogli czekać na półfinały. W nich trafili na Jastrzębski Węgiel, który wcześniej wyeliminował Lube. ZAKSA okazała się zdecydowanie lepsza od krajowych rywali. W pierwszym meczu ograła ich 3:0, w drugim już po dwóch pierwszych setach mogła świętować awans. Cretu wprowadził wtedy na boisko rezerwowych, ostatecznie jego zespół wygrał 3:2.

CZYTAJ TAKŻE: Reprezentant Polski bije się w piersi. Tłumaczy słaby sezon

ZAKSA Kędzierzyn-Koźle z szansą na potrójną koronę

Drugi półfinał był zdecydowanie bardziej zacięty. Itas Trentino przez cały sezon zbierał lanie od Perugii, ale w walce o finał okazał się lepszy. Drużyna Angelo Lorenzettiego postawiła się faworytom i po złotym secie awansowała do finału.

W decydującym meczu dojdzie więc do finału sprzed roku. Tym razem jego areną będzie Lublana, gdzie ma się zjawić aż trzy tysiące polskich kibiców. ZAKSA jako pierwszy polski klub może obronić tytuł w Lidze Mistrzów, ale też zdobyć potrójną koronę: wcześniej wywalczyła mistrzostwo i Puchar Polski.

Spotkanie rozpocznie się o godz. 21. Transmisja w Polsacie Sport i na platformie Polsat Box Go.

Reklama

Reklama

Reklama