Niemczyk - szaman bez tajemnic

Szaman. Takie miano nadaliśmy Andrzejowi Niemczykowi w lipcu zeszłego roku, gdy zdaniem innych trenerów robił rzeczy niezrozumiałe, a jednak zawsze stawiał na swoim i wygrywał, co miał wygrać, albo jeszcze więcej.

Od tamtego czasu do listy osobistych osiągnięć dopisał dwa sukcesy. Najpierw ze swoimi "złotkami" powtórzył wynik z Turcji, a potem w starciu jeden na jeden wygrał swoją osobistą wojnę z nowotworem. Jednym słowem: najprawdziwszy szaman.

Reklama

Wygląda na to, że wygrywanie weszło ci w krew...

Ja się zawsze biję do końca. To samo wpajam dziewczynom. Uwierzyły, że trzeba i warto walczyć. Dlatego parę razy uciekły spod topora, gdy przeciwniczki były już pewne swego. Tak samo było z rakiem. Statystycznie nie miałem szans, ale ja nie mam szacunku do liczb, więc wziąłem się z nim za bary. Ta batalia - jak każda wojna - miała dwa wymiary. Lekarze używali swojej broni konwencjonalnej, a ja... psychologicznej. Robiłem swoje, udawałem że nic się nie dzieje, słowem wiodłem życie człowieka zdrowego, który potrafi się cieszyć z każdego dnia. Mówiłem, że skoro już mamy żyć razem, to musimy się zaprzyjaźnić, ale w głębi serca wypowiedziałem mu wojnę.

Nie przestraszyłeś się przeciwnika?

Udawałem przed nim, że się nie boję. W walce nie czuje się bólu. Ten skurczybyk tak mi podniósł adrenalinę, że nie myślałem o jakimś końcu tego spotkania, tylko o tym, żeby jak najwięcej ugrać. To było trochę tak, jak w walkach w klatce. Wchodzi dwóch, ale tylko jeden wychodzi o własnych siłach. Wierzyłem, że to ja wyjdę na własnych nogach. Bywało, że on uzyskiwał chwilową przewagę, ale nigdy nie myślałem o ewentualnej porażce, tylko jakby mu jeszcze dopiec.

Nigdy nie zwątpiłeś?

Diagnoza była jak niespodziewany cios zadany z ukrycia. Na chwilę aż mnie zamroczyło, ale zaraz potem postanowiłem, że nawet jeśli ze mną wygra, to najpierw musi się solidnie natyrać. Przywykł do łatwych zwycięstw, bo ma opinię killera, więc ludzie najczęściej poddają się bez walki, albo tylko udają, że walczą. Powiedziałem sobie, że ze mną mu tak łatwo nie pójdzie.

Byłeś zdyscyplinowanym pacjentem?

Słuchałem lekarzy, pochłaniałem góry różnych prochów, poddawałem się zabiegom i testom, ale mordowałem drania po swojemu. Nie zmieniłem trybu życia. Normalnie pracowałem, paliłem, trułem go whiskaczem i jak dawniej, żadnej... nie przepuściłem. Byłem już po trzecim rozwodzie i bez żadnych zobowiązań, więc mogłem sobie używać do woli.

O twoim "używaniu" krążą legendy...

A ja nie mam żadnych tajemnic. Kiedy po dwudziestu sześciu latach wróciłem do Polski i podjąłem pracę z reprezentacją, zaczął się dookoła mnie niezdrowy szum, że pijak, dziwkarz i Bóg wie, co jeszcze. Powiedziałem wtedy, że to wszystko prawda i od tej chwili miałem święty spokój. Przecież tak naprawdę, wcale nie jestem inny od większości facetów. Różnica polega tylko na tym, że ja nie udaję innego, niż jestem.

Nie każdy żeni się po trzykroć...

Bo nie każdy ma odwagę zmienić swoje życie, gdy związek przestaje się układać. Skoro uprawiamy wyliczanki, to doliczyłbym się jeszcze czwartego mariażu z... siatkówką. Jej jestem wierny przez całe życie. Jak pies. Wszystkie moje stałe związki też się koło niej kręcą. Moje żony i córki były, lub są siatkarkami.

Opowiesz o nich?

Pierwszą żonę - Barbarę Hermel poznałem na zgrupowaniu kadry juniorów. Kochałem się wtedy w pewnej koszykarce, krew we mnie wrzała, ale ona miała strasznie sztywne zasady. Pojechałem na to zgrupowanie i poznałem Barbarę. Zadziałała jakaś chemia. Przeżyliśmy istną eksplozję uczuć, właściwą tylko dla dwudziestolatków. Postanowiliśmy być razem. Parę lat później urodziła się Gosia, która po latach wyrosła na wartościową zawodniczkę.

A ty odszedłeś...

Nie mam sobie nic do zarzucenia. Życie jest pełne pokus. My byliśmy pochłonięcie pracą, w ciągłych rozjazdach i w jakiejś chwili dostrzegliśmy, że oddalamy się od siebie. Mieliśmy różne plany na przyszłość, inne priorytety, więc doszliśmy do zgodnego wniosku, że możemy sobie ułożyć życie od nowa, ale już osobno. Wzięliśmy rozwód, kupiłem kwiaty, poszliśmy na kolację z przyjaciółmi. Rozstaliśmy się w zgodzie. Barbara została w naszym mieszkaniu, ja spakowałem ciuchy w parę toreb i wyprowadziłem się z domu. Był rok 1977. Po zdobyciu czwartego miejsca na mistrzostwach Europy, które ja potraktowałem jako osobistą porażkę, zrezygnowałem z prowadzenie reprezentacji. Wyjechałem do Niemiec. W tamtych latach nie było mowy o swobodnych migracjach. Władze krzywym okiem patrzyły na sportowców i trenerów, którzy chcieli zostać na Zachodzie, a ja nie chciałem palić mostów. Jeden z prominentnych działaczy PKOl-u podsunął mi pomysł.

I dlatego ożeniłeś się po raz drugi?

Polska Ludowa nie dałaby mi zgody na stały pobyt na Zachodzie, ale nie mogła zabronić małżeństwa z obywatelką innego kraju. Pożytek zaś był taki, że żeniąc się za granicą nabywałem prawo do paszportu konsularnego. Mogłem mieszkać i pracować w świecie, nie tracąc możliwości powrotu do kraju. To drugie małżeństwo było czystą fikcją. Dogadałem się, zapłaciłem tej kobiecie za fatygę, pokryłem koszty ślubu i... rozwodu. Dostałem upragniony paszport. Ślub, paszport, rozwód... Przeprowadzenie wszystkich formalności trochę trwało, więc zdążyłem się nawet zaprzyjaźnić z moją austriacką żoną. Po uzyskaniu rozwodu poszliśmy na miłą kolację. Była już ze mną Sigrid, późniejsza trzecia żona.

Zamieszkałeś w Berlinie?

W Berlinie Zachodnim, bo wtedy mur stał jeszcze w najlepsze. Właśnie w Berlinie poznałem Sigrid. Grała w moim zespole.

Wspomniałeś kiedyś, że nie wiązałeś się z zawodniczkami, z którymi właśnie pracowałeś. Czyżbyś złamał zasadę?

Powiedziałem, że nie wchodziłem w wolne związki, ale małżeństwo, to przecież coś zupełnie innego. To była kobieta pod każdym względem spełniająca moje oczekiwania, więc zaproponowałem jej legalny związek. Kochaliśmy się. Nie byłem tylko pewien, jak do naszego pomysłu odniosą się jej rodzice.

Dlaczego?

Miała niespełna siedemnaście lat, a ja już trzydzieści trzy, za sobą dwa małżeństwa i dwie córki. Dwie, bo druga urodziła się już po rozwodzie z Barbarą. Miała normalną rodzinę, więc dyskrecja była w interesie wszystkich zainteresowanych. Moja druga córeczka poznała całą prawdę od swojej matki i ode mnie, kiedy skończyła osiemnaście lat. Też jest siatkarką. Jako facet z przeszłością poprosiłem więc o rękę Sigrid. Jej rodzice byli niemal moimi rówieśnikami. Ojciec był starszy o sześć lat, matka tylko o trzy. Okazało się, że moje niepokoje były zbyteczne. Zaakceptowali nasz plan. Byli zadowoleni, że ich córka wychodzi za statecznego faceta, który miał dość czasu, żeby się wyszumieć. Pobraliśmy się.

Ale jednak w końcu wasze drogi się rozeszły?

Byliśmy szczęśliwi. Spędziliśmy ze sobą kawał życia. Sigrid grała, ja odnosiłem sukcesy jako trener, dobrze nam się powodziło. Po paru latach urodziła się Saskia, trzy lata po niej Natasza. Wyrosły na piękne panny. Oczywiście obie grają w siatkówkę. Nieporozumienia z Sigrid zaczęły się po tym, jak źle zainwestowałem pieniądze. Błąd kosztował mnie półtora miliona dolarów. Coś zaczęło się psuć między nami, więc postanowiliśmy się rozstać, zanim wszystko się całkiem rozleci. Rozwiązaliśmy małżeństwo, wyjechałem do Turcji, ale do dziś pozostajemy w dobrych stosunkach. Spotykamy się zawsze, kiedy to tylko możliwe. Niedługo byłem sam. Jako "kawaler z odzysku" poznałem Alę. Przez pewien czas mieszkała ze mną w Turcji, ale nie czuła się tam dobrze, więc wróciła do kraju. Jej wyjazd był dla mnie podwójną stratą, ponieważ zabrała... psa. Podarowałem go, ale utrata czworonoga sprawiła mi chyba więcej bólu, niż samo rozstanie.

Lubisz zwierzęta?

Bardzo. Jak już postawię dom w Szczyrku, to będę tam trzymał całą menażerię. Wcześniej nie mogłem sobie pozwolić na zwierzyniec, więc miałem tylko psy. Pierwszego jeszcze w dzieciństwie. Nosił w sobie geny chyba wszystkich ras. Jadaliśmy dosłownie z jednej miski. Byłem typowym niejadkiem, więc mama pozwalała żebym go karmił własnym jedzeniem. Oddawałem mu co drugą łyżkę z mojego talerza, ale co drugą zjadałem. Potem miałem kolejno pięć owczarków niemieckich. To wyjątkowe zwierzęta. Ostatni był właśnie w Turcji. Kiedy Ala wyjeżdżała do kraju, był w wielkiej rozterce. Ona miała dla niego więcej czasu. Sam widziałem, że jest z nią bardziej związany, niż ze mną. Chciałem go zatrzymać, ale widząc tę psią mękę powiedziałem: idź do pani. Wrócił z nią do kraju, a ja przy każdej okazji składałem mu wizyty. Miałem zamiar kupić szóstego owczarka, ale wtedy przyplątała się choroba. Rzuciłem się w wir pracy, mieszkałem sam i nie miałem ochoty na trwale związki. Przy takiej organizacji dnia nie było miejsca dla psa.

Wybrałeś życie samotnika?

Nie jestem samotnikiem. Lubię się otaczać ludźmi, kobiety pociągają mnie bardziej niż kiedykolwiek, ale mieszkać wolę sam, bo... nie lubię się dzielić pilotem od telewizora. Wiele się zresztą nie namieszkam. Ciągle jestem w podróżach, ale wszędzie mogę liczyć na miłe towarzystwo na długie wieczory. Czasem ktoś pyta, z kim się znowu ożenię? Odpowiadam, że z pielęgniarką, żeby się mną opiekowała na stare lata.

Nie mówmy o starych latach, skoro tryskasz energią. Czyż nie widzisz, ile masz jeszcze do zrobienia?

A czy ja mówię, że już szukam tej pielęgniarki? To będzie nie wcześniej, niż po następnych okrągłych urodzinach.

Wtajemniczeni mówią, że urządzasz je z rozmachem...

Pięćdziesiątkę obchodziłem na Zugspitze. Wyobraź sobie: obok ciebie córki, była żona, dookoła bielutki śnieg, piękne góry, słońce, narty, przyjaciele... To był wyjątkowy dzień, a właściwie dni, bo było tak miło, że nikomu się nie chciało wracać na dół. Następna okrągła rocznica była w Polsce. Zebrałem męskie towarzystwo i urządziłem taką zabawę, że gdyby moi goście opowiedzieli wszystko swoim żonom, to mielibyśmy serię znajomych rozwodów. Zamierzam żyć długo i dlatego mam już pomysł na swoje siedemdziesiąte urodziny. Do tego czasu trochę wody musi jeszcze upłynąć, ale wiem, że urządzę je na Przylądku Dobrej Nadziei. Zaproszę moje cztery córki. Zapalimy ogień na plaży. Nigdy jeszcze nie spotkaliśmy się w komplecie. W najlepszym razie były tylko trzy. Zrobimy sobie prawdziwe święto.

Skąd bierzesz tyle sił i optymizmu?

Wystarczy sobie wbić do głowy, że świat jest przyjazny, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko chcieć i trochę pomagać swojemu szczęściu. Niedawno zaprosiła mnie do swojego programu Ewa Drzyzga. Czułem się trochę jak rekwizyt. Spotkałem tam ludzi, którzy jak ja zostali zaatakowani przez nowotwór. Niektórzy sprawiali wrażenie pogodzonych, pokonanych. Użyłem całej siły perswazji, żeby ich przekonać, że może być inaczej, pod warunkiem, że nie oddadzą tego meczu bez walki.

Uwierzyli?

Była tam młoda, ładna dziewczyna. Jej chłopak, który mówił że kocha, odszedł po tym, jak się dowiedział, że ona jest chora. Była załamana. Zaprosiłem ją na letnie zgrupowanie do Szczyrku. Sam zapłacę za jej pobyt. Jestem pewien, że w otoczeniu zdrowych rówieśniczek nabierze wiary w sens i powodzenie terapii. Mnie się przecież udało, więc dlaczego ona nie mogłaby wygrać? Powiedziałem tym ludziom w studio, że jeśli mi uwierzą i wejdą do gry o powrót do zdrowia, to zmianę ich postawy potraktuję jako swój wielki sukces. Może nawet większy od zdobytych medali i tych, które jeszcze zamierzam zdobyć...

Janusz Wróbel

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | córki | niemczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy