Reklama

Reklama

Lozano: Ludzie o wielu twarzach

Waldemar Wspaniały to człowiek nie o dwóch, a o trzech twarzach. Natomiast czwórka czołowych siatkarzy opuściła mecz z Belgią z powodu wyjazdu na wakacje, a nie kontuzję - powiedział nam Raul Lozano. Prezentujemy I część wywiadu Romana Kołtonia z byłym selekcjonerem siatkarzy.

Charakterystyczny szary płaszcz - niemal do kostek. Pod pachą czarna aktówka. Mocny uścisk dłoni. Oddala się w deszczu wzdłuż warszawskich kamienic na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Jeszcze chwilę patrzymy za Argentyńczykiem Raulem Lozano. Wcześniej przez godzinę rozmawialiśmy po raz ostatni przed jego wylotem do ojczyzny, zaplanowanym na niedzielę (podziękowania dla Marcina Lepy z Polsatu Sport za tłumaczenie). Kilka dni wcześniej Polski Związek Piłki Siatkowej zdecydował, że Lozano już nie poprowadzi naszej reprezentacji.

Reklama

INTERIA.PL: Jak wyglądała ostatnia rozmowa z ludźmi z PZPS?

Raul Lozano: To są ludzie o dwóch twarzach, a niektórzy nawet o trzech...

Tydzień temu była szansa, aby pan dalej pracował jako selekcjoner?

- Wydaje mi się, że nie. Że wszystko było już wcześniej przesądzone. Po co im Lozano, który ciągle przeszkadza... W jednym mnie trochę zwiedli. Do Warszawy został zaproszony mój menedżer, aby rozmawiać o wysokości nowego kontraktu. Nie żartuję. Prezes Przedpełski zadzwonił do mojego agenta we Włoszech tuż przed spotkaniem ze mną. Kilka minut przed jedenastą. Menedżer odparł, że w takim razie przyleci po południu. O siedemnastej wylądował na Okęciu. Jednak dyskusja była nieaktualna. Podobnie jak przestał być aktualny mój 90-stronicowy dokument o strategii rozwoju piłki siatkowej w Polsce do 2014 roku.

Przygotował pan taką "kobyłę"

- Przed decydującymi rozmowami, zostałem poinformowany, abym przygotował taką strategię. Zabrałem się do tego z ochotą. Pracowałem bardzo skrupulatnie. Proszę mi wierzyć, to krytyczny moment w rozwoju siatkówki w Polsce.

Krytyczny? W jakim znaczeniu?

- Można nadać siatkówce jeszcze większego rozmachu. Mam przekonanie, że w 2014 i w późniejszych latach piłka siatkowa w Polsce może być niesamowicie popularna. Może być mnóstwo ludzi nie tylko kibicujących siatkówce, ale i trenujących. To byłoby coś cudownego, czemu można się poświęcić w pełni...

Pan był gotowy?

- Tak, miałem mnóstwo konkretnych rozwiązań. Bardzo konkretnych - aż za bardzo dla polskich działaczy. Proszę zobaczyć politykę Bełchatowa. Tam na sześć miejsc w składzie aż cztery zajmują obcokrajowcy, piąte Pliński, a więc zawodnik, który na igrzyskach olimpijskich w Londynie, czy mistrzostwach świata w 2014 roku nie będzie się liczył. Szóstym jest Mariusz Wlazły. Tymczasem na ławce rezerwowych jest czterech bardzo zdolnych siatkarzy. To ci zawodnicy mogą stanowić trzon drużyny na mundial w 2014 roku. Tyle że tak naprawdę nie mogą sobie pozwolić na siedzenie na ławce rezerwowych, bo to zabija rozwój ich talentu. Bełchatów ma już 40 zawodników. Potrafi sięgnąć po ośmiu reprezentacyjnych juniorów. To nie jest normalne. Trzeba pomyśleć o czymś takim jak draft. Niech dwóch zdolnych siatkarzy trafi do Bełchatowa, a reszta do innych klubów.

- Na koniec przygody w Polsce niespodziewanie pojawiła się propozycja pełnienia funkcji dyrektora sportowego w PZPS-ie.

- Zupełnie nie rozumiem, o co chodziło. Moja praca jako selekcjonera została negatywnie oceniona, skoro nie podpisano ze mną nowego kontraktu, a tu nagle pada propozycja dyrektora sportowego. Mam też zaproszenie na pożegnalną kolację w listopadzie. Nie skorzystam z niego. O czym mamy rozmawiać? O trzech twarzach pana Wspaniałego. O wyborach, które są w końcu października? Proszę mi wierzyć, dla działaczy najważniejszy jest 27 października, a nie sierpniowa data, na którą zaplanowano finał turnieju siatkarskiego na igrzyskach olimpijskich. Działacze nie myślą o rozwoju siatkówki - myślą o tym, aby trwać. Jedni dla władzy, inni dla pieniędzy.

Krytycy nie oszczędzają pana po ostatnich meczach z Belgią.

- Czterech podstawowych siatkarzy wyjechało na wakacje...

Chciał pan powiedzieć, że miało kontuzje.

- Nie, chciałem powiedzieć, że wyjechało na wakacje. Nigdy by sobie nie pozwolili na to, gdybym dalej miał prowadzić kadrę. Jednak moja spodziewania dymisja była dla nich doskonałym alibi. W moim przekonaniu, tak naprawdę z Belgią, mogli zagrać wszyscy czterej, począwszy od Zagumnego... Cóż, w Polsce nie potrafi się dyscyplinować zawodników. Prawda o ich kontuzjach wyszłaby na jaw, gdyby związek nie bał się jasno postawić sprawy - kto nie może zagrać z Belgią, ten nie może grać w pierwszych czterech kolejkach ligowych.

Rozmawiał: Roman Kołtoń

Na II część wywiadu zapraszamy jutro.

Dowiedz się więcej na temat: wakacje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje