Reklama

Reklama

Jacek Olszewski: Nie pytam Boga, dlaczego zabrał mi Agatę

- Wracanie myślami i analizowanie, dlaczego stało się tak a nie inaczej, nic nie daje. Nie mamy na pewne wydarzenia wpływu. Nie jesteśmy w stanie się cofnąć. Gdyby dziś Agata widziała córkę dorastającą, w pełni zdrowia, to jestem przekonany, że nigdy nie podjęłaby innej decyzji - mówi w rozmowie z Interią Jacek Olszewski, mąż Agaty Mróz-Olszewskiej, wybitnej siatkarki, dwukrotnej mistrzyni Europy.

Tę wzruszającą historię pamięta każdy kibic w Polsce, nie tylko siatkówki. 4 czerwca 2008 roku odeszła Agata Mróz-Olszewska, dwukrotna mistrzyni Europy z 2003 i 2005 roku, 138-krotna reprezentantka Polski w latach 2003-2006. Wychowanka Tarnovii Tarnów, zawodniczka niezapomnianej drużyny "Złotek Niemczyka", stoczyła dramatyczną walkę na oczach całej Polski o życie swoje i nienarodzonego dziecka. Córkę Lilianę urodziła dwa miesiące przed śmiercią. Zdecydowała się na donoszenie ciąży mimo ciężkiej choroby szpiku kostnego, z którą zmagała się dziewięć lat.

Reklama

22 maja 2008 roku u siatkarki wykonano przeszczep szpiku w Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Niestety, 12 dni później, zmarła w wyniku posocznicy i związanego z nią wstrząsu septycznego. Została pochowana w rodzinnym Tarnowie, na cmentarzu w dzielnicy Krzyż.

Zbigniew Czyż, Interia: 13 lat temu podczas mszy pogrzebowej Agaty Mróz-Olszewskiej odczytany został wzruszający list, który pani Agata napisała tuż przed śmiercią. Zwróciła się w nim do pana słowami: "Bądź szczęśliwy, nie żałuję swojej decyzji". Jest pan dziś szczęśliwy?

Jacek Olszewski, mąż Agaty Mróz-Olszewskiej: - Jestem optymistą i chyba mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Oczywiście, czasami są ciężkie chwile, ale raczej staram się pozytywnie patrzeć na świat. Staram się szukać pozytywów i patrzeć na szklankę z myślą, że jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Wstaję rano, staram się uśmiechać i cieszyć małymi rzeczami, nawet tym, że słońce świeci, czy deszcz pada. Patrzę też na życie w ten sposób, że córka rośnie, jest zdrowa. Byłem w wielu szpitalach i niejednokrotnie widziałem, jak umierają małe dzieci. To są takie widoki, które zostają do końca życia. Dlatego, jeśli widzę, że moje dziecko nie choruje, uśmiecha się, ma znajomych, to daje pewne poczucie szczęścia.

Na cmentarzu, tuż przed pochowaniem prochów żony, odczytał pan swój wzruszający list, w którym powiedział: "Ja nie pytam Boga, dlaczego zabrał mi Agatę". W ciągu tych trzynastu lat były takie chwile, w których pytał pan jednak Boga, dlaczego stało się tak a nie inaczej?

- Nie. Wracanie myślami i analizowanie, dlaczego stało się tak a nie inaczej, nic nie daje. Nie mamy na pewne wydarzenia wpływu. Nie jesteśmy w stanie cofnąć się. Często opowiadam o filmie "Efekt motyla", w którym jest pokazana alternatywa, co by się stało, gdyby się zadziało coś innego. I okazuje się, że gdyby stało się coś innego, to ta nowa alternatywa wcale nie musi być lepsza. Po prostu nie mamy wpływu na to, co się wydarzyło, musimy pewne rzeczy zaakceptować i żyć dalej.

Myśli pan, że pani Agata podjęłaby dziś taką samą decyzję, decydując się na urodzenie córki mimo ciężkiej choroby?

- Nie ma co gdybać. Ale jeśli ktoś zobaczy film "Lekcja Agaty" lub materiały zgromadzone na kasetach przez jej spowiednika, księdza Marcina Makulę w Instytucie Hematologii, w którym Agata przebywała, to zobaczy, że ona była w pełni świadomą osobą, co do podjęcia takiej decyzji. Dla niej nie były najważniejsze medale i sukcesy, ale owoc naszej miłości. Gdyby dziś widziała córkę dorastającą, w pełni zdrowia, to jestem przekonany, że nigdy nie podjęłaby innej decyzji.

Jakie momenty w pana życiu i wychowaniu córki w ciągu tych minionych trzynastu lat były najtrudniejsze?

- Najtrudniej było chyba wtedy, gdy pewnej zimy spadł śnieg i cała Warszawa była zasypana, a ja byłem z dzieckiem na wyjeździe i nie mogłem wrócić do domu. Byłem wtedy bez jedzenia dla małej córki, a podróż do domu, która miała zająć kilkanaście minut, zajęła cztery godziny. Byłem wtedy zupełnie bezradny. To był taki moment, w którym nic nie mogłem zrobić. Poza tym zwykłe życie, nie było jakichś szczególnie trudnych momentów.

Córka ma dziś 13 lat, jak wyglądają wasze relacje?

- Nasz kontakt wygląda tak jak kontakt ojca z nastolatką. Jest, uważam, fajny, natomiast teraz córka ma więcej kontaktów z koleżankami, kolegami, zajmują ją treningi w siatkówkę. Nasze relacje są pozytywne. Nauczyłem się już jednak żyć z tym, że dziecko w pewnym momencie zaczyna mieć swoje życie, zwłaszcza właśnie nastolatki.

Gdy córka była młodsza, domyślam się, że nie za bardzo interesowała się tym, co oferuje internet. Teraz, gdy jest już w pewnym sensie samodzielna, szuka informacji o mamie, stara się dowiedzieć o niej czegoś więcej?

- Kiedyś miała taki okres, że rzeczywiście szukała informacji w internecie, ale teraz już raczej nie. Myślę, że to się też wiąże  z tym, że sama chce coś osiągnąć. Nie chce, by mama jej pomagała na zasadzie, że jest córką byłej siatkarki, to ona teraz powinna mieć łatwiej. Jest bardzo zawzięta i sama chce coś osiągnąć dzięki swojej pracy i pasji.

Kiedy córka zaczęła grać w siatkówkę?

- Liliana miała propozycję trenowania siatkówki, gdy chodziła do drugiej klasy, ale wtedy ja trochę ją broniłem przed tym. Nie chciałem, by było to tak, że skoro mama uprawiała tę dyscyplinę sportu, to ona też automatycznie musi. Wręcz ją od tego broniłem i ją chroniłem. Chciałem, żeby spróbowała innych rzeczy, na przykład tańca, tenisa, czy skoków o tyczce. Tak się jednak złożyło, że po trzech latach od tamtego momentu poszła na pierwszy trening siatkówki. Spodobało się jej i to ją wciągnęło. Spotkała fajnych trenerów i koleżanki z zespołu. Trenuje już od prawie trzech lat w klubie KS Saska Warszawa.  

Widać, że Liliana rośnie jak na drożdżach i że ma geny po mamie. Ile teraz córka ma wzrostu i na jakiej pozycji widzi siebie w przyszłości?

- Córka mierzy teraz 1,83 cm. Dla tak wysokiej zawodniczki naturalną pozycją jest środkowa i na takiej pozycji zazwyczaj trenerzy ją ustawiają, całkiem nieźle sobie radzi. Może grać też na przyjęciu i w ataku, ale tutaj potrzebne jest nieco inne uwarunkowanie fizyczne, potrzeba więcej masy mięśniowej i większej siły. Liliana póki co jest drobną dziewczyną.

Pojawiają się propozycje z innych klubów dla córki?

- Była propozycja z MOS-u Wola Warszawa, dostała też powołanie do reprezentacji Polski do lat 15, która szykuje swoją kadrę na 2023 rok.  Ustaliliśmy jednak z trenerami, że na razie będą obserwować, jakie czyni postępy. Wiadomo, że pełne zaangażowanie w siatkówkę potrafi bardzo zaabsorbować, a chcemy, aby także skupiła się na nauce. Chcemy, żeby ta droga ewentualnego awansu była naturalna, żeby najpierw trafiła do kadry Mazowsza, a potem do reprezentacji Polski, jeśli oczywiście na to zasłuży. Nie chcemy, żeby ktoś jej powiedział, że przeskakiwała pewne etapy tylko dlatego, że jej mama grała w siatkówkę.

Córka chętnie zagląda w rodzinne strony mamy, czyli do Tarnowa?

- Ostatnio rzadko. Kiedyś częściej jeździliśmy, raz w miesiącu, ale teraz z uwagi na pandemię to się zmieniło. Rodzice Agaty są już co prawda zaszczepieni i mniej się boją koronawirusa, ale pandemia dała się nam we znaki. Dziadkowie Liliany oglądają jednak niemal zawsze jej występy w internecie, gdy córka gra na przykład w jakichś zawodach na terenie Mazowsza. Na pewno pilnują kariery wnuczki.

Jakie ma pan marzenia wobec siebie i córki na najbliższe lata?

- Co dziwne, nie mam żadnych marzeń sportowych. Chciałbym, żeby Liliana robiła to, co lubi i kocha. Ja realizuję się w tym, co robię. Projektuję wyroby medyczne. Współpracuję z fantastycznymi specjalistami, profesorem w zakresie kardiochirurgii i laryngologii. Mam taką misję, że to, co robię, też pomaga ludziom. Ja i córka robimy to, co lubimy. Jeśli tylko zdrowie dopisze, to myślę, że wszystko się ułoży.

Rozmawiał Zbigniew Czyż

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama