Artur Gac, Interia: Nie ma mowy o minimalizmie w przypadku mistrzostw świata, ale w fazie pucharowej każde zwycięstwo cieszy, bo margines na pomyłkę jest zerowy. Zwłaszcza że mieliście za rywala Argentynę, świetnie dysponowaną od wielu tygodni.
Kamil Rychlicki, atakujący reprezentacji Włoch: - Oczywiście, to był mecz o być albo nie być. Najważniejsze, że udało nam się wygrać przeciwko Argentynie, która prezentowała w tym turnieju bardzo dobrą siatkówkę. Przeciwko nim na pewno zagraliśmy nasz najlepszy mecz na tym turnieju i teraz z optymizmem możemy myśleć o ćwierćfinale.
To nie były najłatwiejsze dla was sety, ale wynik 3:0 poszedł w świat.
- Nawet jakby nie było 3 do 0, to i tak byłoby bardzo budujące. No dobrze, wynik wygląda ładnie, ale tak łatwo nie było. Może tylko w drugim secie mieliśmy trochę przewagi nad Argentyną, ale tak jak w pierwszej partii było widać, to w obronie, na zagrywce i w ataku bardzo dobrze się prezentowali. Cenne było to, że w tym meczu fajnie utrzymaliśmy przyjęcie, to nam dużo pomogło.
Te mistrzostwa, od strony wyników, są niesamowite. Mamy do czynienia z kilkoma sensacjami, czy "gigasensacjami", jak odpadnięcie w grupie mistrzów olimpijskich Francuzów kosztem drużyny z Finlandii. Do tego Brazylijczycy, na początku Japończycy. Też nie dowierzałeś?
- Na pewno byłem mocno zaskoczony. Za dużo próbowałem o tym nie myśleć, ani rozkminiać, bo sami byliśmy w ciężkiej sytuacji i musieliśmy wygrać z Ukrainą. Ale na pewno fajnie, bo na tym też polega piękno sportu, że nie zawsze faworyt wygrywa. Trzeba też powiedzieć, że jednak te drużyny, które odpadły, przegrywały z zespołami, które naprawdę grały fajną siatkówkę. Jak wymieniona przez ciebie Finlandia.
Tak, to były zasłużone zwycięstwa.
- Otóż to. Może i dobrze, że nowe, inne drużyny prezentują fajny poziom.
Polski siatkarz bez hamulców. Oto prawda o mistrzostwach świata na Filipinach
Jak myślisz, jaka jest najbardziej trafiona odpowiedź na skomentowanie tych wyników? Czy faktycznie, choć niektórzy z tego banału śmieją się, ale w coraz więcej sportach nie ma już słabych drużyn, czy po prostu faworyci za bardzo kalkulują i myśląc o budowaniu formy na najważniejszy etap turnieju, zapominają, że skazywani na pożarcie od razu rzucą się im do gardeł?
- Przede wszystkim nie myślę, żeby było tak, iż drużyny przygotowują formę na dalszą część turnieju. Chociaż jedna rzecz, którą tutaj poruszyłeś, może się zgadzać. Myślę, że w grę wchodzi trochę aspekt mentalny. Po drugiej stronie są drużyny, które nie mają nic do stracenia, a ty jesteś faworytem, który musi. A to faza zasadnicza, do tego niepełne trybuny, więc jeszcze nie czuć presji. A wówczas, jeśli nie wejdzie się porządnie w mecz, ryzykuje się bardzo dużo.
To kiedy trener Nikola Grbić przekonuje wszystkich Polaków, że forma ma być zwyżkowa, aby urosła wraz z najważniejszymi meczami, to trochę nas buja?
- (śmiech) Nie no, ja jestem od grania, nie od przygotowywania. Więc może właśnie ma rację on.
Czyli wy w reprezentacji Włoch nie budujecie tak formy, aby jej "pik" był zaprojektowany na ostatni, najważniejszy mecz turnieju?
- Tak jak mówię, to już do trenera pytanie, to trenera trzeba się pytać.
Na pewno byłem mocno zaskoczony. Za dużo próbowałem o tym nie myśleć, ani rozkminiać, bo sami byliśmy w ciężkiej sytuacji i musieliśmy wygrać z Ukrainą. Ale na pewno fajnie, bo na tym też polega piękno sportu, że nie zawsze faworyt wygrywa. Trzeba też powiedzieć, że jednak te drużyny, które odpadły, przegrywały z zespołami, które naprawdę grały fajną siatkówkę. Jak wymieniona przez ciebie Finlandia.
Jak czujesz się na tym turnieju ze swoją dyspozycją fizyczną i mentalną?
- Dobrze, dobrze. Cieszę się, że mogę występować na mistrzostwach świata, a jako drużyna gramy dalej i wygrywamy. Próbuję, jak tylko mogę, wspierać chłopaków i drużynę.
Nie mogę sobie odmówić i nie zapytać cię o reprezentację Polski z oczywistych względów. Robi na tobie wrażenie to, jak nasza kadra prezentuje się w tych mistrzostwach?
- Meczów aż tak nie widziałem, żeby teraz wypowiadać się dokładnie na temat, ale bez oglądania na pewno skład dobrze znamy. Znamy zawodników, którzy grają w reprezentacji Polski, więc to na pewno jasna sprawa, że to jest faworyt do medalu i może do wygrania mistrzostw. Oczywiście mamy duży szacunek do nich i zobaczymy, czy się spotkamy, czy nie. Najpierw to będzie zależało od nas (mecz Włochy - Belgia dziś o godz. 9:30 czasu polskiego - przyp.).
Którego z Biało-Czerwonych postrzegasz w kategoriach lidera tej ekipy, robiącym największą różnicę i stanowiącym takie ogniowo, bez którego uwidoczniłaby się luka?
- Z zewnątrz to na pewno widać, że Leon jest bardzo ważnym ogniwem, ale też inni dokładają swoje ważne cegiełki.
Opowiedz króciutko swoją historię, bo może jeszcze nie wszyscy wiedzą.
- Urodziłem się w Luksemburgu, tam chodziłem do szkoły i dorastałem. Moi rodzice są z Polski. Co lato, co zimę, na wakacje jeździliśmy do rodziny nad Wisłę. A teraz, w przyszłym sezonie, będę grał w PlusLidze w Zaksie Kędzierzyn-Koźle.
Masz jeszcze tutaj bliskich?
- Rodzina trochę się rozproszyła, a też niestety babcia i generalnie dziadkowie już nie są z nami.
Broniący tytuły mistrzowie świata przyjechali tutaj z absolutnie jednym celem? Nie ma żadnego planu minimum?
- Nie ustaliliśmy sobie jakiegoś celu, który musimy osiągnąć, albo chcemy osiągnąć, ale nie ma co ukrywać tego, co powiedziałeś. Bądź co bądź jesteśmy mistrzami świata, bronimy tytułu, więc jest normalne, że mamy pewną odpowiedzialność na naszych barkach, żeby jak najdalej dojść. Jesteśmy świadomi tego i próbujemy to zrobić.
Cała aklimatyzacja i to wszystko, co związane z inną strefą czasową, z innym miejscem, nie przeszkodziło się wam zaadaptować, czy w pojedynczych przypadkach są przypadki, że chłopaki nadal się tutaj nie odnajdują?
- To chyba trochę bardziej osobiste, pewnie jednemu to może lepiej pasuje, drugiemu mniej. W każdym razie nie widzę, żeby były jakieś wielkie problemy, tym bardziej że już od dawna jesteśmy przynajmniej w Azji, bo wcześniej stacjonowaliśmy w Japonii. I mam nadzieję, że te rzeczy, o które pytasz, do końca turnieju nas nie zatrzymają.
Rozmawiał Artur Gac, Manila












