Starcie Polaków z Turkami zapowiadało się kapitalnie. "Biało-czerwoni" w tym turnieju, zgodnie z przypuszczeniami, pokazują wielką jakość, natomiast zespół znad Bosforu jest absolutnym objawieniem czempionatu w Azji. Podopieczni Slobodana Kovaca zrobili wrażenie na wszystkich obserwatorach i z wielką wiarą przystępowali do konfrontacji z naszpikowaną gwiazdami konstelacją Nikoli Grbicia.
Niedługo przed meczem gruchnęła wiadomość o ogromnym osłabieniu naszych przeciwników. Z gry przeciwko Polakom wypadł jeden z trzech-czterech najbardziej wartościowych zawodników w drużynie, Efe Mandiraci. Powodem absencji w tak ważnym spotkaniu był uraz prawego mięśnia czworogłowego uda drugiego stopnia.
Koncert w pierwszej partii. Bez supportu, od razu gwiazdy wieczoru
W naszym zespole, nie po raz pierwszy w tym turnieju, problemy dosięgły Tomasza Fornala, który nie brał udziału w rozgrzewce. Poczynaniom kolegów długo przyglądał się z ławki rezerwowych w stroju, przeznaczonym dla... libero. To było spore zaskoczenie, ponieważ jeszcze we wtorek nasz przyjmujący trenował normalnie. Szkoleniowiec naszego zespołu postawił na sprawdzoną szóstkę: Marcin Komenda, Bartosz Kurek, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Norbert Huber oraz libero Jakub Popiwczak. Z kolei w szeregach rywala Mandiraciego na przyjęciu zastąpił Gokcen Yuksel.
Świetnie w spotkanie wszedł Leon, który na lewym skrzydle popisał się dwoma potężnymi atakami, ale rywale także zdobywali punkty ze swoich akcji. Przy stanie 4:4 mieliśmy konfrontację naszych bloków. Najpierw Kurka zatrzymali rywale, ale po chwili to nasza dwójka zdobyła tym elementem punkt. I w tym momencie Polacy ruszyli z pierwszym sprintem, zdobywając w serii cztery punkty. Przy wyniku 8:4 o czas poprosił Kovac.
Polacy w dalszym ciągu świetnie czytali intencje rywali w bloku, zatrzymując ich największe armaty. Niemoc, atakiem ze środka, przerwał dopiero Bulbul (10:6). Punktować od początku spotkania zaczął Huber, skuteczny też w swoim najważniejszym elemencie. Rywale z kolei wcale nie demolowali nas zagrywką, co było głównym niebezpieczeństwem, na jakie zwracał uwagę Grbić. Z kolei nasz blok się nie zatrzymywał, imponujący punkt, po długiej akcji, zdobył Kochanowski, zatrzymując najgroźniejsze ogniwo, czyli Adisa Lagumdziję (13:8). Przeciwników deprymować mogło to, gdy mieli wiele czasu, by ustawić jak najszczelniejszy trzyosobowy blok na skrzydle, a przez ich ręce i tak przebił się Semeniuk (16:10).
Piękny gest polskich siatkarzy na Filipinach. Wielkie serca podczas mistrzostw
W pierwszej partii można było pozazdrościć pracy Grbiciowi, który niczym turysta spacerował sobie wzdłuż linii bocznej boiska i nie miał powodu, by ingerować w dobrze funkcjonującą maszynę. Co innego Kovac, który po ataku Leona (20:13) po raz drugi przywołał swoich zawodników na odprawę. Momentami aż żal robiło się przeciwników, którzy nie mogli sforsować naszego muru na siatce. Kurek znów grał świetny mecz, a gdy dołożył asa, rywale wykonali zmianę powrotną na przyjęciu (zszedł Kirkit). Przy wyniku 23:13 na parkiet weszli Sasak i Firlej, a Kochanowski zapewnił nam pierwszą piłkę setową (24:14). I to właśnie "Kochan" wykorzystał najbliższą szansę, by zakończyć tego nierównego seta, a prawidłowość zagrania potwierdził wzięty czelendż (25:15). Co pokazały statystyki pierwszego seta? Turcy najsilniejszą bronią, czyli serwisem, nie zdobyli żadnego punktu!
Drugi set rozpoczął się tak, że nim kibice zdążyli wrócić po krótkiej przerwie na swoje miejsca, "biało-czerwoni" już prowadzili 4:1. Turkom nie szło w ogóle w mocnym ataku, więc szukali technicznych zagrań, ale nimi także niewiele byli w stanie wskórać. Najciekawiej, choć średnio przyjemnie dla Komendy zrobiło się, gdy Kurek na polu zagrywki szukał kolejnej "bomby", ale tak pechowo uderzył piłkę, że ta lecąc ponad 100 km/h wylądowała na plecach rozgrywającego. Ten aż się wygiął z bólu, ale nie dał po sobie poznać, że coś mu doskwiera i gra toczyła się nadal.
Grbić przeszedł siebie w drugim secie. Polacy nie do zatrzymania
Szarpać próbował Mirza Lagumdzija i trzeba przyznać, że dał oddech swojemu zespołowi w drugim secie. W jednej z akcji jednak popełnił techniczny blok w ataku i zamiast zniwelować straty do 11:9, zrobiło się 12:8. A gdy Polacy dołożyli blok, Kovac poprosił o pierwszy czas w tej partii. Trzeba też oddać Yukselowi, że potrafił na zgubionym przez Yenipazara bloku fenomenalnie zaatakować z trzeciego metra. W odpowiedzi Leon huknął chyba jeszcze z bardziej piekielną mocą. A zaraz potem dołożył asa i zespół znów wypracował komfortową, pięciopunktową przewagę.
Nowa zasada w reprezentacji Polski, Kurek ujawnił. Piękny gest zawodników
Turcy znów zniwelowali straty (18:15), tym razem za sprawą starszego z braci. A gdy Mirza na pojedynczym bloku zatrzymał na prawym skrzydle Kurka (18:16), o pierwszy w tym spotkaniu czas poprosił Grbić. Przy stanie 20:18 Turcy wykonali zmianę zadaniową, ale Can Koc pomylił się na zagrywce. Polacy zaczęli do tego stopnia eksperymentować, że za Leona na plac gry wszedł... Granieczny i graliśmy dwoma nominalnymi libero. Jeszcze brakowało tylko tego, żeby 20-latek dostał piłkę do ataku i ominął blok rywali.
Wynik jednak zaczął topnieć (23:22), ale Grbić twardo trzymał się swojej koncepcji. Dopiero po udanym ataku Hubera na wagę piłki setowej, Leon powrócił na plac gry. Ale nie musiał uruchomić ataku, bo po drugiej stronie siatki błąd popełnił Mirza Lagumdzija i wygrana 25:22 była faktem.
Trzeciego seta rozpoczęliśmy bez Graniecznego i Popiwczaka na placu, wracając do wyjściowego garnituru. A wkrótce Huber pognał na drugą stronę siatki, aby przeprosić starszego z braci, którego po ataku (6:4) trafił piłką w twarz. Turcy pokazywali charakter walczaków i potrafili doprowadzić do remisu (6:6), lecz pociąg od razu zaczął im odjeżdżać o dwie, a po chwili o trzy stacje. Gdy świetnie zaatakował Kurek (9:6), byliśmy świadkami następnej prośby Kovaca o czas.
Turcy jeszcze próbowali, ale wyglądali na coraz bardziej pogodzonych ze swoją bezsilnością. Ducha walki w swoich zawodników próbował jeszcze tchnąć szkoleniowiec, gdy po asie Kochanowskiego (16:11) znów zareagował przerwą.
Do tego doszła zmiana i przeciwnicy wyraźniej nabrali wiatru w żagle (19:17), ale od czego w takich momentach jest Leon, który znów huknął obok dłoni blokującego. Grbić ponownie zdecydował się na wariant z Graniecznym za Leona, a po chwili postanowił poprosić o przerwę (21:19). I zespół wrócił dwoma udanymi atakami Kurka (23:19). Kapitalnie na polu zagrywki zameldował się Kochanowski, zapewniając nam pierwszą piłkę meczową. I poszedł za ciosem, a Polacy wygrali 25:19 i całe spotkanie 3:0.
Z Manili - Artur Gac













