Polacy cieniem siebie w meczu o medal mistrzostw świata. Decydował czwarty set
Polscy siatkarze brązowymi medalistami mistrzostw świata na Filipinach. W "małym finale" zawodnicy trenera Nikoli Grbicia pokonali Czechów 3:1. Miejsce na podium oczywiście cieszy, bo medal był celem reprezentacji, jednak gra przeciwko naszym południowym sąsiadom długimi fragmentami pozostawiała wiele do życzenia. Polacy być może nie doszli do siebie po przegranym boju z Włochami, ale liczba i rodzaj błędów, jakie popełnili, wyraźnie kuły w oczy.

Nie tak polscy siatkarze wyobrażali sobie najważniejszy dzień na mistrzostwach świata na Filipinach, w którym czekała nagroda w postaci pojedynku o złoty medal. "Biało-czerwoni" mieli chrapkę, aby w półfinale zrewanżować się Włochom za porażkę przed trzema laty w Katowicach, jednak zderzyli się ze znakomicie funkcjonującą maszyną z Italii. W efekcie przegrali rozczarowująco, bo 0:3 i stanęli przed piekielnym wyzwaniem, aby w ciągu kilkunastu godzin przestawić swoje myślenie z rozczarowania na czekające ich wyzwanie.
- Ja myślę, że każdy medal ma swoją wartość. Teraz byłby naprawdę duży błąd ze strony wszystkich myśleć, że to tylko Czechy, więc będzie łatwo. Bo teraz mieliśmy okazję zagrać finał, którego nie rozegramy, więc musimy to wszystko zapomnieć i skoncentrować się, żeby następnego dnia rozegrać bardzo ważny mecz dla każdego zawodnika - przekonywał trener Nikola Grbić.
Bartosz Kurek przyznawał, że zespół czeka nieprzespana noc, a sobie dawał nadzieję, że w ostatniej chwili może przezwycięży problemy mięśniowe i pomoże kolegom w tym bardzo ważnym pojedynku. Niestety jego starania zakończyły się fiaskiem i znów, już podczas rozgrzewki, oglądaliśmy kapitana tylko biernie przyglądającego się poczynaniom kolegów. Szkoleniowiec Polaków posłał do boju następujący skład: Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Kewin Sasak, Norbert Huber i libero Jakub Popiwczak.
Polacy mocno odjechali Czechom. Popis Leona w pierwszym secie
Polacy z będącymi "czarnym koniem" tego turnieju Czechami rozpoczęli wyrównanie i utrzymywali lekkie prowadzenie, aż stracili je po nieudanym technicznym ataku Semeniuka (4:5). Szybko stan meczu, dynamicznym atakiem z prawego skrzydła, wyrównał Sasak. Widać było lekką nerwowość w naszych poczynaniach, gdy znów - podobnie jak w pojedynku z Włochami - kompletne nieporozumienie zapanowało między Komendą i Huberem, na szczęście prezent otrzymaliśmy w ataku od Czechów. Za moment zabrakło lepszej asekuracji w naszych szeregach.
W końcu troszkę oddechu dał nam dobrym zbiciem piłki "Semen" (8:6), a trzypunktowe prowadzenie zespół objął po dwóch potężnych atakach Leona. Gdy asa dołożył Semeniuk (11:7), mający za sobą wczoraj słaby występ, szkoleniowiec Jiri Novak poprosił o pierwszy w tym spotkaniu czas.
"Biało-czerwoni" kontynuowali pewną grę, Semeniuk nie schodził z pola zagrywki, a Leon atakował i dołożył znakomity blok (13:7). Fatalną serię swojego zespołu przerwał jeden z gwiazdorów, doskonale znany polskim kibicom z PlusLigi Lukas Vasina. Wciąż fenomenalnie grał Leon, w potrójnym bloku znów idealnie przełożył ręce i trener Czechów drugi raz zgrupował swoich zawodników przy linii bocznej. Czesi nie mieli żadnej recepty na naszego przyjmującego i wynik rósł w oczach (17:10).
Wszyscy życzyliśmy sobie tak usposobionych Orłów i nie ustawali w natarciu, asem "na żyletki" błysnął Kochanowski, a za chwilę "Semen" do spółki z Huberem "zaczapowali" przeciwnika (21:13).
Przy wysokim prowadzeniu w naszych szeregach pojawiły się błędy i Czesi zniwelowali dwa punkty, ale Leon dał powód, by publiczność znów wzniosła okrzyk "fireball" (23:17). Gdy Sotola pomylił się na polu zagrywki, Polacy mieli pierwszą piłkę setową. Indra dał rywalom punkt w ataku, ale po chwili ryzykowną zagrywkę zepsuł Vasina i pierwszy krok do najniższego stopnia podium został postawiony (25:18). Dorobek Leona w pierwszym secie wyniósł aż 10 punktów (osiem w ataku i dwa blokiem).
Falowanie i spadanie. Czesi poczuli szansę i jej nie wypuścili
Różnicę klas było widać także w drugim secie, nawet w elemencie bloku, gdzie przy takim ustawieniu rąk nie sposób zatrzymać takiego specjalistę od ataków, jak Leon. Mocne próby odpowiedzi też nie działały, więc Galabov poszukał technicznego rozwiązania, ale mocno się pomylił. Zrobiło się 5:1 i Novak już przywołał swoich zawodników na krótką przerwę. Kolejny gong przyszedł po powrocie na parkiet, bo Sasak błysnął asem (6:1).
Sporym atutem była również zagrywka naszych zawodników, która powodowała, że Czesi mało którą piłkę byli w stanie zagrać do siatki rozgrywającemu. Bartunek uwijał się jak w ukropie, by próbować coś z takich podań wyczarować. Wysokie prowadzenie zaczęło jednak topnieć i pięć punktów zmniejszyło się do ledwie dwóch (11:9). Kontrola była jednak pełna, wystarczyły trzy akcje i wynik wrócił do komfortowego stanu (14:9).
Jakość w tym secie jednak mocno falowała. Polacy ponownie roztrwonili prowadzenie, był błąd na siatce Semeniuka, a później bardzo nieudany atak, w którym "szukał" rąk przeciwnika. W momencie rezultatu 16:15 do gry wszedł Grbić, prosząc o czas i tłumacząc swoim zawodnikom, co powinni robić lepiej. Czesi wyraźnie uwierzyli, że to jest ten moment meczu, w którym mogą wskoczyć do zwalniającego pociągu.
Gorąco dopiero zaczynało się robić. Najpierw nasz zespół zepsuł przyjęcie i przechodzącą piłkę "zgasił" Licek (18:18). W reakcji Grbić za Semeniuka wprowadził Fornala, ale w kolejnej akcji potrójny blok zatrzymał Leona. Trener ponownie interweniował czasem (19:20). Czesi wrócili na parkiet i genialną zagrywką błysnął Sotola, z którą nie poradził sobie Popiwczak. Dwa punkty straty w takim momencie to było niemałe wyzwanie (19:21).
Ustawienie dało nam atut zagrywki w postaci Leona, ale co z tego, jak na skrzydle zatrzymany został Sasak i Czesi fruwali z radości (21:23). Czelendż dla Polaków zakończył się niepowodzeniem i to był ostatni moment na powrót w tym secie. Grbić na parkiet wpuścił Graniecznego, czyli dał drużynie atut w przyjęciu, ale jednocześnie odjął opcję w ataku. Z kolei nasi południowi sąsiedzi po ataku Vasiny zapracowali na premierowego setbola (22:24). Byli o włos przy pierwszej szansie, zablokowali Hubera, ale piłka wyszła na aut. Za moment jednak można było zmieniać strony boiska. Granieczny podbił trudną piłkę w obronie, ale nieporozumienie Hubera z Popiwczakiem zakończyło się w najgorszy możliwy sposób (23:25).
Nerwy do samego końca. Bohaterem zmiennik Jakubiszak
Na trzecią partię Polacy wyszli z korektami w składzie. Na przyjęciu w miejsce Semeniuka grał Fornal, z kolei Szymon Jakubiszak został wprowadzony za Hubera. Trudno się patrzyło na momenty, gdy w naszych szeregach brakowało asekuracji i piłki, które były do uratowania, trafiały w parkiet. Bardzo ładny atakiem, ze środka, zaimponował Jakubiszak i Polacy mieli trzy punkty przewagi (7:4). Co ważne, Fornal nie był już zawodnikiem zdolnym tylko do bronienia, lecz również otrzymywał piłki do ataku. Nasz środkowy bardzo dobrze wkomponował się w mecz i sprawił, że Czesi mieli większą zagwozdkę na siatce, do kogo wystawi nasz rozgrywający. A pozytywnie zweryfikowany czelendż po ataku Leona zbudował wyraźniejszą przewagę (11:7).
Grbić ciężko westchnął, gdy nie pierwsze gapiostwo odebrało nam szansę na punkt. Ustawiliśmy potrójny blok, który dobrze popracował, ale w asekuracji zabrakło zawodnika, a ofiarny "pad" Sasaka był spóźniony (13:11). W tym momencie udał się do swojego asystenta i być może poprosił go, aby ta sytuacja znalazła się w notatkach. Niestety ponownie zaczęło robić się nieciekawie, gdy po ataku Zajicka Czesi traci do nas tylko punkt (15:14). Polakom trudno było wyjść z tego stykowego rezultatu. Przecieraliśmy oczy, gdy Popiwczak i Kochanowski popełnili szkolny błąd, całkowicie gubiąc komunikację i piłka wpadła w parkiet (18:19).
Czesi czuli się coraz pewniej na parkiecie, a Polacy wyglądali tak, jakby ciężar tego meczu najzwyczajniej zaczął ich przytłaczać. Znów na naszą stronę wpadła piłka, która absolutnie powinna być obroniona. I po takim punkcie Vasiny (20:20) z nietęgą miną poprosił o czas. Szczelny błąd wrócił w bardzo ważnym momencie i dwa punkty dały oddech. Wróciło też rozegranie do Jakubiszaka, który skończył trudną piłkę. Zmiennik rozgrywał popisową końcówkę, to jego blok dał nam piłkę setową (24:21). Partię z lewego skrzydła domknął Leon (25:22).
Czwarty set był walką od pierwszej piłki, ale ponownie Polacy szybko pokazali, że są daleko od swojej najlepszej dyspozycji. To Czesi błyszczeli poświęceniem w obronie, a po naszej stronie przydarzył się tak niewytłumaczalny błąd, jak ten Leona (4:6). Grbić nie miał wyjścia i znów przemawiał do swoich wybrańców.
W ważnym momencie skutku nie przyniósł czas dla Czechów i Polacy zbudowali kilkupunktową przewagę (11:7). Przeciwnicy jednak ciągle nie zwieszali głów, jeden wygrany set dał im dostatecznie dużo wiary w siebie. Po asie Sotoli złapali bliższy kontakt, ale ciągle wszystkie karty w ręku mieli "biało-czerwoni" (17:14). Na cichego bohatera pracował cały czas Jakubiszak, potrafiąc w ataku także przechytrzyć blok rywala. W końcu jednak również on nadział się na "czapę" i aby uspokoić nerwy (19:17) Grbić poprosił o czas. Długo trwało oczekiwanie na czelendż przy akcji na 20:17 dla Orłów. Na szczęście nie doszło do dotknięcia piłki przez naszych blokujących i zespół miał względnie duży komfort.
Polacy byli już naprawdę o włos, by dokończyć ten trudny mentalnie pojedynek (21:17). Nasza indolencja w obronie jednak wciąż wołała o pomstę do nieba i nie było jeszcze pełnego spokoju (22:19). Piłkę meczową mocny atakiem zapewnił Leon, a robotę za nas dokończył Vasina, myląc się w ataku (25:21).
Z Manili - Artur Gac













![Tak wyglądały najlepsze bloki z meczu Japonia - Polska [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N1EPQFFUYBPJO-C401.webp)

![Finał: Jannik Sinner - Alexander Zverev. Wimbledon 2026. Skrót meczu [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000N1EYL4GXD0WNG-C401.webp)