Głośno o Kochanowskim i Popiwczaku tuż po MŚ. Pierwszy do wszystkiego się przyznał
Wielu siatkarzy z pewnością długo nie zapomni zakończonych właśnie mistrzostw świata na Filipinach. Z radości szaleją Włosi, ogromny powód do zadowolenia mają Bułgarzy i Czesi, a polscy siatkarze także starają się docenić to, że choć apetyty były większe, to nie schodzą z podium za kadencji trenera Nikoli Grbicia. Indywidualnie w naszym zespole na pewno może być dumny Jakub Kochanowski, wybrany do drużyny gwiazd. Jest jeszcze jeden powód, dla którego "Kochan" do spółki z Jakubem Popiwczakiem na zawsze będą pamiętani z Manili.

Ktoś napisał "dzieło sztuki". I faktycznie, nic by się nie stało, gdyby wczoraj podczas pięknej celebry wieńczącej mistrzostwa świata w hali SM Mall od Asia Arena ktoś wpadł na pomysł, że warto dołożyć jeszcze jedną kategorię. I wręczyć nagrodę MVP w kategorii "fotoreporter turnieju", w domyśle autor najbardziej spektakularnego zdjęcia.
Jakubowie Kochanowski i Popiwczak w "muzeum sztuki"
Być może zjawiskowych fotografii jest więcej, ale z pewnością ta, na której uwiecznieni zostali Jakub Kochanowski i Jakub Popiwczak, zasługuje na wszelkie możliwe laury. Pal licho, że w tej sytuacji raczej mieliśmy do czynienia z boiskową groteską i nie pierwszą sytuacją zwłaszcza podczas dwóch ostatnich meczów, gdy pogubiony polski zespół popełniał szkolne błędy. Dzieło sztuki to obraz, który uwiecznia wszystkie stany, każdy blask i cień w życiu ich bohaterów.
Niektórzy już zgłosili postulat, by zdjęcie trafiło do muzeum sztuki. Z pewnością jednak warto, by strona polska nabyła do niego prawa autorskie, bo taki kadr mógłby być ozdobą każdej wystawy i wydarzenia wokół polskiej siatkówki. Jeden z użytkowników portalu X znalazł nawet gotową alegorię, wspomniał bowiem o rzymskim micie pod tytułem: "Porwanie Prozerpiny przez Plutona", który jeszcze w baroku doczekał się trwałego pomnika wykonanego z marmuru.
Rzeczona sytuacja, z której teraz możemy się na szczęście tylko śmiać, bo mogła skończyć się dużo poważniej, przydarzyła się Kochanowskiemu i Popiwczakowi w trzecim secie. Obaj chcieli ratować piłkę, w wyniku czego doszło do zderzenia środkowego z libero. Pal licho, że żaden z nich nie trafił w piłkę, skoro "Kochan" złapał się za nogę i przez moment można było drżeć o jego zdrowie. Jak się jednak okazało, Kochanowski to artysta również innych talentów.
- Trochę "przyaktorzyłem". Mieliśmy trudny moment i potrzebowałem ukraść trochę czasu. Poleżałem chwilę. Od razu wszystkich uspokoiłem, że nic się nie stało. Chciałem wymusić jak najdłuższą przerwę. Później Patrik Indra zepsuł zagrywkę, więc przypisuję sobie połowę asa serwisowego - zdradził gwiazdor zespołu.
Co natomiast powiedział o samym przebiegu meczu o brązowy medal zawodnik PGE Projektu Warszawa?
To są emocje. Na początku meczu Czesi nie za bardzo wierzyli, że w ogóle coś mogą zwojować. Zagraliśmy bardzo dobrze w pierwszym secie. Później przydarzył nam się słabszy moment, dwa ataki w aut, as po taśmie, zderzenie. Przepchnęli drugiego seta i dało im to sporo wiary, że jesteśmy do ugryzienia. Od połowy drugiego seta w ogóle nie czułem, żebyśmy kontrolowali ten mecz. O każdą piłkę trzeba było walczyć
I uzasadnił, że z czego taka gra wynikała.
- Czuliśmy zmęczenie w nogach, ale przede wszystkim w głowach. Nie mieliśmy za dużo czasu, żeby się pozbierać. Nie graliśmy najlepszej siatkówki, na jaką nas stać, ale zaprezentowaliśmy się na tyle dobrze, że udało nam się przywieźć medal do Polski - opowiadał.
Dla "Kochana" to jednak o tyle szczególne mistrzostwa, że nie tylko z zespołem podtrzymał medalową passę, ale także indywidualnie wciąż jest na topie. Każdą z ostatnich czterech wielkich imprez mistrzowskich kończył z mianem zawodnika, wybranego do najlepszej drużyny turnieju. I tak samo stało się tym razem.
Z Manili - Artur Gac












