Wszystko, co warto było odnotować w krótkim wstępie do tego meczu, w jednej chwili zeszło na absolutnie dalszy plan. Gdy na parkiet na rozgrzewkę wkroczyli polscy siatkarze, nagle okazało się, że problemy ze zdrowiem trapią kapitana zespołu Bartosza Kurka, otwiera się w nowym oknie. Wskazywały na to czerwone spodenki, które wyróżniały lidera naszej kadry, identyczne jak te naszego nominalnego libero.
Powrót Fornala, kłopoty Kurka. Początek jak w filmie
Zapanowała pełna konsternacja, bo przecież wczorajszy trening był otwarty dla mediów, ale nikt niczego niepokojącego nie zauważył. Okazuje się, że sytuacja z kontuzją, której powaga na razie jest tajemnicą, pojawiła się w takim momencie, gdy nikt poza ludźmi z reprezentacji Polski tego nie mógł dostrzec. Z jednej strony mogliśmy odetchnąć z ulgą, bo Tomasz Fornal tylko początkowo nieco zablefował zajęciem miejsca na ławce, a później dołączył do rozgrzewki z kolegami, jednak osłabienie w postaci braku świetnie dysponowanego od początku turnieju Kurka spadło jak grom z jasnego nieba. W tej sytuacji okazję rozegrania wielkiego meczu, na miarę niedawnego finału Ligi Narodów, dostał rozgrywający sezon życia, atakujący Kewin Sasak. Trener Nikola Grbić posłał do boju następujący skład: Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Kamil Semeniuk, Kewin Sasak, Norbert Huber oraz libero Jakub Popiwczak. Warto dodać, że Maksymilian Granieczny znów był przygotowany do roli przyjmującego.
To była wobec tego kolejna okazja, aby na tle takiego giganta, jak Włosi, udowodnić powszechną opinię, że głębia kadry Polaków jest fantastyczna i każdy zawodnik gwarantuje najwyższą jakość.
Polacy zaczęli od mocnej, zadaniowej zagrywki Semeniuka, a następnie pogrozili mistrzom świata czujną grą na siatce. Szybko przyszedł też pierwszy as, gdy Huber ustrzelił Bottolo, ale wynikowo było na remis (3:3). Szybko utwierdziliśmy się, że potężnie zagrywający Włosi będą polowali na Leona, ale nasz przyjmujący przy pierwszej okazji pokazał pełnię umiejętności. A Polacy podkręcili grę blokiem, najpierw Komenda nie pierwszy raz w tym turnieju pokazał instynkt, a tuż po nim Semeniuk (8:6). "Semen" wszedł w mecz, jak rasowy środkowy. Gdy dziwny błąd na siatce przydarzył się takiemu asowi, jak Gargiulo, trener Ferdinando De Giorgi poprosił o przerwę (9:6).
Stracone szanse, ostrzał ze strony rywali w ataku
Co zrobił Giargulo po powrocie? Znów popełnił fatalny błąd, aż wróciły wspomnienia z finału w Chinach, gdzie Włosi potykali się o własne nogi. W naszym szeregach problem z przebiciem się przez blok na prawym skrzydle miał Sasak, mało ograny w tym turnieju, ale przewaga po potężnym zbiciu Hubera urosła do czterech punktów (12:8). Gargiulo zrehabilitował się na polu zagrywki i straty rywali stopniały do dwóch "oczek".
Sasak nie miał lekko, więc przy czelendżu dla swojego zespołu (13:12) Grbić podszedł do swojego atakującego i przekazał mu kilka wskazówek. A w momencie, gdy weryfikacja zakończyła się niepowodzeniem, trener zaprosił zawodników na krótką przerwę. Włosi skutecznie dogonili nasz zespół, podnosząc potęgę zagrywki. Gdy Romano zablokował Leona, był remis (14:14), a po chwili rywale objęli minimalne prowadzenie.
Polacy znów pokazali jakość, jak w sytuacji, gdy bardzo trudną piłkę na skrzydle wystawioną sposobem dolnym skończył Semeniuk. W sobie tylko znany sposób przedarł się przez potrójny blok i zamiast dwupunktowej straty, mieliśmy remis 16:16. Problemy jednak dopiero nadciągnęły, bo zagrywka Włochów coraz bardziej odrzucała nas od siatki. A przez to byli w stanie ustawić blok, który nie dawał często bezpośrednich punktów, ale pozwalał wyprowadzać kontrataki.
Grbić widząc trwające problemy Sasaka, wprowadził na plac gry Fornala, ale wynik wciąż uciekał. I w nasze szeregi wkradła się zauważalna nerwowość (17:20). Powyższa zmiana była tylko zadaniowa i nominalny atakujący prędko wrócił na plac. Polacy w ogóle nie odrabiali strat, m.in. dwukrotny psując zagrywkę, kolejno Huber i Sasak. Gdy czelendż potwierdził pomyłkę w ataku Leona, przeciwnicy mieli pierwszą piłkę setową (20:24). Z pierwszej jeszcze udało się wyjść obronną ręką, ale po chwili "gwoździa" na naszą stronę siatki wbił Bottolo (21:25). Włosi kompletnie zdominowali nas w formacji ataku (11 do 6), czym zapewnili sobie jedyną, ale bardzo istotną przewagę. A indywidualnie największe krzywdy zadał nam Romano (6 punktów). W polskim zespole w tym elemencie wyróżnił się Semeniuk (4 pkt).
Świetny początek Polaków. Odjazd Włochów w końcówce
Drugiego seta Polacy rozpoczęli od bardzo mocnego uderzenia, niemal w jednej chwili wychodząc na prowadzenie 4:1. De Giorgi nie czekał, aż sytuacja stanie się jeszcze trudniejsza i szybciej niż w pierwszej partii przywołał podopiecznych do linii bocznej.
Włosi jednak w wielkim stylu zabrali się za odrabianie strat (5:4), a Kochanowski poirytował się, gdy jednemu z jego kolegów zabrakło czujności, bo piłka była spokojnie do podbicia. Zabawnie po drugiej stronie siatki zrobiło się, gdy Bottolo już szykował się do ataku, a uprzedził go Michieletto (6:6). Grało nam się bardzo ciężko, lecz błysk geniuszu ponownie zaprezentował "Semen", efektownie "czapując" siatkarza z Italii na pojedynczym bloku. Nasz zespół zaczął stosować bardziej urozmaicony atak i z trzeciego metra skutecznie piłki zbijał Leon (9:7).
Trzeba oddać, że wirtuozerskie umiejętności potrafił także pokazać Michieletto, gdy nic nie zrobił sobie z naszej ściany blokujących i w niesygnalizowany sposób efektownie trafił przy linii. A gdy doszedł as Romano, wynik wrócił do równowagi (10:10). Od tego momentu obserwowaliśmy walkę gigantów punkt za punkt. Gdy jednak rezultat przechylił się na minimalne prowadzenie gości, po dobrym ataku Bottolo po bloku (13:14), Grbić zareagował czasem. Romano nadal był naszym utrapieniem, bo na plac gry wrócił efektownym asem. A po chwili w ten sam sposób skarcił nasz zespół Bottolo i widać było, że w naszych szeregach jest problem. W ataku pomylił się Semeniuk (14:18) i Grbić ruszył z jeszcze jedną ofensywą, bardzo ekspresyjnie przemawiając do swoich zawodników.
Problemem zaczęła być nawet nasza skuteczność w trzyosobowym bloku, ale to był moment meczu, gdy Komenda nieco bardziej uruchomił środkowych. I mozolnie zbliżaliśmy się do przeciwnika, a seria dwóch ataków Leona, jednego z przechodzącej piłki, sprawiła, że mieliśmy rywala na wyciągnięcie ręki (19:20). W tym momencie przerwę na żądanie wywołał De Giorgi. To był fragment meczu Leona, który kolejnym udanym atakiem zapewnił zespołowi remis (20:20). Heroiczna pogoń pozwoliła wyszarpać punkt w długiej akcji, którą sfinalizował Semeniuk (22:21). I nasz zespół był o włos od kolejnego punktu, ale genialnie w obronie zagrali Włosi, po czym zapunktowali z piłki, która wydawała się być stracona (22:22). Grbić na przyjęcie wpuścił Graniecznego za Leona. Niestety w ataku pomylił się Semeniuk, po chwili doskonale zaatakował Bottolo i Włosi mieli piłkę setową, którą od razu wykorzystali asem serwisowym (22:25). Grbić odprowadził piłkę wzrokiem i ruszył ze swoim zespołem na drugą stronę boiska.
0:2 w setach, Polacy pod ścianą
Sytuacja zrobiła się krytyczna, bo od tego momentu "biało-czerwoni" już zupełnie byli pod ścianą. Trzecią partię od początku rozpoczął Fornal, zastępując Semeniuka. Niestety Sasak od razu nadział się na blok, a piłka wylądowała w boisku. Po chwili opatrywany był Romano, ale szybko zgłosił gotowość do kontynuowania meczu. W tym momencie na zagrywce "strzelać" zaczął Huber. Najpierw upolował Bottolo, a po chwili bezradny był Michieletto i przy wyniku 3:1 czasem reagował De Giorgi. A gdy pomylił się w ataku Bottolo, zmienił go Porro (5:1). W naszym zespole widać było wielką, sportową złość, która przełożyła się na jakość i pozwalała budować wynik choćby pojedynczym blokiem Leona na Romano (7:3). Wreszcie rozegrał się także Sasak, a gdy Michieletto popełnił ogromny błąd w ataku (10:5) była druga przerwa dla Włochów.
Ta partia długo była naszą najlepszą w tym meczu, lecz znowu coś "siadło" w naszych szeregach. Gdy punkt mocnym atakiem zdobył zmiennik Porro, Grbić poprosił o czas (14:12). Niestety "biało-czerwoni" znaleźli się w jeszcze większej opresji, gdy Włosi ponownie przycisnęli. Polacy uwijali się jak w ukropie, ale bronili już tylko jednopunktowego prowadzenia (17:16). Pogubienie w naszych szeregach doskonale zilustrowała sytuacja, gdy z trudem piłkę podbił Leon, a nikt nie kwapił się, by do niej podbiec. Gdy zerwał się Kochanowski, było już za późno. Wtedy przewaga wymknęła się z rąk (18:18) i Grbić wezwał siatkarzy do siebie.
Końcówka znów była rodem z koszmaru. Prowadzenie objęli Włosi, a po asie Saniego prowadzili dwoma punktami (19:21). Jakby tego było mało, w kolejnej akcji zatrzymali blokiem Leona i mieli trzy punkty zaliczki (19:22) i autostradę do finału. Końcówka była niesamowitym widowiskiem, nasi siatkarze dawali z siebie wszystko, ale fenomenalną akcję sfinalizowali jednak Włosi. A gdy Kochanowski wpadł na blok i kontrę miał Micheletto, zapewnił pierwszą piłkę meczową (21:24). W kluczowym momencie kapitalnie popracował blok naszego zespołu, a konkretnie Huber (23:24) i wszystko jeszcze było możliwe. Niestety kropkę nad "i" postawił Michieletto, a publiczność oszalała!
Artur Gac, Manila










![O której gra Hubert Hurkacz? Gdzie oglądać mecz z Zhou? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MJDTMW4V3TTMR-C401.webp)



