Damian Gołąb, Interia Sport: Po meczu z Belgią podkreślał pan, że jest usatysfakcjonowany osiągnięciem ćwierćfinału mistrzostw świata. Teraz ta satysfakcja ustąpiła już miejsca innym emocjom?
Stefano Lavarini, trener reprezentacji Polski siatkarek: W takim turnieju ważne jest to, jak daleko jesteś w stanie dotrzeć. Awans do ćwierćfinału, najlepszej ósemki MŚ, oczywiście sprawia, że jestem zadowolony. Ale nie po to tutaj dotarliśmy, by teraz się zatrzymać. O satysfakcji ostatecznie porozmawiamy po turnieju. Dopóki jesteśmy w grze, jesteśmy głodni jak najlepszego rezultatu.
Czy jest pan usatysfakcjonowany również tym, jak pana drużyna gra na tym turnieju?
- Czuję satysfakcję z tego, że wygrywamy, ale też z tego, że pokazaliśmy wielki charakter. Pozostawaliśmy w meczach mimo trudności, przezwyciężaliśmy nasze mankamenty, akceptowaliśmy je i staraliśmy się uczyć, znajdować odpowiednie rozwiązania. To sprawia, że jestem jeszcze bardziej zadowolony. To już jednak przeszłość, teraz tylko wyczekujemy ćwierćfinału i patrzymy naprzód.
MŚ siatkarek. Malwina Smarzek nie chce się zatrzymać na ćwierćfinale
Stefano Lavarini jasno o rozwoju kadry. Wielkie kroki, ale lato to nie wszystko
W tym sezonie wprowadził pan do drużyny kilka zawodniczek z mniejszym doświadczeniem. Zespół tego lata się rozwinął?
- Można to zobaczyć. Mamy 10 zawodniczek, które debiutują na mistrzostwach świata. A część z pozostałej czwórki na MŚ 2022 wcale nie była w podstawowej szóstce. W trakcie sezonu wiele naszych siatkarek zdobyło międzynarodowe doświadczenie. Wykonaliśmy już wielkie kroki do przodu w poprzednich sezonach i było oczywiste, że do stawiania kolejnych potrzebna będzie jeszcze cięższa praca.
I może te następne kroki nie będą aż tak widoczne, ale za każdym razem staramy się coś dodać, wyciągnąć coś z każdego meczu. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo rozwijają się też zespoły wokół nas, zwłaszcza europejskie. Wyzwanie zawsze jest trudne. Jesteśmy na naszej drodze, zbieramy doświadczenia, choć oczywiście przyjdą jeszcze lepsze i słabsze momenty.
A co do rozwoju drużyny, nie możemy patrzeć tylko na to, co robimy przez trzy miesiące latem, na stosunkowo niewielu treningach. Wiele z nich to po prostu przygotowanie do konkretnego meczu, turnieju. Nie można oczekiwać, że rozwój reprezentacji będzie się opierać tylko na tym, co robimy wspólnie latem.
Z tej perspektywy już osiągnął pan część celów na ten sezon? Przed jego startem dużo mówił pan o tym, że chce wprowadzić nowe zawodniczki do kadry.
- Być konkurencyjnym dla najlepszych drużyn na świecie, zaangażować większą liczbę zawodniczek do gry na tym poziomie - to były główne zadania. Z tego punktu widzenia, tak, udało nam się je wykonać.
Jak porówna pan swój zespół z finałów Ligi Narodów w Łodzi, który przegrał półfinał z Włoszkami 0:3, do tego, który teraz ma się z nimi zmierzyć? Co się zmieniło?
- Często każdy mecz jest zupełnie oddzielną historią. Podejrzewam, że zadajesz to pytanie, bo czujesz, że wtedy graliśmy lepiej niż teraz. Ale kiedy przypomnimy tamten mecz z Włochami, to można powiedzieć, że zbyt szybko oddaliliśmy się w nim od naszej najlepszej gry. Nie wydaje mi się, by było tu miejsce na wiele porównań. Włochy grają bardzo dobrze. Kiedy my się rozwijamy, inni robią to samo. To zupełnie różne turnieje, atmosfera, moment na ścieżce każdej z drużyn. Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, takie porównania nam nie pomogą, nie dodadzą nic do naszej jakości.
Gwiazda włoskiej kadry stanęła w obronie Lavariniego. "Nie mogłam dopuścić"
Trener polskiej kadry przed meczem Polska - Włochy. "Musimy mieć na tyle odwagi"
Jakie więc jest najważniejsze zadanie dla trenera przed ćwierćfinałem mistrzostw świata, jednym z najważniejszych meczów sezonu? Zostawiając na chwilę z boku taktyczne przygotowanie drużyny.
- Być razem z dziewczynami, znaleźć drogę do tego, by w odpowiedni sposób przygotować je do wyjścia na boisko w trudnej sytuacji, która niesie ze sobą sporo stresu. Rywalki będą wywierać w trakcie meczu dużą presję. Ważne, byśmy myśleli w pierwszej kolejności o sobie, o tym, by być usatysfakcjonowanym z naszego zachowania na boisku. Z tego, jak będziemy mierzyć się z tak trudnym przeciwnikiem. Tego szukam. Ale oczywiście wszystko ma jeden cel, którym jest osiągnięcie dobrego wyniku.
W tym meczu presja będzie po stronie Włoszek? Do tej pory cały czas byliście faworytem, nawet w meczu z Niemcami. Teraz to rywalki są tak postrzegane.
- Może tak być. W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do rozgrywania bardzo ważnych meczów z Niemcami. Ale jakość składu tej drużyny sprawia, że jesteśmy mniej więcej na tym samym poziomie. Włochy? Presja wiąże się z wartością drużyny. Włoszki w każdym turnieju grają o złoto i muszą utrzymać odpowiedni rytm, to trudne. Ale robią to bardzo dobrze, pokazują świetną regularność, wygrały 33 mecze z rzędu. Zawsze w finałowej fazie rywalizacji presja rośnie, ale to mistrzynie olimpijskie, wygrały dwie edycje Ligi Narodów z rzędu.
Nie chcę jednak liczyć na problemy przeciwniczek, ich pecha czy sposób, w jaki będą sobie radzić z presją. Myślę o Polsce, o tym, by grać dobrą siatkówkę. Wiemy, że rywalki mają bardzo wysoką jakość. Ale to niezależne od nas. My musimy troszczyć się o to, co sami możemy zrobić.
Siatkarska jakość to jedno, ale ważne jest też mentalne podejście do meczu. Może siła mentalna albo radość z możliwości gry na takim poziomie okaże się decydująca w ćwierćfinale?
- Tak, odnalezienie odpowiedniego sposobu myślenia jest zawsze szczególnie istotne. I połączenie tego z siatkówką. Nieraz wydaje się, że nie zawsze siatkarki robią to, co jest w danej chwili potrzebne. Radość z gry często wynika z tego, że jesteś zadowolony ze sposobu, w jaki grasz. To też droga do sukcesu. Uważam, że musimy mieć na tyle odwagi, by robić odpowiednie rzeczy i starać się o pewność siebie, wiarę w nasz potencjał i możliwości. Musimy znaleźć takie nastawienie, które nam pomoże. Ale czasem jest ono po prostu odbiciem tego, co robimy na boisku. Trzeba zacząć bez obaw i grać dobrą siatkówkę, a to zmniejszy stres i pomoże zyskać swobodę.
Magdalena Stysiak przyznała, że mieliście pecha w losowaniu. Z każdym innym zespołem mielibyście duże szanse, a trafiliście akurat na Włochy, najlepszą drużynę świata. Zgadza się pan z takim postawieniem sprawy?
- Nie ufam za bardzo szczęściu. Ufam siatkówce. W turnieju liczy się to, by dotrzeć jak najdalej. Można być mniej lub bardziej zadowolonym z wyniku i Włochy na naszej drodze są oczywiście wielką przeszkodą. Ale kiedy chcesz walczyć o medal, musisz zmierzyć się z najlepszymi. Żeby była jasność, Włochy na pewno są w tej chwili najsilniejszym możliwym rywalem. Ale chcę podkreślić, że w procesie rozwoju drużyny, walki o lepsze rezultaty, ważniejsze jest to, co możesz pokazać, zagrać. Dopiero potem może pomóc szczęście. Bardziej skupiam się na nas niż na rywalach.
Kibice w Tajlandii szaleją na punkcie siatkarek. Fanka wyznała miłość Lavariniemu
Jak trener czuje się w Tajlandii? Atmosfera wokół siatkówki jest tutaj niesamowita, zupełnie inna niż w Europie.
- Zgadzam się, to coś niezwykłego. Bardzo się tym cieszę, podoba mi się tutaj. Ciepła atmosfera, ciepłe powitanie, wszyscy ludzie obdarzają nas ciepłymi uczuciami. Wręcz kocha się tu sport, zawodniczki. A poza tym tutejsi fani kibicują wszystkim. Mają własnych ulubieńców i idoli, ale przede wszystkim są podekscytowani i szczęśliwi, że mogą oglądać u siebie siatkówkę, być częścią tego widowiska. To ożywia nasz sport. To bardziej czysta radość z kobiecej siatkówki niż kibicowanie konkretnemu zespołowi. I to jest bardzo miłe. Nie czuje się tu żadnych przeciwników, atmosfera jest komfortowa.
Siatkarki dostają tu mnóstwo prezentów. Pan też otrzymał coś od fanów?
- To dziewczyny są tu gwiazdami. Ale czasem znajdzie się i coś dla trenerów. Bardzo spodobały mi się przypinki z moją twarzą. Świadomość, że ktoś poświęcił swój czas, może wydał trochę pieniędzy, by wydrukować tę twarz, jest bardzo miła. To coś wyjątkowego. Dostałem też na przykład spodenki w tajskim stylu. Jeden z kibiców wręczył mi też parę pudełek gum do żucia, prawdopodobnie zauważył, że często je żuję. To bardzo miłe, to coś osobistego. Ale najbardziej chyba podobają mi się słoniki. Kiedy fani mi je wręczają, czuję, że to wyraz tego, że życzą mi szczęścia, wszystkiego, co najlepsze. Pakuję więc te wszystkie słoniki do plecaka.
Widziałem, że po ostatnim meczu z Belgią jedna z fanek nawet wyznała panu miłość.
- Tak, słyszałem to. Ale to nie było wyznanie miłości w takim sensie…
Oczywiście. Ale w Europie chyba rzadko kibice mówią trenerom, że ich kochają.
- Mi rzeczywiście nie. Może zdarza się to usłyszeć jakimś siatkarzom, a także siatkarkom, ale trenerom faktycznie o to trudnej.
Przyzwyczaił się pan do specyficznego hałasu w tajlandzkich halach? Na trybunach bywa niezwykle głośno, jak to jest na poziomie boiska?
- Jest bardzo głośno, ale to nie jest uciążliwy hałas. Te dźwięki postrzegam raczej jako dobre tło. Nawet jeśli są głośne i czasami trochę utrudniają komunikację. Z tego punktu widzenia faktycznie nie zawsze jest łatwo. Ale w trakcie mojej kariery grałem już w tak wielu halach w różnych sytuacjach: czasami było dużo krzyków, mikrofonów, fanów z bębnami. W takich warunkach po prostu jeszcze bardziej czujesz, że rozgrywa się mecz. Tutaj jest fantastycznie, siła tych trybun i atmosfera mocno na nas oddziałują.
Rozmawiał w Bangkoku Damian Gołąb
Godziny do meczu z Włochami, a tu taki głos. "Każda z nas powinna docenić"













