Dzisiejsze zajęcia w hali treningowej Arena 8888 w Sofii miały swój tradycyjny przebieg, choć najmniej mogą o nim powiedzieć obecni na miejscu dziennikarze. Wszystko dlatego, że Nikola Grbić dba o to, aby najważniejsze akcenty, skupione wokół założeń taktycznych na kolejnego rywala, nie ujrzały światła dziennego przed czasem.
Semeniuk poruszony. "Młodzi pacjenci, którzy toczą wielką walkę"
Gdy jednak już mogliśmy na kilkanaście minut wejść do hali i popatrzeć, jak w pocie czoła trenują biało-czerwoni, widok przykuł jeden szczegół. Każdy z naszych zawodników, trenerów oraz członkowie sztabu mieli wpięte w koszulki dedykowane, złote kokardki.
To już kolejny rok z rzędu, jak reprezentacja Polski w porozumieniu z Fundacją Herosi wspiera akcję: Wrzesień jest Światowym Miesiącem Świadomości Nowotworów u Dzieci.
Mowa o niezwykle symbolicznym geście, który pokazuje, że jedni z najlepszych sportowców w kraju, choć pochłonięci swoimi obowiązkami, wszak mistrzostwa Europy są w tym roku imprezą docelową, nie zapominają, że życie nie kończy się na rywalizacji sportowej. Jest znacznie ważniejsza walka, którą każdego dnia toczą pacjenci, również ci najmłodsi, z chorobą nowotworową.
Gdy w rozmowie z Kamilem Semeniukiem, otwiera się w nowym oknie podniesiony został ten wątek, wyraz twarzy genialnego przyjmującego mówił jeszcze więcej niż słowa, która z przejęciem zaczął wypowiadać. "Semen" odbył kilka wizyt w szpitalach onkologicznych dla dzieci, ale nie ukrywa, że na początku było mu bardzo trudno.
- Długo się broniłem, żeby pójść, bo to nie jest łatwe. Konfrontujesz się się z inną rzeczywistością niż z tą, którą mamy na co dzień. Naprawdę jesteśmy szczęśliwcami, że możemy spełniać się jako siatkarze. Robię to, co sobie za młodu wymarzyłem, a idąc do szpitali, w których małe dzieci walczą o swoje zdrowie i życie, widzimy, że ich życie nie jest tak kolorowe, jak chociażby nasze - przyznał trzykrotny triumfator Ligi Mistrzów.
- Dzieci walczące z nowotworami naprawdę są małymi zuchami, które muszą pojedynkować się z bardzo mocnym przeciwnikiem. Tacy młodzi pacjenci toczą wielką walkę - kontynuował.
Przyznał, że w takim miejscu nie wiedział do końca, jak się zachować. - Dzieci może czasami nie są też świadome tej ciężkiej walki, to uśmiech z ich twarzy nie schodzi. Są pełne energii. Ostatnio byliśmy na oddziale onkologicznym w Gdańsku. Było super, wesoło, kompletnie nie było czuć walki dzieci z nowotworami - nie krył podziwu.
O współpracy z "naszą kochaną fundacją Herosi" mówił także Artur Szalpuk, podkreślając prymarny cel założenia wstążek. Raz jako symbol solidarności, a dwa zaserwowania informacji rodakom, że taki miesiąc istnieje.
Drugi z naszych przyjmujących, weteran tej kadry, takich wizyt zaliczył już sporo. Również był obecny w hospicjum w Gdańsku. - Jeśli możemy w jakikolwiek sposób pomóc, to zawsze chcemy - zaakcentował.
- Uważam, że to jest fajne, gdy można dzieciakom w hospicjum pomóc swoją obecnością, czy nawet wspólnie pożartować. To także ciebie sprowadza trochę na ziemię, bo pokazuje, że problemy, jakie tworzysz w swojej głowie, może nie są takie ogromne jak myślisz - przekazał ponadczasową prawdę.
Dopytany przez Interię, czy emocjonalnie dużo go kosztują takie wizyty, Szalpuk odparł: - Nie powiedziałbym, bo tu nie chodzi o mnie, tylko o dzieci. Aby im dać uśmiech, bo one na pewno przechodzą coś gorszego niż ja przychodząc do hospicjum.
Grbić ujawnia wielki problem. "Odpowiedziano, że to nie jest możliwe", otwiera się w nowym oknie
A czy czuć, że taką wizytą siatkarze wywołują tak potrzebny i zbawienny uśmiech i zadowolenie u najmłodszych bohaterów?
- Może ktoś tego nie chce i nie oczekuje, ale jeśli choć jedno dziecko będzie zadowolone, że się tam pojawiliśmy i mogło zrobić sobie z nami zdjęcie, to tak. Czasem nie chodzi nawet o to, że jesteśmy siatkarzami, tylko by się powygłupiać, porzucaliśmy sobie piłką - zaznaczył.
31-latek podkreślił, że pamiętam prawie każdą z tych wizyt.
- Na swojej pierwszej grałem w Uno przez pół godziny w jednym pokoju. Druga była walentynkowa, rozdawaliśmy dzieciom balony. A teraz dostaliśmy kwiaty, było trochę w formie apelu i rozmów. Widać było, że rozmowy nie są dzieciom potrzebne, tylko piłka była fajniejsza. Mogę żartobliwie zdradzić, choć nie powinienem, że nasz trener dostał taką piłką w twarz - uśmiechnął się Szalpuk.
Z Sofii - Artur Gac











